2.2.
czwartek, 29 maja 2014 07:27
Rozdział I

- Celina! Celina! Cela!
Krzyczał jakiś kobiecy głos, kiedy opatulona w ciemnozielony płaszcz z burzą rudych włosów na głowie brnęła główną ulicą pod wiatr. Spojrzała podejrzliwie przez ramię.
- Cela! – machała do niej jakaś dziewczyna, idąc w jej stronę energicznym krokiem. O nie. Proszę, nie. – Wieki cię nie wiedziałam! – krzyknęła, kiedy stanęły twarzą w twarz. Beata. Kiedyś razem studiowały. – Co tu robisz? Nie wiedziałam, że jesteś w Bełchatowie. Mieszkasz tu? Gdzie pracujesz?
Przez chwilę nie wiedziała, na które pytanie powinna odpowiedź najpierw.
- Tam – machnęła ręką za siebie. – Tam, na Bławatnej. „Limoncello” – dodała, widząc, jak wpatruje się w nią wyczekująco.
- No coś ty! – wykrzyknęła z przesadnym entuzjazmem i złapała ją za ramię. Celinę przeszły dreszcze. – W tej włoskiej knajpie? – Pokiwała sztywno głową, przestępując z nogi na nogę. – Załatwisz mi zniżkę?
- Ja… Wiesz… Nie bardzo…
Beata błysnęła białymi zębami i wreszcie ją puściła.
- Przecież żartowałam – wykrzyknęła znowu i trzepnęła ją z pobłażaniem w to samo ramię. Tak, zabawne. – Ja przyjechałam na weekend do Pawła, wiesz. – Nie. Skąd miała to wiedzieć? – Dali nam na uniwerku wolne już od środy, ale musiałam najpierw pojechać do Krakowa. W końcu pierwszy listopada. Na groby trzeba iść. – Serio? – A ty… – Celina podniosła na nią wzrok. – Ty byłaś… w domu?
- Teraz tu jest mój dom – odpowiedziała chłodno, choć w myślach zastanawiała się, czy jej mały pokoik z nieszczelnym oknem i trzeszczącą drewnianą podłogą, w którym ledwie mieściło się łóżko i mikroskopijna szafa, można w ogóle nazwać domem. – Nie byłam w Gdańsku od śmierci mamy – dodała w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.
- No tak – powiedziała niepewnie, po czym jej twarz znowu się rozświetliła i jeszcze raz trzepnęła ją w ramię. – Chodź na piwo. Poznasz Pawła.
- Nie bardzo mam czas…
- Na godzinę. Pół godziny. Kwadrans – wymieniała, nie dając za wygraną. – Pamiętasz, jak po ciężkim kolokwium zawsze chodziłyśmy razem na karaoke? – Celina odwróciła od niej wzrok. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się lekko do góry, ale chwilę później powróciły na swoją poprzednią podkówkową pozycję. – Pamiętasz jak wstawione dosłownie jednym piwem piałyśmy do mikrofonu? Jak…
- Stare dzieje – przerwała jej szybko, żeby przerwać ten potok wspomnień.
- Nie takie znowu stare. – Owszem, stare. – No chodź. Chociaż na moment. Napijemy się jak kiedyś.
Już otwierała usta, żeby odmówić, kiedy coś kapnęło jej na policzek. Potem na nos. Potem znowu na policzek. A potem już nie wiedziała, gdzie na nią nie kapie, bo z nieba zaczęły się lać strumienie wody. Beata pośpiesznie załapała ją za rękę i pociągnęła w kierunku skrzyżowania. Poprzez szum deszczu i zacinający ze wszystkich stron wiatr zdołała tylko usłyszeć „za rogiem”, po którym nastąpiła seria bardzo kreatywnych przekleństw. Kiedy przebiegały przez ulicę, czuła się, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł pieruńsko zimnej wody. Zacisnęła szczękające zęby i schowała się głębiej w swoim wełnianym szaliku. Dosłownie kilka sekund później doszedł do jej uszu brzęk dzwonka zawieszonego nad ciężkimi drewnianymi drzwiami, a kiedy te się za nią zamknęły, owionął ją zapach schabowego i zupy cebulowej.
- Matka natura ma jednak swoje sposoby, żeby wyciągnąć cię na piwo – odezwała się po chwili Beata, zdejmując z siebie mokry płaszcz i pociągnęła ją za rękę w stronę stolika stojącego tuż pod ścianą. – Cześć, cześć! – zawołała do dwóch mężczyzn, którzy zaraz podnieśli się ze swoich miejsc. – Patrzcie, kogo znalazłam!
Celina szybko odgarnęła z twarzy mokre włosy i wyrwała swoją rękę z uścisku.
- Posłuchaj, ja naprawdę…
- Srete tete – przerwała jej Beata. – Rozbieraj się i siadaj.
Niższy z mężczyzn wyciągnął rękę po jej płaszcz.
- To jest Paweł, pamiętasz go? – Celina chyba wolała nie pamiętać.
- Poznaliśmy się w zeszłym roku w Łodzi – zaoferował, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Był tam jeszcze ten…
- Co za różnica – przerwała mu niecierpliwie Beata. – Paweł, Celina. Celina, Paweł. A to Andrzej – wskazała palcem na wyższego mężczyznę. – Nie wiem, co on tu robi. Jego tu nie miało być. Co tu robisz, Andrzej?
Andrzej wzruszył ramionami.
- Najlepsza zupa cebulowa w mieście – powiedział, jakby to było co najmniej oczywiste.
- Nienawidzę cebuli.
- Nie znasz się.
Wszyscy siedli przy stole i wlepili w Celinę wzrok. Wciąż stała w tym samym miejscu, ściskając w dłoniach swój czarny szalik, zupełnie jakby lada moment miała dać nogę. Dostrzegłszy naglące spojrzenie Beaty, już lekko poirytowana, odsunęła krzesło, szurając nim przeraźliwie po drewnianej podłodze i siadła. Po chwili sięgnęła po jedną z cieniutkich kart dań, które leżały w stosiku na środku stolika, i usiłowała się nią zasłonić.
- Może wam coś polecić? – zapytał Paweł. – My z Andrzejem naprawdę wiemy, na co tu warto wydać pieniądze.
- No na zupę cebulową – mruknął pod nosem Andrzej.
- Dzięki, ale szczerze mówiąc, nie planowałyśmy nic jeść – odpowiedziała Beata, udając, że go nie słyszy. – Chciałyśmy się tylko razem napić.
Andrzej przysunął się do Celiny i przybrał poważny wyraz twarzy
- Ale wiesz, że alkohol sprzedają tutaj tylko osobom pełnoletnim?
Celina spojrzała po sobie trochę poirytowana, trochę zbita z tropu. Owszem, jej twarz może nie do końca pozbyła się jeszcze wszystkich pamiątek z dzieciństwa, jakimi bez wątpienia były usiany piegami nosek i okrągłe policzki, na których próżno było szukać nawet śladu kości policzkowych, ale bez przesady. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów i zatrzymała się na granatowej koszulce z podobizną Spongeboba.
- W takim razie może powinieneś zamówić lemoniadę – powiedziała, wwiercając w niego swoje spojrzenie.
- Miałem raczej na myśli…
- On tak tylko żartuje – wtrąciła się Beata. – Andrzej ma bardzo specyficzne poczucie humoru.
Celina patrzyła na niego przez chwilę, marszcząc brwi, by nagle zarechotać z emfazą, która wszystkich wprawiła w zakłopotanie.
- Boki zrywać – mruknęła, ponownie wsadzając nos w kartę dań.
- No to jak – podjęła Beata po przybyciu kelnerki – ja nie jestem specjalnie głodna. Bierzemy po prostu cztery piwa?
Wszyscy pokiwali energicznie głowami, ale nikt nie odezwał się ani słowem.
- Cztery piwa, proszę – powiedziała z nutą lekkiego zrezygnowania w głosie. – Cela! – podjęła ponownie, kiedy cisza stawała się nie do zniesienia. – Opowiadaj, co u ciebie. Tęsknimy tam za tobą na UMEDzie.
Cela wzruszyła lekko ramionami.
- Nie ma, o czym opowiadać. Żyję i pracuję. I czas jakoś leci.
- Ale wrócisz do nas, co?
Znowu wzruszyła ramionami.
- Ciężko powiedzieć.
Spojrzała ukradkiem na Andrzeja, który bębnił palcami w drewniany blat stołu i wpatrywał się w jej rude splątane przez wiatr włosy, jakby chciał na ich temat wygłosić jakąś dowcipną uwagę. Potem spojrzała na Pawła, który siedział trochę sztywno na swoim miejscu i uśmiechał się dobrodusznie do wszystkich i wszystkiego, co tylko napotkały jego oczy. Przeniósłszy wzrok na Beatę, której głowa kiwała się w przód i tył ze zrozumieniem, zasznurowała z niezadowoleniem usta.
- Rozumiem – podjęła znowu, jakby rzeczywiście wierzyła, że rozumie. Gówno rozumie. – A może chciałabyś się wybrać ze mną na mecz w przyszłą sobotę?
- Jaki mecz?
- Jak to jaki? – wtrącił się Andrzej i wreszcie przestał bębnić palcami w stół. – Gramy z Resovią oczywiście.
Celina zmarszczyła brwi.
- Co za Resovią?
Patrzył na nią przez kilka sekund, jakby kalkulował coś w głowie, po czym spojrzał na Beatę i rzucił z uśmiechem:
- Ona też ma bardzo specyficzne poczucie humoru.
Beata zamachała rękami.
- Andrzej i Paweł grają w siatkówkę. Tu, w Bełchatowie.
- Tak – wtrącił Andrzej. – Teraz już powinnaś zdawać sobie sprawę, że jesteś w naprawdę doborowym towarzystwie.
Jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, ukazując rząd białych zębów.
- To jeden z tych specyficznych żartów, tak? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, po raz kolejny zarechotała z tą samą dozą emfazy, wywołując na ich twarzach kwaśne uśmiechy. – Boki zrywać.
Andrzej spojrzał z wyrzutem na Beatę. „Ona się ze mnie nabija” starał się jej przekazać wzrokiem, ale nie doczekał się żadnego odzewu. Beata wzruszyła tylko ramionami. Ponownie przeniósł wzrok na twarz Celiny, z której nic nie był w stanie wyczytać. Doszukiwał się oznak szyderstwa, kpiny, może jakiegoś niewinnego żartu. Nic. Jak czysty, niezapisany arkusz papieru. I milion piegów.
- Jesteś zła? – zapytał wreszcie, przyglądając się z uwagą jej zaciśniętym ustom.
- Nie.
- Bo wyglądasz na wkurzoną.
- Nie jestem wkurzona – odpowiedziała z naciskiem, zaciskając zęby, w wyniku czego kontury jej szczęki stały się jeszcze bardziej kanciaste.
- Słowo daję, wyglądasz jakby przed sekundą rzucił cię facet.
Beata rzuciła Pawłowi mordercze spojrzenie, które zdawało się mówić, a wręcz krzyczeć: „No zrób coś!”, ale ten szybko odwrócił od niej swój wzrok, schwycił szklankę dopiero co przyniesioną przez kelnerkę  i zaczął wlewać w siebie jej zawartość. Widząc jak ciemne placki zaczynają wstępować Celinie na twarz, poszła za jego przykładem i zaczęła moczyć usta w gorzkim płynie.
- Wiesz co – wykrztusiła z siebie Cela po paru chwilach napiętego milczenia, zaciskając w dłoniach wełniany szalik. – Przypomniało mi się, że muszę zabrać spaniela mojej sąsiadki do weterynarza. Ma okropną… biegunkę.
Przez chwilę przy stole panowała grobowa cisza. Zamaszystym ruchem Celina włożyła na siebie swój ciemnozielony płaszcz i już otwierała usta, żeby się pożegnać, ale w ostatniej chwili je zamknęła, i wyszła z baru bez słowa. Andrzej spojrzał na nich wymownie, unosząc obie brwi do góry i wykrzywiając usta w grymasie sugerującym coś pomiędzy zdezorientowaniem i rozbawieniem, jakby nie mógł się zdecydować, co właściwie czuje.
- No – zaczęła Beata, stawiając swoje piwo na stole. – Brawo. Trafiłeś, że tak powiem, w dziesiątkę.
- Co? Jaką dziesiątkę?
Paweł wyjął z kieszeni komórkę i schował się za jej ekranem, udając, że go tam nie ma.
- No, w dziesiątkę, mój drogi. W dziesiątkę. – Pochyliła się nad stołem i zakrzywionym palcem, dała mu znak, żeby zrobił to samo. – Jakiś facet istotnie ją rzucił – powiedziała przyciszonym głosem. – Była z tego wielka afera. Na dwadzieścia cztery fajerki. Skończyło się na tym, że nie studiujemy już razem. Rozumiesz? – Andrzej chciał się odsunąć, ale schwyciła go za koszulę. – Faceci to zawsze śliski temat. Już lepiej żebyś nawijał o obecnej sytuacji ekonomiczno-gospodarczej na świecie albo klimacie politycznym na Bliskim Wschodzie, a nawet, niech ci będzie, o praktykach seksualnych nosorożców. Ale nigdy – zaznaczyła, przyciągając go jeszcze bliżej siebie – przenigdy nie poruszaj tematu facetów.
- Myślałem, że wy robicie to cały czas.
- Tak. Malujemy też paznokcie, nakładamy na włosy maseczki i depilujemy nogi. Depilujesz nogi, Andrzeju?
W odpowiedzi wykrzywił tylko usta w głupim uśmiechu, po czym z ulgą stwierdził, że uścisk na jego koszulce zelżał. Pospiesznie opadł na twarde drewniane krzesło i spojrzał na Pawła, który wciąż udawał nieobecnego.
- A więc – odchrząknął. – Zgaduję, że to twoja dziewczyna nosi spodnie w tym związku.
Paweł spojrzał na niego z przerażeniem, jakby zapomniał, że przecież nie jest niewidzialny, i schował komórkę z powrotem do kieszeni. Podrapał się nerwowo po głowie.
- Oboje nosimy spodnie. Beata nie lubi sukienek.
Andrzej zastanawiał się przez chwilę, czy powinien to oświadczenie zrozumieć dosłownie, czy może był to taki subtelny sposób, aby wyznać mu, że Beata nie przepada za oddaniem i uległością „kobiety typowej”. Innymi słowy, że tak, to właśnie ona nosi spodnie w tym związku. Zanim jednak zdążył się zdecydować na którąś z interpretacji, jego wewnętrzną analizę przerwało niezadowolone cmoknięcie.
- Sukienki są passé – odrzekła Beata, wygładzając zagięcie na swojej plisowanej spódnicy. – Zupełnie jak rozmowa o związkach w towarzystwie kobiety.
- Co? Tego tematu też nie można przy was poruszać? – Wzruszyła ramionami. – To jeszcze depilacja nóg czy może już okolic bikini?
- Faceci to śliski temat – powtórzyła, po czym głośno przełknęła resztę piwa. – Zawsze.
- Przepraszam, ale mówimy teraz o tobie czy o facetach? Oczywiście w obecnym klimacie politycznym nie mogę założyć, że jedno wyklucza drugie. – Poczuł pod stołem kopniaka i rzucił Pawłowi skruszone spojrzenie. – Z genderem nigdy nic nie wiadomo, przyjacielu.
- Śliski temat – powtórzyła jak katarynka, wyjmując z portfela dwadzieścia złotych. – Cela pracuje w restauracji „Limoncello”.
- Aha.
- Jeśli chciałbyś do niej wpaść i przeprosić…
Andrzej spojrzał na nią w osłupieniu, jakby właśnie mu oświadczyła, że jest mężczyzną.
- Naprawdę uważasz, że powinienem?
- Nie wiem, Andrzeju. Powinieneś?
Włożyła na siebie skórzaną kurtkę i dźgnęła Pawła końcem swojej żółtej parasolki. „Chodź” zdawała się mówić, „Idziemy”, mimo że z jej ust nie wydobyło się nawet słowo. Jakby w odpowiedzi na niemy rozkaz, podniósł się ze swojego miejsca, narzucił kurtkę na ramiona i szturchnął Andrzeja w ramię.
- To widzimy się w poniedziałek na treningu?
- Jasne.
Drzwi baru otworzyły się z brzękiem. Do środka wdarł się zimny listopadowy wiatr, kołysząc zawieszonymi przy ścianie zdjęciami na kolorowych nitkach. Andrzej wziął do ręki pustą szklankę i przyjrzał się z uwagą piance osiadłej na jej ściankach. Wcale nie czuł się w obowiązku przepraszać. Przecież nic nie zrobił. Nie powiedział nic złego, na Boga. A to, że opacznie coś zrozumiała, no może nie opacznie, może po prostu przepuściła to, co powiedział przez konwerter własnych doświadczeń i wyszedł jej format niezbyt kompatybilny z tym, co tak właściwie powiedział. Czyli w sumie na jedno wychodziło, tak, opacznie coś zrozumiała. W jaki sposób to była jego wina? Przecież się nie znali. Nie mógł wiedzieć, co dziewczynie siedzi w głowie.
- Faceci to śliski temat – prychnął pod nosem, odkładając szklankę na miejsce. – Pewnie.
Wyjął z portfela dwa banknoty i wsunął je z resztą pod plastikowy stojak oferujący „Gorącą swojską zupę cebulową za jedyne 8 zł”. Jednak kiedy tylko zarzucił na ramiona kurtkę, ponownie opadł bezwładnie na krzesło. Za oknem znowu lało jak z cebra, a na krześle obok ktoś zostawił gruby wełniany szalik. Świetnie.

Poniedziałki lubiła najbardziej, bo po udręce jaką były wolne weekendowe godziny, jej życie znowu podporządkowywało się terminarzowi tygodnia. Wiedziała dokładnie, kiedy musi wstać, gdzie musi pójść i co musi zrobić. A dzięki pełnym rękom roboty jej myśli nie wędrowały do miejsc, o których dawno już powinny zapomnieć. Czuła wewnętrzny spokój, kiedy przekraczała próg restauracji „Limoncello”, w której zawsze unosił się słodki zapach bazylii, bo wiedziała, że kiedy jej zmiana się skończy i załatwi na mieście wszystkie naglące sprawunki, jej ciało na nic innego nie będzie miało siły. Legnie tylko z sapnięciem w fałdach pościeli i odda się cudnej nieświadomości.
- Cześć, Marco – rzuciła z udawanym uśmiechem w odpowiedzi na energicznie machającą rękę ciemnowłosego i ciemnoskórego chłopaka, który chodził od stolika do stolika, przyoblekając każdy świeżym obrusem i serwetkami.
Czas, jak zwykle to bywa w te lepsze dni, leciał, mknął, śmigał, nie bacząc na sekundy, minuty i godziny, które bezwzględnie miażdżył pod swoimi stopami. Biegała między stolikami w swojej białej koszuli i związanych w wysokiego koka włosach, nosząc talerze pełne włoskich smakołyków i talerze puste, brudne i lepkie. Z uśmiechem przyklajstrowanym do ust wydawała się nawet miła i uprzejma, choć w głębi duszy wiedziała, że wcale taka nie jest. Już od pewnego czasu czuła, że gorzknieje i wcale jej to nie przeszkadzało. Dzięki temu ludziom nie zależało na jej towarzystwie, dzięki temu się do niej nie przywiązywali, a to z kolei gwarantowało, że ona sama się do nikogo nie przywiąże i nie da im okazji, żeby pewnego dnia zniknęli, zostawiając ją całkiem samą. Teraz była całkiem sama i było jej z tym dobrze. Przyzwyczaiła się do swojej codziennej bezludzkiej rutyny. Bezpiecznej rutyny. Do której nikt nie miał wstępu.
Dochodziła już godzina dziesiąta wieczorem, kiedy ostatni klient podniósł się ze swojego miejsca, zarzucił na ramiona długi czarny płaszcz i wychodząc, z galanterią uchylił przed swoją towarzyszką ciężkie oszklone drzwi. Celina z westchnieniem ulgi podeszła do ich stolika i zaczęła zbierać z niego brudne talerze, sztućce i kieliszki po czerwonym winie.
- Ja skończę, Marco – powiedziała, widząc jak ten wychodzi z kuchni, ledwie powłócząc nogami. – Idź do domu.
- Pomogę ci przecież.
Ledwie to powiedział i wpadł na niezasunięte krzesło stolika numer sześć. Wymachując w powietrzu rękami w desperackich próbach złapania równowagi, chwycił się kurczowo krawędzi stołu, pociągnął za poplamiony przez któregoś z klientów obrus i wraz ze wszystkim, co na nim stało, runął jak długi na podłogę. Celina spojrzała na niego obojętnym wzrokiem. Przeturlał się na plecy, jeszcze bardziej plącząc się w brudnym obrusie i westchnął żałośnie:
- Ale ze mnie ciele.
Już chciała podejść do niego i pomóc mu wstać, kiedy do jej uszu doszedł przytłumiony rechot kogoś stojącego za przeszklonymi drzwiami. Marco zasłonił twarz dłońmi.
- Idealnie. Publiczność.
Szybko wygramolił się spod fałd białego materiału i z płonącymi policzkami zniknął w kuchni. Celina odstawiła brudne naczynia z powrotem na stolik i podeszła do drzwi. Stał tam ktoś niezwykle wysoki, uśmiechając się od ucha do ucha i stukając w szybę palcem wskazującym.
- Już zamknięte – powiedziała, wycierając ręce w czarny fartuszek.
Ten jednak podniósł do góry dłoń, w której zaciskał coś czarnego i grubego i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Zostawiłaś to w barze – powiedział i przycisnął wełnianą kulkę do mokrej szyby wejściowych drzwi. – W sobotę – dodał, widząc jej zdezorientowany wzrok. – W barze.
Celina wpatrywała się w niego podejrzliwie, jakby miał zaraz wparować do środka, schować głowę w czarnej kominiarce, wyciągnąć z kieszeni spluwę i przemówić głosem rodem z najlepszych westernów: „Uwaga to jest napad”. Tak właśnie na niego patrzyła. Jak na Clinta Eastwooda, który przeszedł na ciemną stronę mocy. „Oddajcie wszystkie butelki wina, to nikomu nic się nie stanie.” Zastukał ponownie w szybę i już chciał coś powiedzieć, kiedy schyliła się, pociągnęła za jakąś zasuwę i otworzyła drzwi na oścież.
- Szalik – wypalił błyskotliwie, zanim zdążył się ugryźć w język.
- Dzięki… - urwała, wyciągając po niego rękę i rzuciła mu pytające spojrzenie.
- Andrzej – powiedział takim tonem, jakby wypowiedzenie tych dwóch sylab sprawiło mu ogromny ból.
- Tak, Andrzej. Oczywiście. Dziękuję, Andrzej. Jestem Celina – dodała po chwili namysłu.
- No… wiem.
Z kuchni szybkim krokiem wymaszerował Marco ubrany już w swoje normalne ciuchy. Ze wzrokiem wbitym w ziemię uparcie wpatrywał się w ruch swoich stóp, zupełnie jakby w myślach odliczał: „prawa, lewa, prawa, lewa, prawa…”. Jego policzki wciąż były jasnoczerwone.
- Dobranoc – burknął, przechodząc obok nich i szybko zniknął za drzwiami, dając się połknąć ciemności listopadowego wieczoru.
- Przyjemny gość. – Andrzej wsadził ręce do kieszeni kurtki i nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zaczął się kołysać w przód i w tył, jakby nagle dostał choroby sierocej. Celina przycisnęła szalik do piersi i odwróciwszy się, poszła w kierunku jedynego stolika, na którym stały jeszcze brudne naczynia – Przy okazji – zawołał za nią. – Sorry, że tak na ciebie w sobotę naskoczyłem. Wiesz, że wyglądasz, jakby facet cię rzucił i w ogóle. – Machnęła ręką. – Nie, naprawdę. To było wredne, zwłaszcza biorąc pod uwagę… okoliczności.
- Okoliczności?
- No tak, Beata mi wszystko powiedziała.
Celina podniosła z podłogi obrus i strzepnęła go z dziwną sobie gwałtownością. Następnie złożyła go na pół i ponownie strzepnęła, zdawać by się mogło, jeszcze bardziej agresywnie.
- W każdym razie – podjął znowu, starając się nie zwracać na to uwagi – przepraszam. To było głupie i szczeniackie. I nie powinno…
- Jakie okoliczności? – wypaliła, wystrzeliwując w niego tym swoim ostrym wzrokiem. Dźgającym jak sztylety.
- No wiesz – podrapał się po głowie i usiadł na najbliższym krześle. – Że jakiś facet rzeczywiście cię rzucił. Czym swoją drogą bym się tak nie przejmował na twoim miejscu. Jestem pewien, że to zwykły burak, który nie potrafi docenić tego, co ma.
Celina spojrzała na niego, jakby to on był burakiem.
- On mnie wcale nie rzucił – powiedziała wreszcie.
- Jesteś pewna? – Spojrzał na nią z ukosa. – Bo z tego, co powiedziała Beata, to prawie wynikało, że przespałaś się z rektorem czy inną szychą. Afera na cztery fajery czy jakoś tak.
Potrząsnęła przecząco głową i siadła dwa stoliki od niego.
- Trzeba być naprawdę zdesperowanym, żeby przespać się z naszym rektorem.
- A co, nosi pieluchę?
Celina oparła podbródek na dłoni i przez chwilę udawała, że się nad czymś zastanawia.
- No nie wiem – powiedziała wreszcie, przygryzając wargę. – Nie zaglądałam mu do majtek.
- Sztuczna szczęka?
- A to bez wątpienia.
Andrzej wyszczerzył zęby w uśmiechu i ze zdziwieniem zauważył, że ona również śmieje się cicho pod nosem. Nie tak jak w barze, przesadnie i kpiąco, ale szczerze. Trwało to jednak tylko chwilę, bo kiedy napotkała jego wzrok, uśmiech natychmiast spełzł z jej ust, zupełnie jakby zdała sobie sprawę, że zrobiła coś niestosownego. Niewłaściwego. Nieprzyzwoitego. Wstała od stołu i zaczęła zbierać z niego brudne naczynia. „Idź sobie” mówiła, podnosząc stos talerzy. „Idź już.” Z ociąganiem podniósł się do pionu i podrapał po głowie.
- Pracujesz w soboty? – odwróciła się do niego z naręczem dosłownie wszystkiego, co mogła udźwignąć. – Jest ten mecz, wiesz.
- Tak, z sową.
- Właśnie. Jakbyś miała ochotę, to przyjdź. Beata ma zawsze dodatkowy bilet. – Celina nic nie odpowiedziała. Po chwili odwróciła się od niego i zaczęła powoli iść w kierunku wahadłowych drzwi. – W końcu nie bez kozery mieszkasz w Bełchatowie, nie? – zawołał za nią.
Spojrzała na niego przez ramię.
- Mieszkam tu, bo akurat tu mam pracę – powiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste. – I mało płacę za mieszkanie.
- No widzisz. Zupełnie jak ja.
Zapiął kurtkę pod szyję, a kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż się na niego patrzy, znowu się uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że spaniel sąsiadki ma się lepiej – dodał jeszcze z przekąsem. – Biegunka to prawdziwy wrzód na dupie. Dosłownie.
Chwilę później, podobnie jak Marco, zniknął w ciemności oplatającej oświetlone płomieniem żyrandoli okna restauracji. Celina czuła, jak jeden kieliszek wyślizguje jej się z dłoni, po czym z delikatnym brzękiem ląduje na podłodze. Ręce lekko jej drżały i nie wiedziała, czy to pod wpływem ciężaru czy może przesytu ludzkiego towarzystwa. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej się w niej gotowało.
- Celino, imbecylu – wycedziła przez zęby, wwiercając wzrok w wahadłowe drzwi, po czym pchnęła je z całej siły i zamaszystym krokiem weszła do kuchni.

Tej nocy śniło jej się, że wspina się samotnie po lodowcu. Zatacza koła ramieniem, w którym nie ma już nawet krzty siły, by wbić czekan w gładki jak tafla lód. Choć pod wiatroszczelnym kombinezonem jej ciało płonęło z wysiłku, czerwony nos i wystające spod szalika policzki cierpiały katusze na mrozie. Rzęsy, brwi i linia włosów schowanych pod kapturem oblepione były śniegiem, który zacinał ze wszystkich stron. Spojrzała w górę, ale góry nie było. Nie było też dołu. Wszystko pogrążone w gęstej mgle chmur. Była tylko ona i jej czekan, który jako jedyny chronił ją przed upadkiem. Chwyciła go drugą ręką, czując jak pierwsza zaczyna drętwieć. Nie ma już siły. Już nie może. Nie da rady wspiąć się wyżej. To już koniec.
Podciągnęła się trochę wyżej, czując jak płoną jej mięśnie ramion, i w tym momencie silniejszy podmuch wiatru zarzucił nią na prawo i czekan wyślizgnął jej się z rąk. Desperacko wymachiwała rękami, usiłując złapać… sama nie widziała co. Chmurę? Płatki śniegu? Powietrze? Zdawało jej się, że nigdy nie przestanie spadać, że to będzie już trwało wiecznie. Ale potem mgła zaczęła się przerzedzać.
- To ty go zabiłaś – usłyszała jeszcze, zanim jej ciało z hukiem gruchnęło o skały i obudziła się z krzykiem na ustach.


No to mamy pierwszy rozdział! Dziękuję bardzo, że aż tylu z Was zostawiło po sobie ślad pod prologiem. Dla mnie pięć osób to normalnie tłumy <3

Kolejny rozdział postaram się dodać w przyszłym tygodniu, ale cholera wie, jak będzie z czasem.

Uwaga, random question: jakie są Wasze ulubione książki? :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (3)