|
1.11.
środa, 25 grudnia 2013 02:05
Rozdział X
Uczę się Ciebie,
człowieku. Na ślepo i po omacku. Snuję się w ciemnościach wzdłuż meandrów twej
psychiki. To nie jest duma. Nie unoszę
się ambicją. I wcale nie uciekam. Po prostu nie wiem, co mam robić. Zabłądziłam
we mgle oczekiwań. Twoich i własnych, i całego świata.
1.
Oślepiła
ją biel ścian, kiedy z ogromnym wysiłkiem usiłowała otworzyć oczy. Jaskrawe światło
jarzeniówek odbijało się od nich, jak słońce odbija się od śniegu na szczytach
gór w mroźny zimowy poranek. Skrzywiła się czując ból, którego źródła nie była
w stanie dokładnie umiejscowić. Rozlewał się po niej od ramion, piersi, po
koniuszki palców u stóp. Z trudem przysłoniła zlaną zimnym potem twarz. To
jednak nic nie dało. Ciemność kłuła ją w źrenice tak samo jak oślepiająca biel
ścian. Z daleka dochodziły do niej czyjeś krzyki, ale nie była w stanie
rozróżnić słów. Zlewały się w jedną masę dźwięków oddalonych od niej o setki
kilometrów. Miała wrażenie, że jej skóra płonie, ale jednocześnie było jej
przeraźliwie zimo. Powietrze w pomieszczeniu zdawało się przesiąknięte środkami
antyseptycznymi, których zapach przywodzi na myśl dentystę, albo szpital. A w
każdym razie jakąś placówkę medyczną, w której ludzie przechadzają się w
białych kiltach. Zdystansowani. O spojrzeniach chłodnych i nieobecnych. Mało
ludzcy.
-
Pomocy! – zadudniło jej w uszach i gwałtownie otworzyła oczy.
Rzeczywistość
materialna, podobnie jak dźwięki, była bezforemna i bezkształtna. Widziała tylko
zarysy czegoś, czego nie była w stanie zidentyfikować. Wszystko wokół niej
poruszało się w sposób płynny i spokojny. Przypominało marę senną, oniryczne
zjawisko wyjęte wprost z romantycznego poematu. Tyle że w tym nie było nic
romantycznego. Zamrugała szybko powiekami, ale to nic nie pomogło. Otaczający
ją świat wciąż był niewyraźny; prawie nierealny.
-
Lenka, trzymaj się. Jezu, pomocy! – usłyszała znowu czyjś krzyk. Dochodził do
niej z bliska. Całkiem bliska. Zupełnie, jakby ktoś wrzeszczał jej wprost do
ucha.
Chciała
wyciągnąć przed siebie rękę, ale nie była nawet w stanie jej podnieść. Zupełnie
jakby stała się niematerialnym bytem. Bez rąk. Bez nóg. Bez ciała. Bez czucia.
Przerażone krzyki zaczęły wciskać się w szczeliny jej świadomości. Otaczać ze
wszystkich stron. A ona nie mogła zrobić nic, aby się od nich odgrodzić.
-
Lena!
Biało-czerwone
barwy zamajaczyły jej przed oczami pośród zlewających się w jedną masę
kształtów. Oddalały się od niej i przybliżały, przyprawiając o mdłości. Chciała
zamknąć oczy, ale nagle zdała sobie sprawę, że przecież nie ma oczu. Że
przecież nie ma jej. Nie ma niczego. Oślepiające światło jarzeniówek zgasło.
Zapanowała cisza.
-
Lena!
Usiadła
gwałtownie na łóżku, oddychając ciężko. Przy regale z książkami stała Zuza w
kusej czerwonej sukience, mierząc ją zniecierpliwionym spojrzeniem.
-
Nie śpij już – powiedziała, biorąc z półki małe lusterko. – Zapnij mnie.
Odwróciła
się do niej plecami, ukazując rozsunięty zamek. Lena przetarła nieprzytomnie oczy
i podniosła się, żeby jej pomóc.
-
Co to jest w ogóle za spanie w ciągu dnia?
Wzruszyła
ramionami.
-
Powinnaś częściej gdzieś wychodzić – powiedziała Zuza, poprawiając włosy. – O!
Mogłabyś na przykład pójść dzisiaj ze mną na imprezę.
-
Nie jestem w nastroju na imprezy – rzuciła niechętnie Lena, siadając z powrotem
na łóżku.
-
Ty nigdy nie jesteś w nastroju na imprezy. Pora to zmienić. No już, wstawaj!
Lena
żachnęła się, podciągając pod brodę koc.
-
Daj mi spokój. Wczoraj miałam dosyć atrakcji.
-
Jakich atrakcji? O czym ty mówisz? Że poszłaś na kawę i na zakupy? Moja droga,
to nie są atrakcje.
-
Nie chodzi mi o kawę i zakupy… No może po części. Nieważne.
Zuza
odłożyła lusterko na regał i usiadła zamaszyście obok niej.
-
Co się stało? No mów.
Przez
chwilę w pokoju panowała absolutna cisza. Lena zaczęła nerwowo skubać rękawy
swetra.
-
Widziałam go.
-
Kogo? – Zuza wpatrywała się w nią przez moment, po czym pokiwała głową ze
zrozumieniem. – A! Jego. No i co?
-
Co, co – wzruszyła ramionami, spuszczając głowę. – Nic. Pokłóciliśmy się.
-
O co poszło?
Lena
spojrzała na przyjaciółkę i wygięła usta w podkówkę: - Sama nie wiem. O nic i o
wszystko. Ja się wkurzyłam, on się wkurzył…
-
No tak.
-
Uwierzysz mi, jak powiem, że naprawdę nie chciałam tak na niego naskakiwać? Nie
wiem, co mnie napadło z tym samochodem, z tym głupim szwajcarskim zegarkiem. –
Zuza zrobiła minę, jakby dokładnie wiedziała, o co chodzi i znowu pokiwała
głową ze zrozumieniem. – Po prostu sam fakt, że na niego wpadłam tak mnie
rozsierdził… no, straciłam nad sobą panowanie. I potem on coś powiedział, i
potem ja coś powiedziałam. I tak żeśmy sobie mówili, aż sobie poszedł.
-
No tak – powtórzyła tylko Zuza. – Dupek.
-
W zasadzie sama mu powiedziałam, żeby sobie poszedł, no ale jakim trzeba być
idiotą, żeby to brać na poważnie.
-
Kompletnym – zgodziła się Zuza, po czym uderzyła się w kolana. – Idziesz dzisiaj
ze mną. Nie zostawię cię tu samej, żebyś dalej się nad sobą użalała.
-
Nie użalam się nad sobą.
-
W porządku. Ale i tak ze mną idziesz.
Lena
westchnęła: - Nawet nie mam się, w co ubrać.
-
Na łóżku leży kilka moich kiecek. Idź tam sobie coś wybierz – odpowiedziała pospiesznie
Zuza, wypychając ją z łóżka. – No już – dodała, widząc jak przyjaciółka
zatrzymuje się w drzwiach i rzuca jej przez ramię niechętne spojrzenie.
Zuza
stanęła nad biurkiem, wpatrując się w leżący na nim telefon. Spojrzała
ukradkiem na drzwi.
-
Mogę wziąć cokolwiek? – usłyszała z pokoju obok.
-
Cokolwiek – odkrzyknęła i ze zdecydowaniem wzięła telefon do ręki.
Jeszcze
przez chwilę wahała się, czy ma prawo zrobić, co zamierza. Jednak słysząc
szeleszczenie materiału dochodzące zza ściany, szybko otworzyła nową wiadomość
tekstową, wystukała kilka słów i wysłała. Ledwie udało jej się odłożyć komórkę
na miejsce, kiedy Lena weszła z powrotem do pokoju, zawieszając na szyi złote
łańcuszki.
-
Co kombinujesz? – zapytała, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie.
-
Jak cię przekonać, że twoje usta potrzebują dzisiaj prawdziwej czerwieni.
-
To kombinuj dalej, Zuzka, bo łatwo nie dam się przekonać.
2.
Lena
czuła się nieswojo w cienkiej, kusej sukience i mocno umalowanych oczach. Miała
wrażenie, że te dwa pozornie nic nie znaczące elementy sprawiły, że stała się
kimś innym. Kimś, kogo obecność niesamowicie ją krępowała. I choć w tramwaju udało
jej się zetrzeć część jasnoczerwonej szminki z ust, jej kolor wciąż był
widoczny. Podkreślone czarnym eyelinerem oczy patrzyły płochliwie po ludziach,
starając się odeprzeć ich spojrzenia. A nienaturalnie zaróżowione policzki
zdawały się sugerować dobry humor, pomimo podłużnych zmarszczek żłobiących
nieustannie jej czoło. Wygląd mówił jedno, zachowanie – drugie.
-
Nie spinaj się tak – mówiła do niej Zuza, dając za każdym razem kuksańca w bok,
ale Lena jakoś nie mogła się odprężyć. Nie była typem imprezowicza. Od alkoholu
i głośnej muzyki znacznie bardziej wolała ciepłą herbatę i dobrą książkę. Nie
pogardziłaby też towarzystwem. Ale nie takim przyćpanym i nieprzytomnym, jakie
oferowały wnętrza klubów.
Kiedy
dotarły na miejsce, pragnęła jedynie jak najprędzej stamtąd uciec, ale silny
uścisk Zuzy był niewzruszony i z nieugiętą stanowczością zaprowadził ją do
środka. Uszy zalała fala dudniącego czegoś, co pewnie miało być muzyką. Ludzie
wpadali na nią, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przytłoczyła ją nagle
obecność dziesiątek ludzi – spoconych i szczęśliwych, kiwających się w rytm
muzyki samemu, w grupie, lub z kimś „wyjątkowym”. Obserwowała to z pewnego
rodzaju fascynacją. Choć może to nie była fascynacja. Może to było przerażenie.
-
Czego chcesz? – usłyszała obok siebie głos Zuzy i odwróciła w jej stronę głowę.
Naprzeciwko
nich stał Tomek. Rzucające zazwyczaj gromami oczy osadzone na czerwonej twarzy
były – a przynajmniej wydawały się być – pełne skruchy.
-
Już nie gniewaj się, mała – powiedział, wyciągając w jej stronę wytatuowaną łapę.
Zuza
odepchnęła ją ze złością.
-
Spierdalaj.
-
Zuzka… - zaczął znowu i zrobił pełną pobłażania minę. – Nie ma co stroić
fochów. Poprztykaliśmy się i tyle. Naprawdę potrzebowałem wtedy tej kasy.
Był
wyraźnie podchmielony. Jego źrenice były dziwnie rozszerzone.
-
Powiedziałam, spierdalaj.
-
Zuzka, Zuzka – zacmokał, a jego usta rozchyliły się w lubieżnym uśmiechu. –
Przecież wiesz, że chcesz.
Lena
chciała coś powiedzieć, ale Zuza ją powstrzymała, ściskając mocniej jej dłoń.
-
Lena, idź po coś do picia – powiedziała chłodno. – Proszę.
-
Ale…
-
Poradzę sobie.
Lena
posłusznie oddaliła się od nich, zerkając nerwowo przez ramię. Widziała
wymachującą rękami przyjaciółkę i głupawo uśmiechającego się Tomka, dopóki tłum
nie przysłonił ich całkowicie swoimi spoconym cielskami. Dotarłszy do baru,
zdała sobie sprawę, że nawet nie wie, co może zamówić. Czując narastającą w
gardle panikę, powtórzyła mechanicznie za stojącą obok niej dziewczyną w
neonowej bluzce nie mające dla niej żadnego znaczenia nazwy. Chwilę później
otrzymała dwa szerokie kieliszki wypełnione żółtawym płynem. „Boże, co to?”
pomyślała, przysuwając trunki bliżej siebie. „Olej silnikowy?”
-
Dziękuję – powiedziała niepewnie, wymuszając na ustach krzywy uśmiech i odwróciła
się w stronę tłumu. Brak Zuzy wprawiał ją w dziwny niepokój.
-
No siema – usłyszała za sobą jakiś niski głos i odwróciła się gwałtownie. –
Jesteś tu sama?
O
plastikowy blat opierał się szeroki w barach facet, wydymając swoje szerokie usta.
Jego ramiona były szerokie, chyba ćwiczył na siłowni. Jego szyja też była
szeroka. A oczy miał szeroko rozstawione. Ogólnie słowo „szeroki” bardzo
dobrze go określało.
Lena
uśmiechnęła się do niego krzywo: - Tymczasowo.
-
Nie pijesz? – zapytał, wskazując swoją szeroką głową dwa kieliszki.
Lena
niechętnie wzięła jednego do ręki i podstawiła go sobie pod nos. Śmierdział. To
nawet nie miało zapachu alkoholu. Upiła jeden mały łyk i natychmiast tego
pożałowała. Gardło zapiekło ją wściekle, a gorzkawy smak sprawił, że żołądek natychmiast
podszedł jej do gardła.
-
Pyszności – wychrypiała, starając się zapanować nad mimiką twarzy.
-
Laseczki zawsze go sobie chwalą – potwierdził, kiwając z przekonaniem głową.
Lena
nie odpowiedziała. A kiedy spojrzała w jego stronę, zdała sobie sprawę, że
wyraźnie czekał na jej odpowiedź. Odwróciła głowę, mając nadzieję, że sobie
pójdzie, ale ten wciąż stał obok niej, wlepiając w nią swoje szeroko
rozstawione oczy. Ponownie obdarzyła go krzywym uśmiechem i upiła z kieliszka
kolejny łyk. Miała wrażenie, że zaraz puści pawia.
-
Masz ładne oczy – powiedział nagle, przysuwając się do niej.
Lena
spojrzała na niego jak na wariata.
-
Aha – zdołała wydukać i wychyliła resztę kieliszka, połykając ją głośno. Zaraz
potem chwyciła za nóżkę drugiego kieliszka i szybko wypiła jego zawartość.
-
Ale masz ciąg – powiedział z podziwem i położył swoją szeroką dłoń na jej
ramieniu.
-
Wiesz co – zaczęła, czując jak jej głowa robi się dziwnie lekka. - Ja pójdę na
chwilę…
-
Jo, spoko – przerwał jej jakby z ulgą. – Też muszę się odlać.
Odepchnęła
się od baru i robiąc niepewne kroki, zaczęła przeć przez tłum w poszukiwaniu
łazienki, rozsuwając ludzi na boki. Jednak kiedy dotarła do miejsca, które
według znaków miało służyć za toaletę, natychmiast zmieniła zdanie. Widząc
przez uchylone drzwi półnagą dziewczynę wymiotującą do umywalki, odwróciła się
w stronę przeciwną i zaczęła wałęsać się po klubie w poszukiwaniu wyjścia.
Świat trochę falował. Jakby kołysany przez fale wzburzonego oceanu. A może to
były tylko strzelające zewsząd światła?
-
Co za różnica – mruknęła do siebie, wychodząc z klubu na chwiejnych nogach.
3.
Podmuch
chłodnego wieczornego wiatru trochę ją otrzeźwił. Poklepała się energicznie po
policzkach i oparła plecami o kamienny murek. Jakaś para obłapiała się zachłannie
zaledwie kilka metrów od niej, ale jakoś specjalnie jej to nie przeszkadzało.
Miała tylko nadzieję, że „szeroki” facet jej tu nie znajdzie. Nie, tego by nie
zniosła. Wciąż miała przed oczami wyraz jego szerokiej twarzy, kiedy wyznał
jej, że ma ładne oczy. To nie było normalne. Zdecydowanie.
-
Lena?
Podniosła
gwałtownie głowę na dźwięk męskiego głosu dochodzącego z góry. Spojrzała w tę
twarz raz, drugi, trzeci. A następnie zaśmiała się pod nosem z niedowierzaniem. To było jakieś fatum. Jakieś paskudne fatum, przed którym nie było ucieczki.
-
Nie wierzę – mruknęła, kręcąc głową. – Nie wierzę. Nie wierzę!
Uderzyła
zaciśniętą pięścią w kamienny murek i syknęła. Coś złowieszczo chrupnęło w jej knykciach. Zaklęła pod nosem i odepchnęła się z zamiarem pójścia z powrotem do
środka.
-
Zaczekaj – powiedział i złapał ją za ramię. Wszystkie mięśnie jej ciała nagle
odmówiły posłuszeństwa. Ich spojrzenia się spotkały.
-
Co ty tu robisz? – warknęła nieprzyjaźnie.
Zmarszczył
brwi i rozluźnił swój uścisk na jej ramieniu.
-
Przecież prosiłaś, żebym przyszedł.
Lena
parsknęła nerwowym śmiechem i obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.
-
Że niby kiedy?
-
Godzinę temu?
Zrobiła
w głowie szybkie obliczenia i zmarszczyła ze złością brwi. Cholerna Zuza.
-
Nieważne – powiedziała w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie i odwróciła
się, żeby odejść, ale znowu złapał ją za ramię.
-
Jak to „nieważne”? – warknął poirytowany. – Poważnie? Serio? Kurwa, mam tego
dosyć.
Wyrwała
swoją rękę z jego uścisku.
-
Wyobraź sobie, że ja też.
-
Nie jestem twoja pieprzoną zabawką – powiedział podniesionym głosem.
Lena
czuła, jak jej policzki robią się ciemnoczerwone. Nie wiedziała, czy ze złości,
czy ze wstydu, czy może z gorąca. Może ze wszystkiego naraz.
-
No to wracaj do hotelu. Idź! To ci akurat wychodzi najlepiej.
-
Czy ty siebie słyszysz? Przecież przyszedłem. Przyszedłem jak pies z podkulonym
ogonem, do cholery. Tak jak zresztą prosiłaś!
-
Nie prosiłam! – krzyknęła, robiąc krok w jego stronę.
-
Co, nabawiłaś się osobowości wielorakiej?
-
Wal się!
-
Sama się wal!
-
Rozkapryszony dupek!
-
Zasrany dzieciak!
-
Cholerny siatkarzyk!
Uderzył
pięścią w kamienny murek tuż przy jej twarzy i sapnął z wściekłości.
-
Przestań. Mam tego dosyć. Mam dosyć tych pieprzonych kłótni. – Spojrzał jej
prosto w oczy i zmarszczył brwi ze złością. – Nie wierzę, że kiedyś
rozmawialiśmy normalnie. Nie wierzę, że tęskniłem za tymi rozmowami. Nie
wierzę, że tęskniłem za tobą.
Nie
odpowiedziała.
-
Jesteś kłótliwa, pyskata, niewyrozumiała, arogancka, opryskliwa i zadzierasz
nosa jak… jak… - wypuścił głośno powietrze. – Tak świetnie się kryłaś czy po
prostu sfiksowałaś przez ostatni miesiąc?
Lena
wymierzyła mu siarczystego policzka i wytknęła w jego stronę palec wskazujący.
-
Nie masz zielonego pojęcia, co się działo przez ten miesiąc, kiedy cię nie
było. To ty wyjechałeś. To ty nas zostawiłeś. Nie masz prawa mnie teraz
osądzać.
Patrzył
na nią przez chwilę, mierząc chłodnym spojrzeniem. Ich nosy prawie się stykały.
Czuła na skórze twarzy jego przyspieszony oddech. A potem zrobił dwa kroki w
tył, oderwał od niej swoje spojrzenie, odwrócił się i zniknął za rogiem.
Lena
ze złością wbiegła do klubu i zaczęła przepychać się przez tłum, wypatrując w
nim twarzy Zuzy. Miała ochotę ją udusić. Dosłownie. Złapać za gardło jak
najmocniej się dało i trzymać, aż zrobi się sina. Jakim prawem wlazła z buciorami
w jej życie? Do tego stopnia? Jakim prawem napisała do niego w jej imieniu?
Jakim prawem zaprosiła tutaj bez jej wiedzy? Czego się spodziewała? Że padną
sobie w ramiona i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie?
Odepchnęła
od siebie puszystą kobietę po trzydziestce, nie myśląc nawet, żeby odpowiedzieć
na jej pełne wyrzutu westchnienie. Szła przed siebie na zważając na nic;
zirytowane syknięcia, zdziwione spojrzenia, niecenzuralne wyzwiska. Na nic.
Dopóki nie znalazła winowajczyni w objęciach wytatuowanych ramion i stanęła
jak wryta pośród wyginających się na boki ciał.
-
Zuza? – zawołała niepewnie. – Co ty wyprawiasz?
Zuza
odwróciła się niechętnie w jej stronę i rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
Była wyraźnie wstawiona.
-
Dlaczego do niego napisałaś? – powiedziała już nieco pewniej, rzucając
ukradkowe spojrzenia w kierunku Tomka.
-
Rozluźnij się – odpowiedziała, przeciągając dziwnie sylaby. – Wyluzuj, Lenka.
-
Wyluzuj? Po cholerę się wtrąciłaś?! – wrzasnęła, usiłując przekrzyczeć dudniącą
muzykę.
Jedna
brew Zuzy uniosła się w górę, a nieprzytomne oczy zmrużyły się złowieszczo.
-
Idź się czegoś napij, Lenka – położyła jej drżąca dłoń na ramieniu i lekko
popchnęła w stronę baru. – Idź się napij. Od razu poczujesz się lepiej.
Po
czym odwróciła się od niej i ponownie zawiesiła swoje długie ramiona na
wytatuowanej szyi Tomka. Lena ze złością wymaszerowała z klubu i nie zważając
na ból w lewym boku, pognała na przystanek tramwajowy.
4.
Jej
palce bezwiednie przewijały numery w komórce, kiedy jechała tramwajem z
powrotem do domu. Zuza pijana w sztok i obłapująca się łapczywie ze swoim
oprawcą nawet nie myślała, żeby opuścić tę sodomę i gomorę, która przywdziała
niewinną nazwę „imprezy”. Lena myślała z niesmakiem, jak jeszcze miesiąc temu
jej przyjaciółka składała przysięgę samej sobie, że już nigdy nie wróci do tego
gnoja, że już nigdy nie da sobą poniewierać jak jakąś szmatą. Okazało się
jednak, że wystarczyło zaledwie kilka drinków, parę słodkich do omdlenia słów i
znowu rzuciła się w te wytatuowane ramiona, które zaledwie trzy tygodnie temu
pokryły jej drobne ciało różnokolorowymi siniakami. Lena oparła się o
niewygodne plastikowe siedzenie i utkwiła swój wzrok w staruszku siedzącym po
drugiej stronie tramwaju. Czy właśnie dlatego odpychała od siebie Bartka z
całych sił? Czy właśnie dlatego wbrew sobie usiłowała zranić jego uczucia jak
najmocniej się dało? Bo nie był wobec niej w porządku, a ona nie chciała wpaść
w tę paskudną sieć zależności, w którą najwyraźniej wpadła Zuza, i z której
zdawało się nie być ucieczki? Ale w jaki sposób Bartka można było w ogóle
przyrównywać do tego paskudnego, naćpanego brutala? Tu nie było nawet
porównania. Dlaczego więc za każdym razem, gdy otwierał usta i patrzył na nią
swoimi niebieskimi ślepiami, wstępowały w nią zastępy defensywnej złości,
mającej tylko jeden cel – utworzenie pancerza nie do przebicia o kąśliwej i
kłującej nawierzchni? Nie wiedziała nawet, dlaczego zdecydował się przyjść pod
klub. Czy naprawdę chciał pojednania? Czy po prostu musiał mieć ostatnie słowo
w tym wszystkim?
Lena
zatrzymała się na jego numerze w książce adresowej i zacisnęła mocno usta. Jej
kciuki przez chwilę odprawiały taniec niepewności w powietrzu tuż nad
powierzchnią ekranu, po czym szybko i zdecydowanie wcisnęły zieloną słuchawkę.
Lena przyłożyła telefon do ucha i zaczęła odliczać miarowe pikanie. Czuła, jak
w gardle rośnie kluska strachu. To by nawet nie było takie dziwne, gdyby nie
odebrał. Już raz dostał od niej w twarz tego wieczoru. Na pewno miał dosyć.
Nagle pikanie ustało i w telefonie rozległ się delikatny szum, przypominający
czyjeś oddychanie. Nikt się jednak nie odezwał. Lena szybko sprawdziła, czy
połączenie nie zostało przypadkiem przerwane, ale gnające naprzód sekundy
odliczały już czas rozmowy.
-
Przepraszam – powiedziała wreszcie, przyciskając telefon do ucha. – Przepraszam
cię za dzisiaj.
Przez
dłuższą chwilę w słuchawce panowała cisza. Lena oparła głowę o porysowaną szybę
tramwaju i zamknęła ze znużeniem oczy. Pulsowanie w lewym boku zaczęło powoli
zwalniać biegu, ale w głowie wciąż łupało tak samo. Z niechęcia myślała o tym,
że zaledwie dwa przystanki dzieliły ją w momentu, w którym będzie musiała
opuścić tramwaj.
-
Nie musisz ze mną rozmawiać – odezwała się znowu, żeby przerwać to nieznośne
milczenie i zacisnęła mocniej oczy. - Po prostu się rozłącz.
W
słuchawce znowu zapanowała cisza.
-
Nie chcę rozłączać się pierwsza – podjęła znowu – już wystarczająco dużo
dzisiaj spieprzyłam. – Zero odzewu. – Jeśli jednak chcesz mnie potraktować
milczeniem, to pamiętaj proszę, że moje fundusze na telefon są bardzo
ograniczone.
-
Za wczoraj też przepraszasz? – powiedział nagle.
Lena
wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu, po czym zmarszczyła brwi.
-
Ty weź się nie rozpędzaj, co?
Wydawało
jej się, że parsknął śmiechem, ale nie była pewna, bo zaraz potem odparował: -
To ty zaczęłaś.
-
Co zaczęłam?
-
Szaleć – powiedział, jakby to było co najmniej oczywiste.
-
To nie jest szaleństwo – zaperzyła się. – Chciałam cię po prostu przeprosić za
to, że dałam ci w twarz. To było niepotrzebne.
-
Ah! – westchnął. – A myślałem, że to za „rozkapryszonego dupka” i „cholernego
siatkarzyka”.
Jej
policzki pokryły się ciemnym rumieńcem: - Byłam lekko wstawiona.
-
Już nie jesteś?
-
Jestem. Inaczej bym nie dzwoniła.
-
Czyli mam nie brać twoich przeprosin na poważnie?
Hamulce
tramwaju zaskrzeczały żałośnie, kiedy zatrzymał się na przystanku przy ulicy
Kołobrzeskiej.
-
Dlaczego? – zapytała niecierpliwie, podnosząc się do pozycji stojącej i
skierowała się ku wyjściu.
-
Bo dupki i siatkarzyki, i twoje przeprosiny mają dokładnie to samo źródło.
-
Niby jakie?
-
Kieliszek.
-
Wiesz co - zaczęła poirytowana, wyskakując z tramwaju na chodnik. – Wkurzasz
mnie. Zamiast przyjąć te przeprosiny jak człowiek, wdajesz się niepotrzebnie w
jakieś psychoanalizy.
-
Po prostu nie wiem, czy będziesz je w ogóle pamiętać jutro rano.
-
Aż tak wstawiona nie jestem.
-
Jedziesz już do domu? – zapytał nagle.
-
A co to ma do rzeczy? – odpowiedziała zaskoczona, kierując swoje kroki w stronę
jednego z wielkich komunistycznych bloków.
W
momencie, kiedy skręciła na parking, nagle stanęła jak wryta. Bartek stał z
telefonem przy uchu, opierając się łokciami o samochód Zuzy.
-
Cześć – powiedział do słuchawki, patrząc w jej stronę.
Przez
chwilę nie wiedziała, jak ma się zachować, więc po prostu stała przy klatce A z
telefonem wciąż mocno przyciśniętym do ucha. Dopiero podmuch chłodnego nocnego
wiatru, który przypomniał jej, że trzęsie się z zimna jak osika, zmusił ją do
zrobienia tych kilku kroków, jakie dzieliły ją od samochodu. Stanęła po jego
drugiej stronie i wykrzywiła usta, w czymś co pewnie miało przypominać uśmiech.
-
Teraz możesz się już rozłączyć – powiedział do słuchawki, ale widząc jak stoi
naprzeciwko niego, wciąż przyciskając telefon do ucha, dodał: - Chcesz mi dać w
twarz? – Spojrzała na niego zaskoczona i otworzyła usta, ale żaden dźwięk nie
wydobył się z jej gardła. – Bo w sumie jeśli chcesz, to się nie krępuj. To już
nawet przestało być takie niezwykłe.
Lena
chciała powiedzieć tyle rzeczy, że w rezultacie nie powiedziała nic. Po prostu
wpatrywała się w niego nienaturalnie rozszerzonymi oczami, zupełnie jakby
widziała go pierwszy raz w życiu. Bartek chrząknął.
-
Podobno masz ograniczone fundusze na telefon – powiedział, wskazując na
komórkę, którą ściskała kurczowo przy uchu. – Jeśli tak bardzo ci na tym
zależy, to mogę rozłączyć się pierwszy.
Nie
uzyskawszy żadnej odpowiedzi, powoli opuścił telefon i schował go do kieszeni
spodni. Lena zamrugała gwałtownie powiekami, po czym również opuściła rękę.
Czuła się głupio i niezręcznie, i nie miała pojęcia dlaczego. Słowa po prostu
uwięzły jej w gardle i żadne nie chciało wydostać się na zewnątrz. Żadne nie
chciało konfrontacji ze słowami strony przeciwnej.
-
Ja Wam tak szczerze, po kransoludzku, teraz powiem – zaczął znowu, patrząc na
nią znacząco – wiecie, co ich tak naprawdę ciągnie do Kingsajzu, bardziej niż
te wszystkie szlachetne słowa? Kobitki! Ciurlać się chcą z nimi, o!
Lena
spojrzała na niego, unosząc obie brwi do góry. Przez chwilę stali tak w
milczeniu, mierząc się spojrzeniami po dwóch stronach samochodu. Bartek pochylił
się mocniej nad jego dachem, a usta zadrgały mu w delikatnym uśmiechu.
-
Dlaczego akurat Kingsajz? – powiedziała wreszcie.
-
Wydawał się na miejscu – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Krasnalu.
Lena
oparła łokcie o dach samochodu, idąc za jego przykładem. I choć przyszło jej to
z widocznym trudem, wystrzeliła w jego stronę triumfującym spojrzeniem.
-
Nie będzie mi ubliżał od krasnali taki olbrzym jak ty.
-
Czyżby? Ty weź nie podskakuj, krasnalu, bo i tak nie doskoczysz.
Lena
przygryzła dolną wargę, usiłując powstrzymać wybuch śmiechu, ale jedno
spojrzenie w jego stronę i absurdalnie triumfująca mina mająca świadczyć o
zadowoleniu z ciętej riposty, sprawiły, że całkiem straciła nad sobą kontrolę.
Oparła czoło o brudny samochód, pozwalając swoim ramionom rzucić się w dziki
taniec śmiechu.
Bartek
zarechotał, widząc jak jej twarz unosi się z powrotem nad krawędzią dachu
umorusana kurzem i wykrzywiona głupawym uśmiechem. Położył swoje dłonie na jej
rękach i spojrzał ze zdecydowaniem w oczy. Lena momentalnie znieruchomiała,
czując jak sztywnieją jej wszystkie mięśnie twarzy. W powietrzu znowu zawisło
milczenie.
-
Chcesz wstąpić… na kawę? – wydukała wreszcie, bojąc się odwrócić od niego swój
wzrok.
Potrząsnął
przecząco głową: - Późno już. Rano mam trening.
-
To dobrze. Bo wiesz…
-
…kawy i tak nie macie – dokończył za nią i uśmiechnął się szeroko.
-
Kurcze. Wiesz. - Również uśmiechnęłą sie do niego szeroko, po czym dodała: - Ale wpadnij kiedyś. Między treningami. Meczami. Medalami. Niepotrzebne
skreśl.
-
Medale, na przykład?
Wzruszyła
ramionami.
-
Tego nie powiedziałam. Po prostu wpadnij.
Bartek
wyciągnął przed siebie rękę i wytarł z jej czoła czarną smugę. Miała wrażenie,
że wiązka jakiejś naelektryzowanej energii przebiegła jej wzdłuż kręgosłupa, po
czym rozlała się po całym ciele. Z trudem powstrzymała się przed odwróceniem od
niego swojego spojrzenia. Patrzyli tak na siebie jeszcze kilka minut, by potem
rozstać się, podając sobie ręce na zgodę.
Zacisnęła
usta, wspinając się po schodach na drugie piętro. Było jej trochę smutno,
trochę przykro. Bo chociaż ten silny uścisk dłoni był krokiem naprzód w ich
wzajemnych relacjach, nagle wydał jej się nadzwyczaj formalny. Pozbawiony
jakichkolwiek emocji. Suchy i bez wyrazu. Być może po prostu chciała więcej.
Tak, to odpowiednie słowo. Chciała. Chciała, chciała, chciała. Pytanie tylko,
czy on też wciąż chciał.
Ten rozdział
dedykuję – zdawać by się mogło – mojemu jedynemu czytelnikowi. A więc Gonia, to
dla Ciebie! Wesołych Świąt! <3
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |