|
1.9.
wtorek, 3 grudnia 2013 13:34
Rozdział VIII
sierpień 2013
I
Mogłam być klownem
za szklaną szybą. Marionetką skrępowaną przez sznurki twoich kaprysów. Mogłam
być wszystkim bezwolnym i zależnym, mogłam się wyrzec swojej swobody. Bo więzy
tęsknoty krępowały mnie bardziej, wrzynając się boleśnie w nadgarstki każdego
dnia. Bo bez ciebie nawet wolność wydawała się więzieniem.
1.
Zapach
świeżo zaparzonej kawy roznosił się w pokoju, a deszcz bębnił rytmicznie w
okna, kiedy rozsiadła się wygodnie na łóżku, opierając się plecami o stos
puszystych poduszek. Światło z pokoju naprzeciwko przesączało się przez
uchylone drzwi, rzucając na podłogę podłużne snopy żółtawej poświaty. Oplotła
palcami sporawy kubek i przymknęła ze znużeniem oczy. Do jej uszu dochodziły
zza ściany przyciszone rozmowy na jakieś nieokreślone i nieważne tematy. Sploty
słów i dźwięków kompletnie pozbawionych sensu. Wszystko wokół wydawało się
pozbawione sensu: praca, codzienne czynności, dzięki którym jakoś pchało się
dzień do przodu, te wszystkie dni, ten cały czas, który jakoś trzeba było
przeżyć. I po co? Żeby znowu przeżywać ten sam dzień od nowa, aż w końcu
zabraknie sił i wszyscy będą cię mieli dosyć? Bo przecież starych i
stetryczałych ludzi z reguły się nie lubi. Bo przecież są wciąż zmęczeni, wciąż
niezadowoleni, zgorzkniali. A potem człowiek umiera i świat o nim zapomina. I
jest zupełnie tak, jakby wcale go nie było. Bo przecież tysiące młodych czeka,
aby zająć jego miejsce i przyczynić się do jego nieistnienia. I jaki to ma
sens? To czekanie na nieuniknione? Lena upiła z kubka łyk gorącej kawy i
wypuściła głośno powietrze. Ten sens zniknął jej z pola widzenia. Kiedyś
walczyła o niezależność. Kiedyś miała jakiś cel, ku któremu dążyła, który pchał
ją do przodu przez prozaiczność każdego dnia. Teraz miała wrażenie, że stoi w
miejscu, mimo że świat gna dalej, nie oglądając się za siebie; nie czekając na
spóźnionych nawet sekundy.
-
Lena? – Drgnęła na dźwięk czyjegoś głosu i raptownie otworzyła oczy. W
uchylonych drzwiach stał Marek, nerwowo uderzając zwiniętym plikiem papierów w
prawą dłoń. – Mogę wejść?
Nie
doczekawszy się odpowiedzi, wszedł niepewnie do środka, ponownie wpuszczając do
pokoju snopy żółtawego światła. Lena upiła kolejny łyk kawy i wbiła wzrok w
swoje kolana. Nie była w nastroju do rozmowy. Co z tego, że unikała swoich
współlokatorów już od dwóch tygodni. Chyba miała prawo do odrobiny prywatności;
nawet jeśli mieszkali razem. Marek usiadł obok niej. Długie nogi zwisały mu
poza krawędź łóżka.
-
Chciałem ci zaproponować kawę, ale widzę, że już masz – powiedział po chwili
milczenia. Lena wzruszyła lekko ramionami. – Podobno pogryzłaś się z Zuzą –
odezwał się znowu. – Jest jej przykro, że nagadała ci tyle rzeczy. Też nie ma
ostatnio łatwo.
Lena
zamknęła oczy, czując jak fala słów sprzed kilku dni zalewa jej umysł.
-
Miała rację – powiedziała wreszcie zachrypniętym głosem. Odchrząknęła
niecierpliwie, zaciskając palce na kubku. – Niech jej nie będzie przykro.
Marek
rzucił jej zmartwione spojrzenie: - Nie wiem, o co wam poszło, ale nie warto dla
tego poświęcać takiej przyjaźni.
-
Niczego nie poświęcam.
-
To porozmawiaj z nią.
-
Nie mam ostatnio nastroju do rozmów.
-
Tak – Marek podrapał się po głowie. – Zauważyłem. Czy to… - Lena otworzyła oczy
i spojrzała na niego podejrzliwie. – Zuza mi mówiła, że masz jakieś problemy ze
zdrowiem.
-
Zuza powinna się nauczyć trzymać język za zębami.
Położył
swoją rękę na jej splecionych dłoniach: - Przecież wiesz, że chciała dobrze.
-
Nic już nie wiem.
Zacieśnił
swój uścisk i uśmiechnął się niepewnie: - Zawsze możesz na nas liczyć. Mam
nadzieję, że to akurat wiesz.
Lena odwróciła od niego wzrok.
-
Nic już nie wiem – powtórzyła. – Kompletnie nic.
Siedzieli
tak w ciszy przez parę minut, wsłuchując się w szmery muzyki dobiegającej z
piętra niżej. Lena uparcie wpatrywała się w kubek stygnącej kawy, zaciskając z
dziecinnym zacięciem usta. Po chwili poczuła, jak Marek całuje ją przelotnie w
głowę i ściskając mocno jej dłonie, podnosi się do pozycji stojącej.
-
To ty zawsze mówiłaś: uśmiechnij się, przecież nie może być aż tak źle. – I
ściskając w dłoni papiery, wyszedł z pokoju.
Lena
odstawiła kubek na parapet i położyła się, podciągając kolana pod brodę. Czuła
się zniesmaczona samą sobą. Czuła się zniesmaczoną swoją słabością. Słowa Zuzy
zadudniły jej w głowie.
Czy ty naprawdę
myślałaś, że coś z tego będzie? Bez obrazy Lena, ale to nie nasza liga. Weź się
w garść, to nic nie znaczyło. To nic nigdy nie miało znaczyć. I nigdy nie
będzie.
Zamknęła
oczy. To nie była prawda. Dla niej to było wszystkim.
2.
Oślepiająca
biel ścian przyprawiała ją o ból głowy, kiedy tkwiła na twardym krzesełku w
oczekiwaniu na swoją kolej. Po jej prawej stronie siedziała starsza kobieta o
siwych włosach związanych niedbale w koka. Jej masywne ramiona pochylały się
nieznacznie do przodu, a głęboko osadzone oczy z uwagą obserwowały siedzącego
naprzeciwko niej brzdąca w krótkich spodenkach i umorusanej czekoladą
kanarkowej koszulce. Kropelki potu zbierały jej się na czole pod wpływem
duchoty, jaka panowała w poczekalni. Lena odwróciła od niej swój wzrok i
spojrzała przelotnie w lewo. Tam z kolei siedziała młoda kobieta w
zaawansowanej ciąży, stukając rytmicznie klapkami o szarą podłogę. Na wydatnym
brzuchu oparła jakieś kolorowe pismo, które czytała teraz z zapałem.
-
Uspokój się – syknęła do brzdąca, który zaczął kopać krzesło obok, zajęte przez
inną ciężarną, która wydawała się z trudem utrzymywać górną partię swojego
ciała w pozycji pionowej.
Lena
westchnęła i wyciągnęła przed siebie nogi w przybrudzonych trampkach. Choć na
zewnątrz wydawała się oazą spokoju, czuła jak nerwy szarpią brutalnie jej
wnętrzności. Żołądek atakowały bolesne skurcze a serce non-stop przyspieszało
biegu. Poruszyła niecierpliwie torbą, którą ściskała zbielałymi knykciami,
kiedy drzwi gabinetu wreszcie się otworzyły: - Proszę następną osobę! –
krzyknął lekarz, praktycznie wypychając ociągającego się pacjenta.
Lena
podniosła się z miejsca i ze spuszczoną głową weszła do środka. Bez słowa
położyła przed nim wyniki badań i usiadła po drugiej stronie wąskiego biurka.
-
Morfologia w normie… - mruknął pod nosem, przewracając stronę.
-
Morfologia mnie nie martwi. Bardziej to drugie.
Lekarz
rzucił jej ostre spojrzenie: - Zaraz do tego dojdziemy.
Jeszcze
przez chwilę przyglądał się wynikom, po czym odłożył je i wyciągnął ze stosu
papierzysk jej kartę. Lena oparła łokcie o krawędź biurka, ale napotykając
kolejne ostre spojrzenie, szybko je cofnęła.
-
A dlaczego robiła Pani to badanie? Profilaktycznie?
Lena
potrząsnęła przecząco głową: - Miesiąc temu robiłam USG jamy brzusznej, które
wykazało torbiel na lewym jajniku. Lekarz był praktycznie pewien, że to tylko
torbiel czynnościowa, ale powiedział, żebym zrobiła testy. Tak na wszelki
wypadek.
-
To wciąż może być tylko torbiel czynnościowa.
-
Ale te testy…
-
Powiem Pani tak, podwyższony poziom CA 125 może być spowodowany przez wiele
czynników. – Lekarz odsunął od siebie papiery i zaczął stukać długopisem o blat
stołu. – To wcale nie musi oznaczać najgorszego.
-
Co by było tym najgorszym?
-
Nowotwór. – Lena miała wrażenie, że serce podeszło jej do gardła. -
Prawdopodobnie w dosyć wysokim stadium zaawansowania.
-
To znaczy?
-
To znaczy, że musiałaby Pani przejść bardzo ciężką drogę, która nie
gwarantowałaby powodzenia.
Lena
splotła dłonie i zacisnęła je mocno, żeby powstrzymać drżenie: - To znaczy, że
mogę umrzeć – stwierdziła, patrząc na podskakujący długopis.
-
Tak. Jest takie prawdopodobieństwo.
-
Ja nawet nie zaczęłam jeszcze żyć – powiedziała po chwili milczenia, podnosząc
na niego wzrok. – Mam dopiero dwadzieścia trzy lata.
Lekarz
spojrzał na nią z miną, która zdawała się mówić: „młodsi od pani umierają
każdego dnia”.
-
Jak mówiłem, to wcale nie musi oznaczać najgorszego – powiedział zamiast tego.
– Co prawda USG wykazało, że ma Pani po lewej stronie torbiel, ale trzeba
jeszcze zrobić badanie mikroskopowe wycinków tkanki. Bez tego nie ma sensu
zakładać najgorszego.
-
Myśleniem o najgorszym raczej nie kieruje sens.
-
Myśleniem o najgorszym tylko straci Pani czas. – Lena prychnęła cicho pod
nosem. – Dam Pani skierowanie na biopsję. A potem będziemy się martwić.
„Ja
już się martwię” chciała powiedzieć, ale ugryzła się w język. Lekarz wyciągnął
z szuflady plik wąskich karteczek i zaczął sadzić na jednej z nich bezkształtne
litery.
-
I z wynikami – powiedział, stawiając pieczątki – proszę zgłosić się do mnie.
-
Co jeśli wyniki będą złe? – Lekarz spojrzał na nią zdezorientowany. – Na tę
wizytę musiałam czekać trzy tygodnie. Co jeśli na następną każą mi czekać ponad
miesiąc?
-
Jeśli wyniki będą złe, nie może Pani czekać ponad miesiąca.
-
Pozwolę sobie zauważyć, że to czekanie nie zależy ode mnie.
Lekarz
podał jej skierowanie i wstał, dając do zrozumienia, że wizyta dobiegła końca.
Podniosła się z ociąganiem z białego krzesła i ruszyła w kierunku drzwi.
-
Wówczas proszę zgłosić się do szpitala. Tam będą musieli Panią przyjąć. Proszę
następną osobę! – krzyknął, kiedy tylko przestąpiła próg gabinetu.
-
Tak, już widzę, jak się mną tam zajmują – mruknęła pod nosem, kiedy drzwi
zamknęły się za kolejnym pacjentem.
3.
-
Cześć – rzuciła Zuza, wchodząc leniwie do kuchni. Powłóczyła odzianymi w
puszyste kapcie stopami do kuchenki i z potężnym ziewnięciem nastawiła wodę na
kawę.
Lena
rozsiadła się wygodniej przy stole, wycofując się ze śniadaniem pod ścianę.
-
Co? Wciąż się do mnie nie odzywasz?
Spojrzała
na przyjaciółkę spod nieuczesanych jeszcze włosów i wzruszyła ramionami: -
Cześć – rzuciła w podobnym tonie i utkwiła wzrok w kanapce z pomidorem.
Zuza
westchnęła cicho i siadła naprzeciwko niej. Kasztanowe loki sterczały jej we
wszystkie możliwe strony.
-
Ile będziemy to jeszcze ciągnąć? – zapytała wreszcie, kładąc łokcie na stole. –
Wiem, że to, co powiedziałam mogło cię zaboleć. Ale taka jest prawda. A
przynajmniej ja tak ją widzę – dodała, napotykając jej spojrzenie. – Jestem
pewna, że w głębi serca wiesz, że to nie miało być na poważnie.
-
Dla mnie to było poważne.
-
Bo ty się nie angażujesz w rzeczy, które nie są poważne. To takie nie było. Tak
ci się tylko wydaje.
Lena
odsunęła od siebie kubek z herbatą.
-
Trzy dni, Lena. To były tylko trzy dni. Nie ma sensu ich rozpamiętywać, kiedy
całe życie jeszcze przed tobą.
-
Całe życie – prychnęła i zaśmiała się na samą myśl.
-
No co? – Lena schowała twarz w dłoniach, śmiejąc się głupawo. Jej ramiona
unosiły się i opadały w szaleńczym tańcu. – Z czego się śmiejesz?
-
Całe życie – powtórzyła i ponownie się zaśmiała. – Jakie życie?
Zuza
spojrzała na nią zdezorientowana: - O czym ty mówisz?
Przez chwilę w kuchni panowała cisza.
-
Byłam przedwczoraj u lekarza - powiedziała w końcu, zaciskając dłonie na kubku z herbatą.
-
I co?
- Ja... Boję się, że…
Raptem
w mieszkaniu zadźwięczał dzwonek do drzwi. Zuza zmarszczyła brwi i odwróciła
się niepewnie. Jej dłonie lekko zadrżały, kiedy chwyciła się oparcia krzesła.
Dzwonek ponownie przeciął ciszę z dziwną natarczywością. Powoli podniosła się z
krzesła i zniknęła za ścianą.
Lena
zaczęła od niechcenia mieszać łyżeczką w zimnej herbacie. Słyszała przyciszone
rozmowy dochodzące z korytarza i stłumione pochrapywanie z pokoju obok. Słońce
już wdrapywało się po niebie, zapowiadając kolejny upalny dzień. Ciepłe
powietrze wciskało się do środka przez uchylone okno wraz ze spalinami
samochodów, które uparcie krążyły już po ulicach Gdańska. Nagle coś huknęło o
podłogę. Lena zerwała się z miejsca i stanęła jak wryta. Czy to z piętra wyżej?
Czy z piętra niżej? Wyszła zza stołu, ale ledwie zdążyła zrobić dwa kroki w mieszkaniu
rozległ się krzyk.
-
Wynoś się! – wrzeszczała Zuza. – Wynoś się, ty gno…
Lena
wypadła na korytarz w momencie, kiedy gruba pięść wytatuowanej ręki Tomka
wystrzeliła w prawy policzek Zuzy, powalając ją na ziemię. Wstrzymała oddech i
z przerażeniem spojrzała na drobną figurę przyjaciółki kulącą się pod
wieszakiem na kurtki.
-
Pytam po raz ostatni – zaczął Tomek, pochylając się nad nią. Jego głos
przypominał szczekanie podrażnionego psa. – Gdzie jest moja kasa?
Zuza
zakwiliła, chowając twarz w burzy brązowych włosów: - Nie mam – pisnęła, kiedy
kolejny cios, tym razem opancerzonych w grube buciory nóg, trafił ją prosto w
brzuch. – Nie mam, nie mam, nie mam – krzyczała w desperacji, osłaniając się
drżącymi dłońmi.
Lena
stała przez chwilę w bezruchu, przyglądając się całej scenie z szeroko
otwartymi oczami. Chciała ruszyć ręką, ale zbielałe palce ściskające framugę
drzwi, nie chciały wypuścić jej z uścisku. Chciała poruszyć głową, ale
wszystkie mięśnie szyi jakby zrzekły się swoich funkcji. Miała wrażenie, że obie
nogi przeistoczyły się w dwa słupy chybotającej się na boki galarety. Zrobiła
kilka niepewnych kroków i znowu się zatrzymała. Jednak kiedy w mieszkaniu znowu
rozległ się pisk Zuzy, wystartowała do przodu i, zaciskając zęby, z całych sił
odepchnęła napierającego na Zuzę Tomka. Zachwiał się nieznacznie i zrobił dwa
kroki w tył, łapiąc równowagę tuż za progiem ich mieszkania. Jego usta
rozciągnęły się w szyderczym uśmiechu, kiedy napotkał jej wystraszone
spojrzenie.
-
No proszę, bohaterka się znalazła – powiedział, obnażając pożółkłe od
papierosów zęby. – Gdzie zgubiłaś
swojego bodyguarda, co? Już mu się znudziła twoja spaszteciała morda?
Lena
poczuła, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. Zapiekły wściekle, kiedy z
jego gardła wydobył się charczący śmiech przesiąknięty do cna szyderstwem i
kpiną. Zacisnęła ze złością pięści. Dlaczego mu na to pozwalała? Dlaczego Zuza
mu na to pozwalała? Dlaczego nie wywaliła go ze swojego życia dawno temu?
Dlaczego pozwalała się tłamsić? Dlaczego? Lena rzuciła mu ostre spojrzenie i
ponownie naparła na niego z całej siły. Wypchnęła go mocniej na klatkę schodową
i zaczęła okładać pięściami ze wszystkich możliwych stron. Zaciśnięte dłonie
odbijały się od wyrzeźbionej klatki piersiowej, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Odepchnął
ją od siebie z niesmakiem.
-
No nie zesraj się – warknął, wygładzając zagięcia na czarnej koszuli.
Przez
chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Lena gwałtownie chwyciła za klamkę drzwi
wejściowych z zamiarem zatrzaśnięcia ich tuż przez nosem Tomka. Ten jednak
szybko się zreflektował i drzwi uderzyły w ogromnego czarnego buciora podstawionego
tuż przy framudze. Lena z desperacją zaczęła napierać na nie z całej siły, ale
dokładnie to samo działo się po drugiej stronie.
-
Myślisz, że ze mną jest tak łatwo? – krzyknął przez szczelinę w drzwiach,
której zniwelowanie skutecznie powstrzymywał jego but. – Albo dostanę kasę,
albo rozjebię ci twarz tak, że rodzona matka cię nie pozna.
Mięsista
łapa Tomka przedarła się przez szczelinę i złapała ją za włosy, szarpiąc z
uporem. Lena odsunęła się na moment od drzwi by chwilę później rzucić się na
nie całym ciałem. Tomek wrzasnął po drugiej stronie i wypuścił jej włosy w
uścisku, cofając na moment rękę i buta. Szybko zatrzasnęła za nim drzwi i
opadła na podłogę. Ramię, które wzięło na siebie siłę uderzenia, pulsowało dziko.
Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Zuza podciągnęła się do
niej i zapłakała żałośnie.
-
Przepraszam – zakwiliła, chowając twarz w jej objęciach.
Tomek
jeszcze przez parę minut uderzał z wściekłością w drzwi, wykrzykując coraz to
oryginalniejsze wyzwiska pod ich adresem. Lena czuła drżenie drzwi pod plecami,
co wprawiało jej serce w jeszcze szybszy bieg. Zamknęła oczy i czekała aż
wszystko ucichnie. I rzeczywiście ucichło. Dziesięć minut później ze swojego
pokoju wyszedł Marek, naciągając na piżamę stary szlafrok.
-
Rany – mruknął, czochrając swoje już i tak rozczochrane włosy. – Musicie być
rano tak głośno?
II
Postawiłaś mojemu
życiu poprzeczkę, której nie może przeskoczyć. Wpłynęłaś na oczekiwania,
których nie może spełnić. Stworzyłaś potrzeby, których nie może zaspokoić. Moje
życie stało się kaleką, która nie jest w stanie dalej iść bez twojego wsparcia.
Kiedy to się stało? I jak mam to cofnąć?
1.
Rzucił
pustą torbę na łóżko i zaczął powoli ładować do niej bluzy, spodnie, bluzki i
koszulki. Nie starał się nawet w jakikolwiek sposób ich ułożyć, tak aby po
wyjęciu z torby były w jako-takim stanie używalności. Upychał wszystko na
chybił trafił, wciskając ubrania tam, gdzie akurat było miejsce. Załadowawszy
wszystko, co przygotował sobie poprzedniego dnia, wyprostował się i
przeskanował uważanie pokój. To było jego mieszkanie, jego dom, jego miejsce. Dlaczego
więc poczucie obcości było silniejsze niż zazwyczaj? Ta satynowa pościel i dwie
płaskie poduszki przyprawiały go o dreszcze, kiedy przewracał się w nocy na
drugi bok. Ta szafa, która zajmował praktycznie całą zachodnią ścianę, doprowadzała
go do szału, kiedy szukał w niej czegoś swojego pośród dziesiątek elementów
damskiej odzieży. To lustro przy drzwiach obwieszone sznurkami złota i srebra
sprawiało, że czuł się zagubiony, bo widział w nim odbicie człowieka, którego
nie poznawał. Którego być może praktycznie nie znał. Wszystko wokół wydawało
się obce. Nie jego. Nawet on sam.
-
Spakowany? – do pokoju weszła Ewelina, roztaczając wokół siebie zapach perfum,
który kiedyś tak bardzo kochał.
-
Mniej więcej – odpowiedział bez przekonania, schylając się, aby odłączyć od
prądu komórkę.
Kiedy
podnosił się do pozycji stojącej, jego wzrok nagle zatrzymał się na grubym
tomisku o postrzępionych rogach. Leżało tam samotnie już od prawie miesiąca. I
zdawało się mieć swoje własne niekwestionowane miejsce. Przypisane jakimś
nieokreślonym i niewypowiedzianym prawem. Nie miał pojęcia, jakim cudem nikt
nie wrzucił go jeszcze na stos innych książek, zagracających szafę w pokoju
obok.
-
Nic nie znajdziesz w tym bałaganie – powiedziała, podnosząc do góry jedną z
pogniecionych koszulek, by po chwili opuścić ją z powrotem na stosik wystający
z torby.
Bartek
uśmiechnął się do siebie, odwracając od książki wzrok: - Żebym ja was nie
postraszył, herbaciarze. Fajokloki zakichane!
Spojrzała
na niego, jak na kogoś, kto postradał zmysły.
-
Melduję posłusznie, panie pułkowniku, że ja tę wojnę zupełnie niechcący
wywołałem – dodał i posłał jej znaczące spojrzenie, ale ona tylko zmarszczyła
brwi.
-
Miałem dla ciebie kwiatki, ale… - przerwał na chwilę, widząc jej wzrok – ale krowa…
Wykrzywiła
usta w niezadowolonym grymasie. Westchnął i odwrócił od niej swoje spojrzenie.
Dlaczego
tak rzadko się uśmiechała? Dlaczego nie mógł w jej towarzystwie po prostu
przestać myśleć i dać porwać się fali głupawych żartów? Po prostu zapomnieć o
fasonie, zapomnieć o tym, jak to mogłoby być odebrane przez innych?
-
O czym ty mówisz? – zapytała zdezorientowana.
Machnął
ręką, dając jej do zrozumienia, że o niczym istotnym. Usiadła na skraju łóżka,
założyła nogę na nogę i wydęła usta wyczekująco.
-
Kiedy wracasz? – zapytała, kiedy udało mu się upchnąć wszystko do torby i
zasunąć zamek.
„W
sobotę przedpołudniem” chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Nie chciał
wracać w sobotę przedpołudniem. Ani w południe. Ani popołudniu. Nie był pewien,
czy w ogóle chciał wracać.
-
Nie wiem – powiedział wreszcie z wahaniem.
-
Jak to nie wiesz?
-
Nie wiem – powtórzył już nieco pewniej. – Nie wiem, jak ułożą się treningi.
Zmrużyła
oczy, przyglądając mu się uważnie: - Nie wiesz, jak ułożą się treningi?
-
Tak – uciął krótko.
-
No dobrze. W takim razie może wpadnę w weekend cię odwiedzić…
-
Lepiej nie – przerwał jej. – To początek zgrupowania. Będziemy ciężko trenować.
Pewnie nawet nie miałbym dla ciebie czasu. Wynudzisz się tylko.
-
Tak jakby życie tutaj było takie zajmujące – odrzekła z przekąsem i odchyliła
głowę do tyłu. – Mieliśmy gdzieś razem wyjechać na wakacje. Z tego też pewnie
już nic nie wyjdzie w tym roku.
-
Proponowałem, żebyś wyjechała ze mną nad morze to nie chciałaś.
Na
wspomnienie tamtej chwili zrobiła kwaśną minę i uniosła do góry brwi: -
Przecież nie będę się cisnąć na zatłoczonej polskiej plaży.
-
Nie przesadzaj.
-
Nie przesadzam – skrzyżowała na piersiach ręce. – Ledwie wróciliśmy do domu, a
oni znowu porwali cię na treningi, mecze, turnieje – wymieniała ze wzburzeniem
na palcach. – Naprawdę sądziłeś, że mając cię wreszcie dla siebie, chciałam
wyjechać nad jakieś brudne morze, gdzie nie mielibyśmy nawet odrobiny
prywatności?
-
Po pierwsze wcale mnie nie porwali. Sam chciałem jechać – odpowiedział
zniecierpliwiony. – Po drugie te treningi, mecz, turnieje – wymieniał, imitując
jej ton – to moje życie. I dobrze o tym wiesz. A po trzecie jeśli standardy
podróży nad polskie morze były dla ciebie za niskie, to trzeba było coś
powiedzieć, a nie stroić fochy.
-
Jak miałam cokolwiek powiedzieć, skoro żeś się zaparł, żeby koniecznie pojechać
do Gdańska! – Bartek zarzucił torbę na ramię i odwrócił od niej swój wzrok. –
No już dobrze – powiedziała, łapiąc go za rękę. – Dobrze. Niech ci będzie.
Przepraszam.
Uwolnił
z jej uścisku swoją dłoń i wypuścił głośno powietrze.
-
Co się z tobą dzieje? – zapytała poirytowana.
-
Nic. Nic się ze mną nie dzieje.
Poprawił
jeszcze pasek torby na ramieniu i już chciał ucałować ją w czoło na pożegnanie,
ale zatrzymał się w pół kroku i poczuł jak sztywnieje mu kark.
-
No to kiedy wrócisz? – ponowiła pytanie, odgarniając z twarzy gęste brązowe
włosy.
-
Nie wrócę – odpowiedział, zanim zdążył się ugryźć w język. Spojrzała na niego
przerażona i cofnęła się o krok. – Nie wrócę – powtórzył.
Zgarnął
książkę ze stolika i skierował się ku wyjściu. Starał się nie oglądać za siebie
i nie słyszeć, jak woła za nim z wyrzutem: - Co ty wyprawiasz?
Starał
się iść do przodu z wysoko podniesioną głową. Ale faktem było, że przekroczył
próg, garbiąc się żałośnie pod ostrzałem pytań, które na zawsze miały pozostać
bez odpowiedzi.
2.
Piłki
uciekały w przyjęciu, uciekały w ataku, uciekały w rozegraniu. Boisko, które
zawsze wydawało się domem – miejscem, gdzie czuł się bezpiecznie i komfortowo,
miejscem, którego nie zamieniłby na nic innego – naraz stało się polem
przegranych bitew. Na nic zdawały się wskazówki trenera, na nic hektolitry
potu, na nic wsparcie drużyny, powstrzymującej ostatkiem sił pełne irytacji
spojrzenia. Wściekłość rosła wprost proporcjonalnie do odnoszonych porażek,
których gorzkiego smaku nic nie było w stanie wywabić. Bartek był w stanie
wybaczyć sobie pojedyncze niepowodzenia, jeśli wiedział, że daje z siebie
wszystko, póki poświęcał grze całą swoją uwagę, całego siebie. Ale ostatnio,
pomimo podwójnego, potrójnego, a nawet poczwórnego wysiłku, miał wrażenie, że nie
jest wierny tej idei. Że pozwala swoim myślom krążyć wokół spraw kompletnie z
grą niezwiązanych. I to sprawiało, że fiasko, jakim kończyła się każda akcja,
było po prostu nie do zniesienia.
Za
oknem od godziny panowała już ciemność, kiedy wpadł do pokoju po kolejnej
godzinie autowych ataków. Usiadł ze złością na łóżku i wrzucił pod nie swoje
buty. Musiał czymś cisnąć. Czymkolwiek.
-
Co jest? – Piotrek podniósł głowę znad ekranu laptopa i zdjął słuchawki.
-
Nic – odburknął niechętnie.
-
No przecież widzę. – Bartek spojrzał na
niego przelotnie, po czym oparł łokcie na kolanach i spuścił głowę. – No co?
Wyrzuć to z siebie.
-
Nie mam, czego wyrzucać. Daj mi spokój.
Piotrek
zapatrzył się na niego bez słowa. Na jego ustach zaigrało coś pomiędzy
niepewnym uśmiechem a wyrazem zrezygnowania. Bartek zmarszczył brwi.
-
Że co? – rzucił napastliwie. – Że nawalam, tak?
-
Przecież nic nie mówię.
-
Nie musisz.
Piotrek
spuścił nogi na podłogę i zamknął laptopa: - Ej, co się dzieje? Coś z rodziną? Ojcem? Matką? - W jego oczach zablysła iskierka zrozumienia. - Coś z Eweliną, tak?
Bartek
spojrzał na niego przelotnie i wykrzywił usta: - Nie ma już mnie i Eweliny.
-
Nie wiedziałem. Przykro mi, stary.
Wzruszył
ramionami: - To nawet nie o to chodzi. Ja sam nie wiem, o co chodzi. Nie wiem,
co się dzieje. W przyszłym tygodniu ruszamy na memoriał Wagnera, a ja mam
wrażenie, że zamiast robić postępy, tonę w czarnej dupie. I wiem, że wszyscy to
widzą i wiedzą, i kwestionują… mnie. Kwestionują moje miejsce tutaj.
-
Nikt cię nie kwestionuje.
-
Gówno prawda.
-
Gówno fałsz.
-
Piter… Nawet ty. Ja wiem, co chcesz powiedzieć. Nawalasz, stary. Tak bardzo, że
ból dupę ściska.
-
Ty to powiedziałeś.
Bartek
odwrócił od niego głowę i przeklął siarczyście pod nosem.
-
Nie wiem, o co chodzi i nie mów, jeśli nie chcesz. Ale to-to zżera
cię od środka. – Bartek potrząsnął głową i schował twarz w dłoniach. –
Powinieneś… zrobić… coś. Nie wiem. Cokolwiek. Jakiekolwiek działanie jest
lepsze niż bezczynność.
-
To głupie – mruknął.
-
Że niby co? – Piotrek zrobił niezadowoloną minę i założył ręce na piersiach. –
Że niby moja rada jest głupia?
Pokręcił
przecząco głową i rzucił mu zmęczone spojrzenie.
-
To, że zachowuje się jak zadurzona nastolatka. Jeszcze tylko brakuje, żebym
zaczął się rumienić i piszczeć, kurna.
-
Wychodzi twoja prawdziwa natura – odpowiedział na to Piotrek, ledwie
powstrzymując się od śmiechu. Jednak widząc zrezygnowanie w jego oczach, dodał:
- Cokolwiek, Bartek. Cokolwiek jest lepsze niż nic.
I
oboje zamilkli.
3.
Światło
księżyca przesączało się przez szarobiałe firanki poruszane przez wątłe
podmuchy wiatru. Poruszył się niespokojnie w łóżku i otworzył oczy.
Elektroniczny zegarek wymrugiwał na zielono godzinę drugą z minutami. Westchnął
i położył się na wznak, ściągając z siebie kołdrę. Już od półtorej godziny
usiłował zasnąć, zapomnieć, zniknąć. Ale wszystkie jego wysiłki szły na marne. Z
każdą minutą tornado myśli uparcie krążące po głowie, coraz bardziej
przejmowało nad nim kontrolę i niszczyło doszczętnie resztki wewnętrznego
spokoju. Przycisnął zaciśnięte dłonie do czoła.
-
Kurwa mać – wyszeptał, zaciskając powieki.
Odpowiedziało
mu ciche chrapnięcie z łóżka obok i szelest pościeli, świadczący o tym, że jego
właściciel przewraca się na drugi bok pogrążony w błogim snostanie. Zazdrość
wezbrała w nim z niespotykaną dotąd mocą. Miał tego dość. Czuł się zmęczony,
ale nie mógł zasnąć. Umysł, który w ciągu dnia uparcie odmawiał współpracy,
teraz koncentrował całą swoją uwagę na najmniejszych nawet duperelach. Przeklął
jeszcze raz pod nosem i znowu położył się na lewym boku, wbijając wzrok w
bujaną przez wiatr firankę. Podłączona do prądu komórka co jakiś czas
rozświetlała parapet bladym światłem. Przez chwilę wpatrywał się w nią
nieobecnym wzrokiem, po czym podniósł się do pozycji siedzącej i wziął ją do
ręki. Otworzył nową wiadomość tekstową i natychmiast ją zamknął. Idiota. I co chcesz zrobić? Co chcesz
napisać? Zacisnął palce na krawędziach telefonu i wypuścił głośno
powietrze. Cokolwiek. Ponownie
otworzył nową wiadomość tekstową. Jego palce przez chwilę szalały po
klawiaturze, tworząc i usuwając słowa, usiłując rozczesać kołtun emocji. A potem
wcisnął ‘wyślij’ i poczuł jak sztywnieją mu ramiona. I czekał, bo nie wiedział,
co innego może jeszcze zrobić.
III
Komórka
zatańczyła na blacie niskiego stołu zawalonego brudnymi szklankami. Śpiąca w
fotelu Zuza poruszyła się nieznacznie. Siniaki na twarzy i przedramionach
zaczęły blaknąć już kilka dni temu, ale Lena wiedziała, że wciąż sprawiają jej
ból. Każdy dźwięk dzwonka sprawiał, że naprężały się mięśnie całego jej ciała,
a głos ze strachu wiązł w gardle. Często budziła się w nocy ze zduszonym okrzykiem,
jakby broniąc się przed silnymi dłońmi zaciskającymi się na jej gardle. Nawet
teraz, pogrążona w świecie, w którym nikt nie mógł jej skrzywdzić, marszczyła
przez sen brwi, a napięte mięśnie twarzy bez ustanku drgały.
Lena
wygrzebała się spod koca i z ociąganiem sięgnęła po komórkę. Zobaczywszy
nadawcę, poczuła jak uderza w nią fala gorąca.
Myślę o Tobie.
Chciała
odpisać na tyle różnych sposobów. Zapytać, jak treningi. Zapytać, jak życie.
Powiedzieć, że jej świat się sypie, że boi się jak jeszcze nigdy, że być może
nie dożyje świąt. Wyznać, że tęskni tak bardzo, że trudno jej oddychać.
Zacisnęła palce na komórce i przymknęła ciężkie powieki. W jaki sposób to miało
cokolwiek zmienić? Wystarczy, że jej życie zostało roztrzaskane na milion
kawałków. I nie było już czasu, żeby pozbierać je wszystkie do kupy. Na nic nie
było czasu.
Ostrożnie
odłożyła telefon z powrotem na stół.
„Przejdzie
ci” pomyślała i opadła w objęcia fotela. „Szybciej niż myślisz”.
Tak, to raczej będę
poniedziałki. Albo wtorki. Niedziele mają tą nieprzyjemną właściwość, że ciągle
czegoś chcą. Od przyszłego razu znowu będę leciała konkretnymi dniami;
wydarzenia w tym rozdziale działy się na przestrzeni całego miesiąca, jakby
ktoś się nie zorientował :)
Bardzo dziękuję za
komentarze, przepraszam za obsuwę i witam drugiego czytelnika!
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |