1.3.
niedziela, 20 października 2013 11:01
Rozdział II
30 czerwca 2013


1.

Usiadła przy stoliku znajdującym się tuż za bandami reklamowymi. Niedaleko ktoś rozkładał się ze sprzętem fotograficznym. Lena wybałuszyła oczy, widząc torby z obiektywami porozwalane na ziemi. Mężczyzna spojrzał w jej stronę i zmarszczył brwi. Zmieszana oderwała oczy od sprzętu i zaczęła przeglądać glosariusz. „Żeby tylko się nie skompromitować. Żeby tylko się nie skompromitować” powtarzała w myślach, przeglądając słówka. Dzwoniło jej w uszach od dudniącej muzyki. Magiera wciąż wrzeszczał do mikrofonu, a każdy jego krzyk witany był przez niesłychanie głośny aplauz zgromadzonej na trybunach publiczności. Słuch. Musi zachować słuch. Jak inaczej będzie z nimi rozmawiać? Przyłożyła ręce do uszu i oparła łokcie na stole, praktycznie chowając się za bandą reklamową. Z zamkniętymi oczami mechanicznie powtarzała słówka i zwroty potrzebne żeby opisać, co się dzieje na boisku. „Będzie dobrze” pomyślała, otwierając oczy „Musi.” Ledwie podniosła głowę i uwolniła uszy od uścisku swoich rąk, kiedy doszedł ją krzyk mężczyzny siedzącego obok.
- Uważaj!
W jednej chwili Lena spojrzała w kierunku boiska i na widok szybującej w jej stronę piłki odepchnęła się od stołu rękoma. Krzesło odchyliło się do tyłu, zachwiało niebezpiecznie i po zderzeniu piłki z jej głową, wywróciło się do tyłu. Lena poczuła ostry ból w prawej stopie, która z całą mocą zderzyła się z metalową częścią stolika. Miała ochotę ryknąć z bólu, ale jedyne co wydobyło się z jej krtani to nieme wołanie o pomoc. Mężczyzna siedzący obok zerwał się z miejsca i trzymając się za głowę krzyknął:
- Jezus Maria!
Lena zacisnęła łzawiące oczy i wsadziła sobie pięść do ust. Poczuła jak ktoś zdejmuje jej but i zaczyna wyginać stopę na wszystkie możliwe strony. Chciała ryknąć żeby przestał, że to boli i że kurwa mać to jej własna prywatna stopa i żaden nikt nie będzie jej macał. Uderzyła pięścią w podłogę, kiedy poczuła zimny ucisk poniżej kostki.
- Daj trochę więcej lodu.
Lena powoli otworzyła zaciśnięte oczy i dwie łzy spłynęły jej po policzkach. Miała wrażenie, że serce zjechało jej do stopy, tak bardzo pulsowała. Z przerażeniem patrzyła jak jakiś mężczyzna owija jej czerwone palce czymś grubym. Wzięła głęboki oddech. Potem jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Koszmar. To tylko koszmar. Zaraz się obudzi w swoim własnym łóżku, w tej głupiej różowej pościeli, i zobaczy mały elektroniczny zegarek informujący ją, że to się wcale nie stało, że ten dzień jeszcze nie nadszedł. Zamknęła oczy, wzięła jeszcze jeden głęboki oddech, ale kiedy spojrzała przed siebie wcale nie ujrzała wnętrza swojej sypialni, ale oślepiająco jasny sufit Ergo Areny i olbrzymie telebimy.
- Jezu – wychrypiała, chcąc podnieść się na łokciach. Skrzywiła się, czując kłujący ból z tyłu głowy.
- Nie, nie – powiedział spiesznie mężczyzna, okładający jej stopę lodem. – Niech pani nie wstaje.
Lena zwróciła ku niemu swoje spojrzenie, po czym opadła na podłogę.
- Nic chyba sobie pani nie złamała, ale i tak radziłbym zrobić prześwietlenie.
- Widzisz Bartek co żeś narobił – odezwał się jakiś starszy niski mężczyzna z kępkami siwych włosów na głowie. Pokręcił głową i uśmiechnął się dobrodusznie. – Dziewczyna będzie wracać z baniakiem zamiast stopy.
- Z baniakiem? – Lena spojrzała na niego nieprzytomnie.
- Spuchnie jak nic – potwierdził drugi mężczyzna. – Czym pani przyjechała? Ma pani jak wrócić?
- Tak… Nie… Przyjechałam samochodem…
- Nie będzie miał kto pani odwieźć?
Lena pokręciła przecząco głową.
- A jest pani stąd?
- Tak. Niedaleko. Z Przymorza.
Starszy mężczyzna spojrzał na kogoś, kto stał za nią i uniósł brwi. Lena wykrzywiła głowę i spojrzała za siebie. Stał tam jakiś chłopak, opierając się rękami o kolana. Miał na sobie biało-czerwone spodenki. I biało-czerwoną koszulkę. Lena zmrużyła oczy. Ojaciewmordę.
- Ja mógłbym panią podwieźć – powiedział w końcu z ociąganiem. – W końcu to przeze mnie pani tu leży.
- Raczej przez własną głupotę.
Zapanowała chwila milczenia. Lena miała nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak.
- Jeśli nie jest to…
- Nie jest – przerwał jej i uśmiechnął się krzywo.
Lena posłała mu równie krzywy uśmiech i wyciągnęła do góry rękę.
- Lena.
- Bartek – potrząsnął jej ręką i podniósł się.
- No to leć się dalej rozgrzewać – odezwał się starszy mężczyzna. – I nie nokautuj więcej nikogo.
- Stopa zabezpieczona – powiedział drugi mężczyzna i pomógł jej podnieść się do pozycji siedzącej. – Lepiej?
- Lepiej.
- Będzie tu pani siedzieć czy pomóc pani gdzieś przejść.
- Cóż, jeśli byłby pan tak uprzejmy, muszę się dostać do sektora 115.
- No jasne.
Pomógł jej wstać, zebrać papiery, podał torbę i powoli ruszyli w kierunku odpowiedniego sektora. Kiedy dotarli na miejsce i wreszcie wygodnie usiadła oraz podziękowała uprzejmie za pomoc, spojrzała na rozgrzewających się na boisku zawodników. Co to było? Co się tak właściwie stało?

2.

Przez pierwszy set Lena trzymała fason. Jej kibicowanie ograniczało się wyłącznie do klaskania. Z całych sił starała się nie porwać atmosferze panującej na hali. „Jesteś w pracy, kobieto” powtarzała sobie w myślach ilekroć publiczność darła gardła. Zajmowanie się inwestorami, choć początkowo stresujące, było stosunkowo łatwe. Po krótkiej rozmowie przed meczem na temat polskiej siatkówki, tylko okazjonalnie zadawali pytania, przez resztę czasu oddając się robieniu zdjęć i kręceniu filmów. Urzeczeni widowiskiem tworzonym przez polskich kibiców wkrótce zaprzestali nawet jakichkolwiek pytań. Był to pewnie decydujący czynnik, który wpłynął na zmianę jej zachowania. Już w połowie drugiego seta zaczęła drzeć się razem z resztą kibiców i podskakiwać na zdrowej nodze trzymając nad głową biało-czerwony szalik. Nigdy nie przypuszczała, że tego rodzaju poczucie wspólnoty istnieje. Że można tak dobrze czuć się wśród ludzi, których wcale się nie zna. Gdyby to od niej zależało, nigdy nie opuściłaby już tej hali. Przenigdy.

3.

Czekała po meczu około 40 minut, patrząc na dziennikarzy biegających od jednego zawodnika do drugiego i obserwując tłum napalonych nastolatek piszczących przy bandach. Że też nie było im wstyd. „Mnie by było” pomyślała i oparła łokcie na kolanach. „I to nawet bardzo.” Wyprostowała prawą nogę i z niesmakiem spojrzała na obandażowaną stopę. Ilekroć ktoś o nią zahaczał podczas meczu, czuła jak przez całe ciało przechodzi bolesny prąd. Nie wyglądało to dobrze. Jeśli w tej chwili ktoś wyprosiłby ją z trybun, nie wiedziałaby jak samodzielnie dokuśtykać do wyjścia.
- Gotowa? – usłyszała nad sobą czyjś głos i szybko podniosła głowę. Bartek uniósł brwi i uśmiechnął się.
- Tak. Jasne.
Lena założyła torbę na ramię i dźwignęła się do pionu.
- Jak noga?
Zawahała się przez chwilę, po czym odparła:
 - W porządku.
Ledwie zrobiła jednak parę kroków, wspierając się na oparciach pierwszego rzędu, kiedy jej prawa stopa dotknęła podłogi i automatycznie przeniosła na nią ciężar ciała. Lena gwałtownie chwyciła się ostatniego siedzenia i siarczyście przeklęła, zaciskając oczy.
- Właśnie widzę – powiedział z powątpiewaniem.
- Jest dobrze – powtórzyła z naciskiem.
- Tak, wiem. Złap się mnie w pasie. Daleko stoisz?
- Całkiem blisko.
- Jak bardzo całkiem?
- Całkiem całkiem.
Lena objęła chłopaka w pasie i zaczęła kuśtykać do przodu. Surrealizm całej sytuacji sięgał zenitu. Wcale nie obejmowała kogoś sławnego. Jej tu wcale nie było. To miejsce przecież nie istnieje. Ona nie istnieje. Nic nie istnieje. Nie, wcale nie przesadzała. Tak się czuła. Jak surrealistyczna bezegzystencja. „Na miłość boską, facet jest na wikipedii.”
- Pierwszy raz byłam na meczu – odezwała się, kiedy znaleźli się na zewnątrz.
- Reprezentacji?
Lena potrząsnęła głową. 
- W ogóle.
- Aż boję się zapytać, jak wrażenia.
- Dlaczego?
Bartek gestem wskazał na stopę.
- No tak, moja stopa nigdy tego nie zapomni. Chociaż mam nadzieję, że kiedy emocje opadną, wrócą jej normalne kolory.
Uśmiechnął się pod nosem, ale nic nie odpowiedział. Przecięli trawnik i skierowali się w stronę parkingu. Wszystko szło powoli jak krew z nosa. W oddali stało kilka osamotnionych samochodów.
- Prosto  – odezwała się znowu, kiedy dotarli do kolejnego pasa trawnika.
- Myślałem, że stoisz całkiem blisko – powiedział, poprawiając sobie torbę na ramieniu.
- Koza też myślała i zdechła.
- Słucham?
Lena spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Jeśli naprawdę nie wiesz, z czego to jest, to wiedz, że masz poważne braki. Ty pieruński kopidole – dodała i zachichotała pod nosem.
Uniósł jedną brew i spojrzał na nią z ukosa.
- To miało zabrzmieć jak obelga tylko jeśli naprawdę nie wiesz, skąd się wzięło. – I nie doczekawszy się odzewu dodała. – Pies, Kos, Jeleń. Zwierzyniec nie wojsko.
W oku Bartka zaświecił błysk zrozumienia i wyprostował się, na moment rozluźniając uścisk w pasie. Lena zachwiała się i czując jak traci równowagę, zahaczyła o krawężnik następnego pasa trawnika i runęła na trawę.
- Nic ci się nie stało?!
Lena przeturlała się na plecy.
- Teraz powinieneś powiedzieć: no i czego leżysz jak glizda na mrozie – odpowiedziała i zaniosła się śmiechem. Zakryła dłonią usta, usiłując się uspokoić, ale im bardziej starała się nad sobą zapanować, tym bardziej chciało jej się śmiać. Do głowy przychodziło jej całe mnóstwo durnych cytatów i wszystkie nagle wydały się wyjątkowo zabawne. – Chodźcie chodźcie mnie was tutaj potrzeba! – zaintonowała, wyciągając do góry ręce.
Bartek chwycił ją pod ramię i pociągnął do góry. Dźwignięcie się do pionu zajęło jej dobrych parę chwil, bo nieustannie trzęsła się ze śmiechu. Dlaczego wszystko w około było nagle takie śmieszne? Nawet jej spuchnięta stopa wydawała się komiczna.
- Wąsem ruchał, brodą ruchał, ale się nie udobruchał… - zaintonowała ponownie, kiedy wreszcie znowu ruszyli naprzód. Bartek parsknął śmiechem, a Lenie zabrakło tchu i złapała się za brzuch.
- Jezu. Co oni ci dali przeciwbólowego?
- Nic mi nie dali – westchnęła, poważniejąc. – Tak mam. W głowie.
Nic nie odpowiedział. Patrzył się tylko pod nogi i dając jej oparcie, pomagał kuśtykać naprzód. Spojrzała na niego i westchnęła. Surrealistyczna bezegzystencja. Tak właśnie.

4.

Dwadzieścia minut jakie spędziła w samochodzie prowadzonym przez lekko garbiącego się i przykurczającego nogi Bartka było najbardziej niezręcznym dwadzieścia minut w jej życiu. Przez większość czasu panowała pomiędzy nimi cisza przerywana jedynie przez głos GPSa. Trzymał się na dystans do tego stopnia, że nie wiedziała, co ma powiedzieć, żeby nie naruszyć jego prywatnej przestrzeni. Ilekroć się odzywała, marszczył brwi, jak gdyby oceniając, czy pytanie lub temat nie wchodzą za bardzo z butami w jego życie prywatne. Nie był nieuprzejmy, skąd. Ale ucinające rozmowę odpowiedzi i wymuszone uśmiechy sprawiły, że w końcu całkowicie zamilkła. W sumie nawet ciężko się było dziwić takiej postawie. W jego oczach bliżej jej było do hotki lub dziennikarza niż osoby, z którą można normalnie porozmawiać. Dotarłszy na miejsce, marzyła już tylko o tym, żeby zostać sama.
- Napijesz się czegoś? – zapytała, kiedy udało im się wreszcie wspiąć do mieszkania na trzecim piętrze i zamówić taksówkę, która miała zabrać go do hotelu. – Kawy? Herbaty? – Bartek potrząsnął przecząco głową. – Wody?
- Nie, dzięki – powiedział z naciskiem.
Uśmiechnęła się: - Kawy i tak nie mamy.
Znowu zapadła niezręczna cisza. Lena przez chwilę myślała, czy nie zaproponować mu, aby usiadł, ale doszła do wniosku, że też pewnie by odmówił. Oparła się o parapet i zacisnęła usta w wąską linijkę. No i co? Tak będą stać?
- Mogę cię o coś poprosić? – odezwała się w końcu. Podniósł na nią wzrok i spojrzał wyczekująco. – Opuść trochę gardę.
- Słucham?
- Zapomnij chociaż na chwilę, że masz na fejsie ponad sto tysięcy fanów. Traf chciał, że jesteśmy zmuszeni spędzić ze sobą trochę czasu. Wierz mi, ten uraz stopy nie był planowany i naprawdę doceniam to, że pomogłeś mi wrócić do domu. Ale nie mógłbyś choć na chwilę zdjąć tej maski Bartosza Kurka i być po prostu Bartkiem?
Bartek patrzył na nią bez słowa. Widziała w jego oczach rezerwę i sceptycyzm.
- Guzik mnie obchodzi twój wizerunek publiczny. Jesteś po prostu osobą. Wszyscy są po prostu osobami – wyrzuciła z siebie. – Nie masz pojęcia, jakie to było dziwne uczucie, widzieć was po raz pierwszy na własne oczy, jak normalnych ludzi. Ale przecież tym właśnie jesteście, normalnymi ludźmi, którzy robią coś wyjątkowego. I chociaż kasa bardzo by mi się przydała, nie zamierzam sprzedawać żadnych sensacji, bo gówno mnie obchodzą. Nie obchodzą mnie sensacje, nie obchodzą mnie dziennikarskie teorie. Obchodzą mnie ludzie. I szczerze powiedziawszy, miałam nadzieję, że p o z n a m człowieka, którego życie przy okazji stanowi inspirację dla innych. Ale miałam nadzieję poznać osobę, nie jej osiągnięcia.
- Nie bardzo wiem, czego ode mnie chcesz – odpowiedział poirytowany. Mięśnie jego twarzy były wyraźnie napięte. Lena uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
- Jestem kibicem siatkówki. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham ten sport. Miałam po prostu nadzieję, że pogadam z osobą, która kocha go tak bardzo, że podporządkowała mu całe swoje życie.
Zza okna dobiegł ich dźwięk klaksonu taksówki. Bartek posłał jej chłodne spojrzenie.
- Miło było spotkać – powiedziała, wyciągając do niego rękę. Przez chwilę miała wrażenie, że ją zignoruję i już chciała schować dłoń, kiedy schwycił ją w mocnym uścisku. Ich spojrzenia spotkały się. Poczuła jak jakiś dziwny prąd przeciął wzdłuż jej kręgosłup. Uśmiechnęła się głupawo, jak to zwykle robiła, tracąc panowanie nad mięśniami twarzy.
- Skąd wiesz, że to właśnie nie jest Bartek?
Po kolejnym dźwięku klaksonu wypuścił jej rękę z uścisku, odwrócił się i unosząc rękę w geście pożegnania, wyszedł. Pokuśtykała za nim i zamknęła drzwi na klucz. Wbrew temu co powiedziała to wciąż miało posmak surrealistycznej bezegzystecji. Zdecydowanie.

Etykiety: , , ,



skomentuj (0)