|
1.4.
wtorek, 22 października 2013 05:06
Rozdział III
1
lipca 2013
1.
Pierwszy
lipcowy poranek nie zaliczał się do udanych. Lena przez całą noc rzucała się z
boku na bok, nie mogąc zasnąć. Wciąż trącała spuchniętą stopą o regał stojący
tuż przy łóżku, w rezultacie czego dziwne mrowienie, które pojawiło się po błogim
opadnięciu w objęcia swoich dwóch puchatych poduszek, niepokojąco przybierało
na sile. Wciąż myślała o nadchodzącym dniu i o tym, jak bardzo będzie musiała
się nagimnastykować, żeby załatwić choćby kilka dni wolnego. I jak bardzo
przerażał ją fakt, że kilka dni może nie wystarczyć, żeby stopa powróciła do
normalności. W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Zuza wyjechała do rodziny
na weekend i miała wrócić w poniedziałek wieczorem, a Marek z Natalią
wypoczywali właśnie w Bieszczadach. Brakowało jej głośnego pochrapywania tej
pierwszej. Czuła się obco.
Pierwsze
promienie słońca powitała z ogromną ulgą. I chociaż czuła się półżywa, chciała
jak najszybciej pozałatwiać wszystkie sprawy, zrzucić z klatki piersiowej ten
ciężar i zacząć znowu normalnie oddychać. Dodzwonienie się do przychodni zajęło
jej ponad dwadzieścia minut – bez większego sukcesu. Została ofuknięta przez
piskliwy i nieprzyjemny głos pani w rejestracji:
-
To nie ode mnie zależy. Proszę przestać podnosić na mnie głos – mimo, że wcale
go nie podnosiła – terminy są jakie są. Jak się pani nie podoba, niech pani
szuka wizyty gdzie indziej.
Gdzie
indziej miało oznaczać ‘prywatnie’, zaś ‘prywatnie’ miało oznaczać ‘jeśli nie
pasuje pani państwowa opieka zdrowotna – niech pani płaci’. Problem polegał na
tym, że Lena nie miała, czym zapłacić. Speszona tym faktem oraz kolejnymi
fuknięciami, potulnie wyjąkała jakieś przeprosiny i z piekącymi policzkami
odłożyła słuchawkę.
W
szkole językowej, w której pracowała jako lektor, ofuknięto ją z jeszcze
większą pompą. Po rozmowie, której wynikiem były trzy dni wolnego, miała ochotę
zapaść się pod ziemię.
Kup coś do
jedzenia, jak będziesz wracać.
Napisała
do Zuzy, kiedy zdała sobie sprawę, że w lodówce nie ma dosłownie nic poza dwoma
wyschniętymi kabanosami (stanowiącymi jej dzisiejsze śniadanie oraz obiad).
Twoja kolej, żeby
zrobić zakupy.
Odpisała
Zuza.
Nie mogę wyjść z
domu.
Dlaczego? Co się
stało?
Doznałam kontuzji.
Jak to kontuzji?
Wlazłaś im wczoraj na boisko?
- Żeby
tylko – prychnęła pod nosem.
Walnęłam się stopą o stolik przy
bandach reklamowych.
Hahahahaha
Lena
zmarszczyła nos.
To nie jest śmieszne. Spuchła mi.
Bardzo?
Spojrzała
w dół. Jej stopa nie była już spuchnięta, ale Zuza nie musiała tego wiedzieć. Przecież
i tak nie była w stanie nigdzie wyjść.
Baniak.
Dałaś radę dojechać
do domu?
Powiedzmy.
Dobra. Kupię coś.
Coś dobrego.
Nie przeginaj.
O której będziesz? Jestem głodna.
Po południu. Przy
okazji…
Lena
podskoczyła, słysząc jak ciszę w mieszkaniu rozrywa dźwięk dzwonka do drzwi. Z
trudem dźwignęła się do pionu i zaczęła kuśtykać. Po kolejnym dzwonku
niechętnie odsunęła zasuwkę i uchyliła drzwi.
-
Cześć – powiedział Bartek, wyginając usta w czymś, co pewnie miało być
uśmiechem.
Otworzyła
drzwi nieco szerzej i zacisnęła rękę na klamce. Spojrzała ze zdziwieniem na
papierową torebkę, którą ściskał w lewej ręce, po czym przeniosła pytający
wzrok na jego twarz.
-
Miałem dla ciebie kwiatki, ale krowa mi zjadła – powiedział po chwili wahania.
Przez
chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, po czym twarz Leny rozświetlił szeroki
uśmiech.
-
A jednak znasz klasyki polskiego kina – powiedziała, umyślnie akcentując
‘znasz’.
-
Tak trochę.
-
Czyli jednak się nie zbłaźniłam.
Bartek
podrapał się po głowie, podając jej papierową torebkę.
-
Tego bym nie powiedział.
Lena
wzięła od niego paczuszkę i spojrzała pytająco.
-
Co to?
-
Pączki.
Posłała
mu kolejny szeroki uśmiech i odskoczyła na zdrowej nodze do tyłu.
-
Wejdziesz? – zapytała. – Nie wstydź się. Nikogo nie ma – dodała, widząc, że
zagląda jej przez ramię.
-
Nie mam za bardzo czasu.
-
Szkoda. – Bartek pokiwał głową i uśmiechnął się krzywo. – Dzięki za pączki.
-
Trzymaj się.
-
Ty też. – Przytuliła do siebie ciepłą paczuszkę i ślina zaczęła zbierać jej się
w ustach na samą myśl o jej zawartości. – Podałabym ci rękę, ale boję się, że
upadnę – dodała, widząc, że wciąż stoi nieruchomo w drzwiach.
Bartek
poklepał ją po ramieniu, odwrócił się i zaczął powoli schodzić po schodach.
Przez chwilę miała wrażenie, że się odwróci, ale nic takiego się nie stało.
Kiedy zniknął z jej pola widzenia, zamknęła drzwi i zaczęła powoli kuśtykać do
kuchni. Ledwie jednak położyła pączki na stole, kiedy w mieszkaniu ponownie
rozległ się dźwięk dzwonka. Odwróciła się i zaczęła zmierzać z powrotem do
drzwi. Czuła, jak z wysiłku jej twarz i szyja pokrywają się czerwonymi plamami.
„Rany boskie no” fuknęła w myślach, kiedy o mało nie potknęła się o stojak na
makulaturę. Spojrzała ze złością na drzwi. „Kogo znowu diabli niosą”. Z trudem
doskoczyła do drzwi, złapała za klamkę i szarpnęła.
Po
drugiej stronie znowu ujrzała Bartka.
-
W sumie to przyszedłem zapytać, jak stopa – powiedział.
-
Nie puchnie, nie sinieje, aczkolwiek nie otrząsnęła się jeszcze po wczoraj –
odpowiedziała po chwili milczenia.
-
Udało ci się załatwić prześwietlenie?
Lena
wydęła usta.
-
Na przyszły tydzień.
-
Dopiero?
-
Pani w rejestracji powiedziała, że i tak mam szczęście.
-
No tak. To bardzo miłe z jej strony.
-
Że mnie wcisnęła na taki szybki termin.
-
Mogłaś czekać miesiąc, a tak czekasz tylko tydzień.
-
Przecież noga mi nie odpadnie.
Lena
spojrzała na niego i oboje parsknęli śmiechem. Był to pierwszy raz, kiedy jego
uśmiech wydał jej się szczery.
-
Na pewno nie chcesz wejść na chwilę?
Bartek
zerknął na zegarek i podrapał się po głowie.
-
Dobra, niech ci będzie. Na chwilę.
-
Niech mi będzie – zaśmiała się, odskakując w bok, żeby go przepuścić.
2.
Nie
było wcale jak w amerykańskich filmach czy romansach na papierze, którymi
ludzie codziennie się karmią. Nie było inteligentnych żarcików, zażartych
dyskusji na temat cudem odkrytych wspólnych zainteresowań czy kompletnie
bezpodstawnego acz obopólnego zafascynowania drugą osobą. Rozmowa – może poza
kilkoma chwilami – kompletnie się nie kleiła. Wymienili spostrzeżenia na temat
meczu, kibiców, służby zdrowia i tematy nagle się skończyły. Lena wręcz wmusiła
w niego herbatę, żeby mieć wymówkę, aby wstać od stołu i choć na chwilę się od
niego odwrócić. Wszystkie pytania, jakie do niego wczoraj miała, wyparowały jej
z głowy. A nawet gdyby wciąż w niej siedziały, i tak nie miałaby odwagi ich
zadać. Wczorajsza przemowa motywacyjna była wynikiem adrenaliny podniesionej
podczas meczu, radością i spokojem ducha wynikających z emocji przeżytych na
hali. Dzisiaj znowu była sobą – cichym, nieśmiałym i zestresowanym człowiekiem,
który nie potrafi rozmawiać z nieznajomymi. Przy herbacie rozmowa nieco się
ożywiła, kiedy zeszli na temat książek. Przerzucali się tytułami, wychwalając
lub miażdżąc obelgami co poniektóre. Kiedy opróżnili swoje kubki i Bartek
oświadczył, że na niego pora, Lena pokuśtykała do swojego pokoju i wróciła z
grubym tomiskiem o postrzępionych rogach w ręku.
-
Powodzenia na boisku – powiedziała, wciskając mu do rąk książkę. – Na trudne
chwile.
-
Nie mogę jej wziąć.
-
Dlaczego?
Bartek
pokręcił głową.
-
Te pozaginane rogi może nie są zachęcające, ale zawartość zwala z nóg –
zapewniła.
-
Dobrze wiesz, że nie chodzi o pozaginane rogi.
-
To o co?
-
Po prostu nie mogę jej wziąć.
Lena
zmarszczyła brwi.
-
To nie jest romans o dwójce ludzi, którzy spotkali się przypadkiem.
-
To dobrze.
-
Nie umieściłam w niej też własnej propozycji matrymonialnej.
-
Super.
-
Ta książka naprawdę nie jest niebezpieczna.
Bartek
westchnął i spojrzał na nią z wyrzutem.
-
Po prostu głupio mi brać coś od ciebie.
Wyciągnął
rękę z książką w jej stronę, ale Lena jej nie wzięła. Widziała w jego oczach,
że dzielący ich mur, o którym na moment udało mu się zapomnieć, znowu stał
niewzruszony na swoim miejscu. Ze spojrzenia zniknęła szczerość, a pojawiła się
rezerwa.
-
To co, mam oddać ci resztę pączków? Głupio mi teraz je zatrzymać.
Bartek
zacisnął usta i cofnął rękę.
-
Jesteś okropna – powiedział po chwili.
-
Lubię się dzielić dobrą literaturą. Nie moja wina, że się stawiasz.
Stali
przez moment, mierząc się spojrzeniami. Po chwili Lena wyciągnęła do niego
rękę:
-
Daj to na chwilę.
Bartek
z wyraźną ulgą podał jej książkę. Sięgnęła do torby przewieszonej przez krzesło
i wyjęła z niej czarny długopis. Na ostatniej stronie wypisała na niej szereg
cyfr. Bartek przyglądał jej się podejrzliwie i schował ręce pod stół, jakby w obawie,
że Lena siłą wciśnie mu książkę z powrotem.
-
Napisałam ci tu swój numer telefonu i krótką wiadomość. Skoro tak bardzo boisz
się, że próbuję w tej książce coś przemycić, niech ci będzie. – Podała mu
książkę. – Teraz masz pewność, że coś w niej przemycam i możesz ją wziąć z
czystym sumieniem. – Jego ręka nawet nie drgnęła. – To nie jest numer na
popołudniowe pogawędki. Nie musisz pod niego dzwonić.
-
Dlaczego tak ci zależy, żebym ją wziął? – zapytał w końcu.
Lena
wzruszyła ramionami.
-
Zawsze kiedy zakocham się w jakiejś książce, zwyczajnie muszę się nią
podzielić. Stłukłeś mi stopę, więc wypadło na ciebie.
Bartek
z ociąganiem sięgnął w jej stronę. Z szerokim uśmiechem podała mu grube
tomisko.
-
Wiesz, że to pewnie nigdy do ciebie nie wróci?
-
Trudno. Zostanie w dobrych rękach.
Dzwony
kościoła wybiły godzinę pierwszą. Bartek spojrzał na zegarek i poderwał się z
krzesła.
-
Muszę lecieć.
Wsadził
książkę do torby przewieszonej przez ramię i udał się w kierunku drzwi.
-
Dzięki za pączki – powiedziała Lena, kuśtykając za nim.
-
Dzięki za książkę – odpowiedział z przekąsem.
-
To prawdziwy rarytas. Zobaczysz, w trudnych chwilach pozwoli ci zapomnieć o
rzeczywistości.
-
W trudnych chwilach? No ich to chyba mi nie życzysz.
-
One nikogo nie omijają.
Bartek
wyszedł na klatkę schodową i posłał jej ostatni uśmiech. Lena pomachała mu
energicznie, a kiedy zniknął na piętrze niżej, zamknęła drzwi. Miała wrażenie,
że podczas wizyty jej stopa, której przez noc udało się wrócić do normalnych
rozmiarów, znowu spuchła. Z trudem dowlokła się do pokoju, opadła na łóżko i
ułożywszy się wygodnie, położyła stopę na podwyższeniu z poduszek. Miała ochotę
już nigdy się stamtąd nie ruszać.
3.
Obudziło
ją głośne pukanie do drzwi. Z przerażeniem spojrzała na zegarek, który
wymrugiwał godzinę czwartą po południu. Kiedy podniosła się do pozycji
siedzącej, miała wrażenie, że ciśnienie zaraz rozsadzi jej głowę od środka.
Pukanie nie ustępowało. Dźwignęła się do pionu i zaczęła powoli zmierzać w
kierunku drzwi.
-
Nareszcie! – fuknęła Zuza, wystrzeliwując w jej stronę mordercze spojrzenie.
Cała obwieszona była siatkami, a u jej nóg leżała wypchana po brzegi torba. –
Od dziesięciu minut się dobijam.
-
Przepraszam. Przysnęłam.
Zuza
z napastliwym chrapnięciem przepchnęła się obok niej.
-
Samochód stoi – powiedziała, z trudem kładąc siatki na stole. – Jakim cudem
skoro masz niesprawną stopę?
-
Ktoś się zaoferował, że odwiezie mnie do domu.
Zuza
spojrzała na nią przelotnie. Coś błysnęło w jej oczach. Poczłapała po torbę.
-
Mam nadzieję, że chociaż ktoś fajny – powiedziała, zamykając za sobą drzwi.
Lena opadła na krzesło i zaczęła nerwowo stukać w blat stołu. – To jak?
-
Ktoś bardzo fajny.
-
No proszę, nawet bardzo fajny. Ktoś bardzo fajny mógłby ci jeszcze zrobić
zakupy.
-
Przyniósł pączki.
-
A gdzie masz rzeczone pączki?
Lena
spłonęła rumieńcem.
-
No, zjadłam.
Kuchnię
wypełniło niezadowolone cmokanie. Poczuła, jak przyjaciółka trąca ją łokciem w
bok.
-
No już, nie spinaj się tak. Jestem pewna, że ktoś bardzo fajny jeszcze kiedyś
cię odwiedzi.
Lena
odzyskała fason i spojrzała Zuzi prosto w oczy.
-
Szczerze wątpię. Był tylko przejazdem. Przestań – fuknęła, widząc jej
wyszczerzone zęby.
-
A zatem ten ktoś jest mężczyzną. – Lena założyła sobie ręce na piersiach. –
Buju buju.
-
Co? Cofnęłaś się mentalnie?
Usta
Zuzi rozciągnęły się w jeszcze większym uśmiechu.
-
Zdradzisz jakieś szczegóły?
-
Nie.
Zuza
oparła się łokciami o blat stołu i dmuchnęła jej w ucho. Lena opędziła się od
niej jak od natarczywej muchy i zacisnęła usta w wąską linijkę.
-
Odczepże się, kobieto. Ktoś uprzejmy odwiózł mnie do domu, a tobie tylko jedno
w głowie.
Odpowiedzią
były tylko wyszczerzone zęby poprzedzone kolejnym dmuchnięciem. Na usta cisnęły
jej się ostre słowa i już chciała rzucić je wszystkie Zuzi w twarz, kiedy jej komórka
zaczęła tańczyć na blacie stołu. Podniosła ją gwałtownie i rzuciła do
słuchawki:
-
Słucham.
-
Jak nie chcesz ze mną rozmawiać to nie odbieraj, a nie takim tonem mnie witasz.
Policzki
Leny znowu stanęły w płomieniach.
-
Przepraszam, mamo.
-
Chciałabym żebyś przyjechała jutro na obiad. Musimy porozmawiać.
Lena
poczuła, jak jej serce gwałtownie przyspiesza. Miała wrażenie, że głos w
słuchawce nieznacznie drżał. I nie było to chyba spowodowane nieprzyjemnym
powitaniem.
-
Stało się coś?
-
Wolałabym nie mówić o tym przez telefon.
-
Problem w tym, że nie wiem, czy będę mogła jutro przyjechać. Zrobiłam sobie coś
w stopę i ledwie poruszam się po mieszkaniu.
W
słuchawce przez chwilę panowała cisza. Lena spojrzała na Zuzę, która pakowała
zakupy do lodówki, podjadając dopiero co umyte truskawki.
-
Co się stało? – powtórzyła.
- Rak. Babcia ma nawrót raka – głos w słuchawce się załamał. – I nic już nie można zrobić...
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |