|
1.12.
piątek, 3 stycznia 2014 03:30
Rozdział XI
Tak naprawdę nie
mamy wspólnych wspomnień, nie dzielimy absurdów życia codziennego, nie dzielimy
praktycznie nic codziennego, a przecież to właśnie to cementuje związki między
ludźmi. Jesteśmy jak dwójka nieznajomych, którzy po prostu odnaleźli siebie w
innym człowieku. Może bratnie dusze rzeczywiście istnieją. Może jesteś moją
bratnią duszą. Może.
1.
Lena
wyciągnęła przez siebie nogi i ziewnęła potężnie, zasłaniając usta zmarzniętymi
rękami. Zerknęła niecierpliwie na zegarek, a następnie na lekarza, który po raz
kolejny przekopywał się przez stos wyników badań i notatek na jej temat.
Zmęczone oczy za grubymi szkłami okularów powoli skanowały linijki tekstu i
rzędy cyferek, które rzekomo miały mu powiedzieć, dlaczego czuje się tak a nie
inaczej i za pomocą jakich środków można to zmienić. Westchnął cicho,
przewróciwszy kolejną kartkę i rzucił jej przelotne spojrzenie.
-
No i jak się Pani czuje?
Lena
ścisnęła mocniej torbę leżącą na jej kolanach i odrzekła niechętnie: - Bez
zmian.
-
Bez zmian – powtórzył, ponownie rzucając jej przelotne spojrzenie. – Wciąż przyjmuje
Pani Ketonal?
-
Tak, dwa razy dziennie po 50 mg. Czasami trzy – dodała po chwili.
Spojrzał
na nią znad swoich okularów i zmarszczył nieznacznie brwi.
-
I co? Pomaga?
-
Na pewien czas.
Zapisał
coś na ostatniej kartce. Lena zmrużyła oczy, żeby odczytać notatkę, ale nawet
mając ją tuż przed nosem, nie byłaby w stanie rozszyfrować tych kulfonów.
Lekarz zdjął z nosa okulary i wskazał na wąskie białe łóżko stojące pod ścianą.
-
Niech się Pani położy i podciągnie bluzkę.
W
momencie kiedy poczuła zimne ręce w lateksowych rękawiczkach na swoim brzuchu, gwałtownie
zamknęła oczy i starała się przywołać w myślach coś, co byłoby w stanie
odeprzeć narastający atak paniki. Ale jakoś nic nie przychodziło jej do głowy.
Widziała tylko ciemność i myślała tylko o fakcie, że znajduję się w gabinecie
lekarskim, a jej brzuch uciska jakiś facet, mrucząc przy tym do siebie pod
nosem.
-
Boli jak przyciskam? – zapytał w końcu i jeszcze raz zrobił wgłębienie w jej
lewym boku.
-
Nie boli – odpowiedziała, otwierając niechętnie oczy. – To jest raczej taki…
dyskomfort.
-
Ale ogólnie boli? – Spojrzała na niego pytająco. – No skoro wciąż bierze Pani
tabletki…
-
Tak – przerwała mu. – Tak, boli jak się dużo ruszam.
-
Mhm – mruknął i oparł się rękami o krawędź łóżka.
-
Kiedy ma się pani zgłosić po wyniki badań histopatologicznych?
-
Za cztery dni.
-
I przyszła Pani…
-
Tabletki mi się kończą. A nie wiem, jak długo mi będą jeszcze potrzebne.
-
No dobrze. Proszę się podnieść.
Lena
opuściła bluzkę i znowu usiadła na twardym metalowym krzesełku, ściskając w
dłoniach torbę. Włożywszy na nos okulary, lekarz zaczął znowu sadzić na kartce
bezkształtne litery, nie podnosząc na nią wzroku.
-
Ja nie wyczuwam u Pani nic niepokojącego – powiedział wreszcie, wyjmując z
szuflady blankiety recept. – Ale skoro wyniki są do odebrania praktycznie już w
tym tygodniu, nie będę też Pani ganiał ze skierowaniami na inne badania.
Lena
przytaknęła i utkwiła w nim wyczekujący wzrok.
-
Przepiszę jeszcze jedno opakowanie Ketonalu – odezwał się znowu,
przepisując z karty jej pesel – ale proszę nie brać więcej niż 100 mg dziennie.
Idealnie byłoby gdybyśmy zeszli do 50 mg, ale skoro odczuwa Pani ból to niech na
razie zostanie ta setka. Byle nie więcej – dodał i podał jej opieczątkowaną
receptę.
Lena pozwoliła
sobie na głębszy oddech dopiero, kiedy znalazła się na zewnątrz. Z niechęcią
spojrzała w niebo, z którego sączył się delikatny kapuśniaczek, po czym z
jeszcze większą niechęcią spojrzała na oddalony o kilkanaście metrów przystanek
autobusowy. Wiedziała, że musi wrócić do domu, bo tam czekały ją dzisiaj 3
godziny korepetycji, ale wiedziała również, że nie chce tam wracać jak jeszcze
nigdy dotąd. Powód był prosty: była na sto procent pewna, że znowu będzie
zmuszona przebywać w towarzystwie Tomka, który nie opuszczał ich mieszkania już
od tygodnia. Zuza najwyraźniej nie widziała w tym nic złego, że wyjadał z
lodówki nieswoje jedzenie, blokował łazienkę przez ponad godzinę każdego ranka
i łaził po innych pokojach, jakby wszystko było jego własnością. Niechęć
współlokatorów do swojego chłopaka przypisywała raczej jego „wyboistej
przeszłości” i ilekroć ktoś zaczynał temat jego ewentualnej wyprowadzki, szybko
go ucinała, twierdząc, że Tomek był teraz odmienionym człowiekiem i zasługiwał na drugą szansę. Lena wielokrotnie budziła się w nocy, słysząc jak „cieszą się”
tą drugą szansą, przy okazji zmuszając wszystkich na piętrze do doświadczenia
ich szczęścia. Zwrócenie uwagi przez Natalię poskutkowało tylko tym, że
następnego dnia koncert jęków i krzyków przypadł dokładnie na godzinę
korepetycji z ośmioletnim chłopcem, który przez cały czas trwania zajęć
siedział z płonącymi policzkami, prawie się nie odzywając. Lena jeszcze nigdy w
życiu nie czuła się tak upokorzona. W niesłabnącej symfonii szczęścia
postanowiła wreszcie odesłać chłopca do domu pół godziny wcześniej jak tylko
udało im się omówić bieżący materiał i pracę domową. A kiedy wyciągnął z plecaka
pieniądze za lekcje, kazała mu je schować i zmykać do domu. Jej wściekłe
spojrzenia Zuza oczywiście zinterpretowała całkowicie na opak, najwyraźniej
myśląc, że wciąż boczy się o sam fakt obecności Tomka w mieszkaniu. Co tylko
częściowo było prawdą.
-
Co z tego, że jest dupkiem? – powtarzała, chodząc za nią po kuchni, jakby
odczuwała wewnętrzną potrzebę, żebyś się przed kimś wytłumaczyć. – Zależy mi na
nim. Nic na to nie poradzę.
Lenie
jakoś trudno było w to uwierzyć. Zwłaszcza w tę ostatnią część. Czy ta sytuacja
już wpisywała się w schemat uzależnionej od swojego oprawcy kobiety? Ile razy Zuza
musiała dostać w twarz od osoby, której rzekomo na niej zależało, żeby była w stanie
„coś na to poradzić”? Bo przecież to nie był pierwszy ani ostatni raz. Jak
bardzo trzeba być naiwnym, żeby uwierzyć, że to się już nigdy nie powtórzy? Że
tych kilka dobrych chwil, tych kilka niezapomnianych nocy jest w stanie
zrekompensować coś, czego nie była w stanie uniknąć. Coś, nad czym nigdy nie
będzie miała kontroli. „Najwyraźniej nie trzeba być aż tak naiwnym” pomyślała, wykrzywiając
usta w gorzkim uśmiechu. „Wystarczy się zakochać.”
Lena
siadła na wąskiej drewnianej ławeczce, obok tulącej do piersi zakupy staruszki
i uśmiechnęła się już szczerzej, widząc Michała Winiarskiego na czerwonawym plakacie
reklamującym Mistrzostwa Europy. Z promocją to się jednak nie popisali. Poza
kilkoma plakatami rozwieszonymi tu i ówdzie i kilkoma tramwajami wyfioczonymi
specjalnie na tę okazję w Winiarskich i Bartmanów, nic innego nie sygnalizowało
jakoś specjalnie głośno, że właśnie dzieje się coś niesamowitego. Tu i teraz. I
było to tym bardziej irytujące, kiedy porównywało się to do promocji Euro 2012, o
którym przecież wszędzie było głośno. Cóż, może siatkówka nie była wystarczająco
medialna. Może według związku i organizatorów była tylko dobra do tego, żeby
ciągnąć od zainteresowanych całkiem ładną kasę.
Głównie
ze względu na ceny biletów Lena nie była w stanie pozwolić sobie na żaden mecz
fazy grupowej pomimo tego, że mieszkała zaledwie rzut beretem od Ergo Areny.
Jeździła więc samotnie do strefy kibica i trzymała zmarznięte kciuki, wpatrując
się w ogromny ekran na Placu Węglowym. Pomimo nienajlepszego stylu i fal
krytyki, jaka spadła na polski zespół, udało im się wyjść z grupy na pierwszym
miejscu i teraz wszyscy z napięciem wyczekiwali ćwierćfinałów. Znawcy
podzielili się na dwa obozy: jeden zawzięcie twierdził, że pojadą do Bułgarii
na finały, gdzie (oczywiście!) wejdą na podium; natomiast drugi nie był już tak
optymistyczny i głosił wszem i wobec, że będąc w takiej dyspozycji, drużyna
Andrei Anastaziego nie ma najmniejszych szans na pokonanie Serbów, i że 26
września będzie ostatnim dniem Polaków na tych mistrzostwach. Lena wypatrywała
tego dnia, jakby miała w nim odebrać kilka milionów wygranych w totolotka.
Odkąd dostała od rodziców bilety na oba ćwierćfinały, zawsze nosiła je przy
sobie i dostawała dreszczy na całym ciele, ilekroć widziała je w swoim portfelu.
Bartek
wpadł do niej raz jeden, dźwigając ogromne pudło pączków. Raz też spotkali się
na mieście. Krótko i przelotnie, bo treningi, bo odprawy, bo mistrzostwa. Był
zmęczony, ale po każdym meczu również bardziej zadowolony. Lena nie odważyła
się zrobić kroku naprzód, a on był kompletnie zaabsorbowany bieżącymi sprawami, żeby samemu wyjść z inicjatywą.
Tak więc tymczasem pozostawali w tych przyjacielskich stosunkach, które łączyły
ich na samym początku. Co było i dobre, i złe. Autobus nadjechał i Lena niechętnie wgramoliła się do
środka. Uwielbiała te wspólne żarty, uwielbiała to przerzucanie się cytatami z
filmów, uwielbiała fakt, że śmiał się tylko dlatego, że ona się śmieje, a ona
śmiała się, bo widziała, że on się śmieje. Że tak naprawdę nie potrzebowali
nawet słów. Ale zaglądając do kalendarza, poza tą jedną przekreśloną czarnym
markerem datą, widziała również jak gwałtownie kurczą się dni, jak szybko
wymyka się czas, jak prędko może wyjechać i nie wrócić przez kolejnych kilka
miesięcy.
2.
-
Przecież przed chwilą o tym mówiłyśmy – powtórzyła, z trudem tłumiąc
zniecierpliwienie.
-
Ale ja nie wiem, jak to zrobić. Nie rozumiem.
Lena
wypuściła głośno powietrze i spojrzała na swoją uczennicę. Miała zaledwie
piętnaście lat, ale mocny makijaż sprawiał, że wyglądała na ponad dwadzieścia.
Siedziała przy stole z rękami założonymi na piersiach, wydymając dumnie usta i
mierząc Lenę krytycznym spojrzeniem.
-
Tu nie ma, czego rozumieć. Odmiany musisz się nauczyć na pamięć.
-
Nie mam czasu na takie rzeczy.
-
Nie masz czasu na naukę paru czasowników?
-
Nie – odpowiedziała wrogo i rzuciła jej
spojrzenie pełne wyższości.
-
Przecież przygotowałam ci wszystkie materiały. Masz tabelki, podkreślone
wszystko, na co trzeba zwrócić uwagę…
-
Przejrzałam je – przerwała jej niecierpliwie.
-
I co?
-
Gówno mi dały.
Lena
czuła, jak wszystko zaczyna się w niej gotować. Miała ochotę złapać te
wyprasowane żelazkiem włosy i powiedzieć, żeby przestała się zachowywać, jak
mała idiotka. Ale to by było bardzo niepedagogiczne.
-
Wszystko będzie ci gówno dawało, jeśli nie poświęcisz temu choć trochę czasu –
powiedziała zamiast tego, siląc się na spokój.
Wzruszyła
tylko ramionami i uniosła swoje wymodelowane brwi do góry.
-
Dobrze, w takim razie przepisz sobie tę odmianę do zeszytu…
-
Nie będę niczego przepisywać – przerwała jej znowu. – To bezsensu.
-
No to po co w ogóle dzisiaj przyszłaś, skoro nie masz czasu, a wszystko i tak
jest bezsensu?
Wskazała
głową pracę domową w podręczniku: - Nie wiem, jak to zrobić. Jest na jutro.
-
I co? Oczekujesz, że zrobię to za ciebie?
-
No przecież za to ci płacę.
Lena
poczuła się jakby ktoś właśnie dał jej w twarz. Patrzyła na swoją uczennicę
przez dłuższą chwilę, po czym wymusiła na ustach delikatny uśmiech: - Twoi
rodzice mi płacą, skarbie. Bynajmniej nie za odrabianie twoich prac domowych.
Zanim
dziewczyna zdążyła odszczeknąć się jakimś nieprzyjemnym komentarzem, w
mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Lena oparła dłonie na stole i spojrzała
na zegarek.
-
Zostało nam jakieś 15 minut. Dam ci chwilę, żebyś się zdecydowała, czy
zabierzemy się wreszcie do pracy czy przesiedzimy je w milczeniu.
Po
czym wstała i podreptała ze złością do drzwi. „Bezczelny dzieciak. Bezczelny,
rozpuszczony dzieciak” powtarzała w myślach, dudniąc stopami o podłogę. Szarpnęła za drzwi. Stojący w progu Bartek aż cofnął się o krok.
-
Coś taka zła? – zapytał, wyjmując ręce z kieszeni spodni. – Mam się zacząć bać?
Lena
wpuściła go do środka i wydęła z niezadowoleniem usta: - Kształcę młodzież.
-
Aha – powiedział, wchodząc do mieszkania z wahaniem.
-
Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to trudne.
-
Dużo ci jeszcze zostało tego kształcenia? Ja mogę wrócić później…
-
Piętnaście minut. Nie więcej.
Bartek
zdjął kurtkę i podrapał się po głowie: - No to mogę poczekać.
Myślała,
że pójdzie do jej pokoju, albo rozwali się na kanapie, ale on podreptał za nią
do kuchni, nalał sobie wody do szklanki i siadł na parapecie. Lena zajęła z
powrotem swoje miejsce i już chciała ponowić pytanie, kiedy zobaczyła wyraz
twarzy swojej uczennicy. Policzki delikatnie jej się zaróżowiły, na ustach
pojawił się słodki uśmiech, a naburmuszone oczy przeistoczyły się w pełne
niewinności przeplatanej pewnością siebie ślepia. Wciąż zerkała w stronę
Bartka, jakby chciała choć na chwilę uchwycić jego spojrzenie. Lena zacisnęła
usta. To zachowanie zirytowało ją jeszcze bardziej. Utkwiła wzrok w tabelce.
-
Mógłbyś zaczekać w pokoju? Zaraz skończymy.
Kiedy
tylko zniknął za drzwiami, dziewczyna oparła się na stole i rzuciła w jej
stronę oskarżycielskim spojrzeniem.
-
Ja pierdolę, musiałaś?
-
Co musiałam?
-
Musiałaś go wyprosić? – Ponownie założyła ręce na piersi i wydęła dumnie usta. –
To pewnie jakiś sportowiec, nie? Chyba widziałam go w telewizji. – Nie uzyskawszy
żadnej odpowiedzi, zmrużyła oczy i schowała podręcznik do torby. – Spojrzał na
mnie. No kurwa, musiałaś go wyprosić?
I
zanim Lena zdążyła się zorientować, co się właściwie dzieje, dziewczyna
zarzuciła sobie torebkę z czarnej skóry na ramię, podeszła do drzwi jej pokoju,
rzuciła zdziwionemu Bartkowi niedbałe „Do zobaczenia” i wyszła z mieszkania.
-
To było najszybsze piętnaście minut w moim życiu – powiedział, wchodząc z
powrotem do kuchni. – Stało się coś?
-
Nie jestem pewna. Ale chyba ty się stałeś.
-
Cokolwiek to znaczy.
Lena
wzruszyła ramionami i złożyła swoje notatki w stosik.
-
Mam coś dla Ciebie… - zaczął, ale urwał w pół słowa.
Lena
odwróciła się i jej oczom ukazało się wytatuowane cielsko Tomka, na które wciągnął
– niewiadomo dlaczego, bo na pewno nie dla przyzwoitości – parę majtek. Na
grubej szyi dyndał złoty łańcuch.
Bartek
stanął tuż przy niej i założył ręce na piersi, jakby dając mu do zrozumienia,
że jeśli czegokolwiek spróbuje, gorzko tego pożałuje. Lena złapała go za
krawędź koszuli, żeby dać mu do zrozumienia, żeby nad sobą panował, ale to
sprawiło, że mięśnie jego ramion tylko jeszcze bardziej się napięły. Była to
pewnie defensywna reakcja po części spowodowana szokiem, a po części gniewem. Tomek
podszedł nonszalancko do zlewu i nalał wody do wielkiego kubka. Jej kubka.
Kubka, w którym piła gorącą czekoladę w długie zimowe wieczory. Lena wygięła
usta w podkówkę. Już nigdy nie spojrzy na ten kubek tak samo. Tomek obrzucił ich boję trochę niechętnym, a trochę
może rozbawionym spojrzeniem.
-
Gnojek – mruknął pod nosem Bartek.
Lena
rzuciła mu szybkie spojrzenie, ale ten wciąż stał niewzruszony obok niej,
zaciskając mocno pięści.
-
Co? – Tomek podszedł do niego na odległość ręki i spojrzał wyzywająco w oczy. –
Mówiłeś coś?
-
Powiedziałem, że jesteś gnojem.
Lena
miała wrażenie, że Tomek zaraz przyłoży mu w twarz. I choć powinna robić
wszystko, żeby temu zapobiec, zamiast niepokoju czuła w gardle jedynie
narastający śmiech. Tomek w samych gaciach z pękatym kubkiem wody w ręku
wydawał się bezbronny do granic absurdu. Mimo że prężył muskuły i mimiką twarzy
starał się nadrobić fakt, że stoi przed wrogiem praktycznie goły, wciąż
wyglądał wręcz komicznie. Zacisnął usta i zmrużył złowieszczo oczy.
-
Masz gacie jak baba – dorzucił Bartek. Lena natychmiast zasłoniła sobie usta
ręką. – Jeszcze brakuję tęczy tam, gdzie masz wacka,
Prawa
powieka Tomka niebezpiecznie zadrgała, ale nic nie powiedział. Czerwone plamy
na grubej szyi zlały się w jedną całość i przypominały dosyć niezwykły kołnierz
ortopedyczny. W powietrzu czuć było jego furię, jak bardzo intensywne perfumy.
Prawa powieka znowu zadrgała. Przez chwilę Lena miała wrażenie, że Tomek po
prostu się odwróci i odejdzie, dumnie podnosząc podbródek, ale nagle stało się
coś zupełnie innego. Zacisnął grube palce na kubku i z całych sił chlusnął jego
zawartością prosto w twarz Bartka.
Lena
spojrzała na niego z przerażeniem i chwyciła się kurczowo oparcia krzesła, już
wyobrażając sobie, jak Bartek obrywa w głowę ciężkim, ceramicznym kubkiem. Ale
nic takiego się nie stało. Tomek po prostu wypuścił go w dłoni, a on upadł na
kafelki, rozbijając się w drobny mak. Przez chwilę oboje mierzyli się wrogimi
spojrzeniami, po czym oprawca wyszedł z kuchni i zatrzasnął za sobą drzwi
pokoju Zuzy.
3.
Lenie
udało się wybłagać u Natalii jedną z koszulek Marka, chociaż wątpiła, że nawet
ta największa i najluźniejsza będzie choć trochę na Bartka pasować. Kiedy
weszła do pokoju, ten wciąż osuszał twarz ręcznikiem. Mokre włosy sterczały mu
we wszystkie strony.
-
Suche ciuchy – powiedziała, rzucając koszulkę na łóżko i siadając na krześle
przy biurku. Trochę, ale tylko trochę, krztusiła się ze śmiechu, widząc jego
niedowierzającą wciąż minę.
-
Ta, śmiej się – powiedział cierpko, wycierając energicznie włosy.
-
Nie bocz się. Musisz przyznać, że to było całkiem zabawne.
-
Jak dla kogo.
-
Trzeba go było nie prowokować.
Bartek
spojrzał na nią spode łba i rzucił w nią ręcznikiem. Zanim się zorientowała,
już zdejmował mokrą koszulę i zajmował miejsce na krawędzi łóżka, napinając
mięśnie ramion. A może on wcale ich nie napinał. Może one tam po prostu były.
Lena czuła, jak jej twarz oblewa się rumieńcem i skarciła się za to w duchu.
-
Weź się zakryj – rzuciła, starając się zachować neutralny ton.
Bartek
spojrzał po sobie skonfundowany.
-
Co? Dlaczego?
-
Tak jakbym nie miała dosyć kompleksów – fuknęła i wskazała palcem na jego
brzuch.
-
Przestań – żachnął się.
-
Ty przestań.
Położył
ręce na biodrach i wypiął ostentacyjnie klatę. Lena wydęła mocniej usta i
osłoniła twarz ręką.
-
Tak, dziękuję ci za tę prezentację – powiedziała. Podszedł kilka kroków w jej
stronę i stanął na odległość ręki. Lena opuściła na chwilę dłoń i podskoczyła
przerażona. - Jezu.
-
Tak dla twojej informacji. To wcale nie było łatwo osiągnąć, więc będę się tym
chwalił, kiedy mi tylko przyjdzie ochota.
-
Ok.
Lena
utkwiła wzrok w regale na książki i wyciągnęła w jego stronę rękę z suchą
koszulką.
-
Ja mówiłem poważnie.
-
Ok. – Zamachała koszulką w powietrzu.
-
Założę się, że twój brzuch wcale nie jest taki zły, jak ci się wydaje. –
Prychnęła. – No to trzeba było robić brzuszki.
Chwycił
ją gwałtowanie pod ramiona i postawił na nogi. Lena zachłysnęła się z wrażenia
powietrzem, ale zanim zdążyła obrzucić go zdzwonionym spojrzeniem, poczuła jak
traci grunt pod nogami.
-
Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła, widząc jak świat zaczyna wirować jej przed
oczami. Po chwili wylądowała twardo po środku pokoju, aż ugięły się pod nią
kolana i poczuła, jak jej bluzka podwija się do góry. Zaczerpnęła głośno
powietrza: - Bartek! – krzyknęła z oburzeniem, chwytając go za ręce. Nic to
jednak nie pomogło i po chwili zaprzestała wysiłku, stojąc naprzeciwko niego z
płonącymi policzkami.
Bartek
zacmokał z niezadowoleniem, wypuszczając krańce jej bluzki z uścisku.
Pospiesznie ją obciągnęła i spojrzała na niego nerwowo. Chciała coś powiedzieć,
ale się powstrzymała. Miała jednak nadzieję, że jej oczy mówią wystarczająco
dużo.
-
Nie rozumiem, czemu twój brzuch miałby powodować u ciebie kompleksy. Jest
całkiem zwyczajny.
-
Jest mój. Prywatny.
-
Osobisty – dorzucił i podniósł z ziemi koszulkę.
-
Dokładnie – przytaknęła, patrząc na to z ulgą. – Zresztą przy kimś takim, jak
ty nie jest trudno popaść w kompleksy.
-
Kimś takim jak ja? – zdziwił się i rzucił jej pytające spojrzenie.
Lena
przygryzła wargę i jeszcze mocniej obciągnęła bluzkę. – No wiesz – wskazała
głową na umięśnione ramiona. – Te i tamte. I tym podobne.
Jego
brwi uniosły się do góry i po chwili milczenia wybuchnął śmiechem. Lena
uśmiechnęła się głupawo. Prawda była taka, że było jej zwyczajnie niezręcznie i
nie wiedziała, jak się zachować. Nie wiedziała, na czym stoi. Nie wiedziała,
czy te sygnały, które dostrzegała w jego spojrzeniach i gestach, były tylko
wytworem jej wyobraźni czy rzeczywistością. Nie wiedziała, na ile jej
zachowanie było neutralne. Nie wiedziała, jakie zachowanie w takiej sytuacji
pozwoliłoby zachować wszystko na neutralnym gruncie. Nie wiedziała nawet, czy
chciała pozostać neutralna. Nic nie wiedziała.
-
Jezu, Lena – wydukał, krztusząc się od śmiechu. – Masz się, czym martwić. Słowo
daję.
Wzruszyła
ramionami i ponownie spłonęła rumieńcem.
-
No bo jak się człowiek porówna do kogoś twojego formatu, to się od razu czuje
taki… niespecjalny.
Pokręcił
głową, ale uśmiech wciąż nie schodził z jego ust. Znowu złapał ją za bluzkę.
-
Nie! Bartek! Nie! – krzyknęła, łapiąc go za nadgarstki, ale ten szybko je
wyrwał z uścisku i zaczął ją łaskotać. Wybałuszyła na niego oczy i zaniosła się
wymuszonym śmiechem, wyrywając szaleńczo. – Przestań! – pisnęła, czując jak
traci nad sobą panowanie, ale jej prośba została zignorowana.
Nagle
poczuła kłujący ból z lewej strony i zgięła się w pół, chwytając go kurczowo za
rękę. Przez chwilę wszystko rozmyło jej się przed oczami, a dźwięk jego głosu
zdawał się oddalony o setki kilometrów. Desperacko próbowała uregulować oddech,
kiedy złapał ją za drugą dłoń i wciąż o coś pytał. Lena potrząsnęła przecząco
głową, wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i poczuła, jak ból powoli ustępuję.
-
Na pewno wszystko w porządku? – usłyszała w końcu, kiedy cząsteczki świata
znowu zaczęły tworzyć jedną całość. – Lena, w porządku?
Pokiwała
ze zdecydowaniem głową i wykrzywiając usta w uśmiechu, powoli podniosła
się do pionu.
-
To nic – machnęła ręką.
-
Nie wyglądało jak nic.
-
To nic – powtórzyła, czując jak wraca jej pełna świadomość. – Nic.
Przez
chwilę patrzył na nią podejrzliwie, marszcząc brwi.
-
Naprawdę – zapewniła.
-
Co się dzieje dwudziestego ósmego września? – zapytał po chwili, wskazując
głową kalendarzyk stojący na parapecie.
-
No jak to co – wyrzuciła z siebie, starając się brzmieć naturalnie. – Gracie półfinały.
Podniósł
obie brwi do góry.
-
I zaznaczyłaś to czarnym krzyżykiem, jakby ktoś miał umrzeć?
-
A co, miałam otoczyć różowym serduszkiem?
Rysy
twarzy Bartka nieco się rozluźniły, a na ustach zadrgał nieśmiały uśmiech.
-
Zaraz różowym. Czerwonym serduszkiem, oczywiście!
Z
trudem wciągnął na siebie koszulkę. Jej krawędzie sięgały pępka.
-
Wyglądasz uroczo – powiedziała po chwili.
Podjął
próbę obciągnięcia koszulki, ale nic z niej nie wyszło.
-
Super – mruknął pod nosem.
-
Powinni was tak ubierać na mecze.
-
A! Widzisz! – wykrzyknął, wyjmując coś z kieszeni spodni. – Dobrze, że mi
przypomniałaś. Przecież mam dla Ciebie bilet na ćwierćfinały.
-
No wiesz – prychnęła. – Ja kupiłam bilet. Jak prawdziwy kibic. – Obie jego brwi
uniosły się do góry. – Tak po prawdzie, to dostałam na urodziny. Ale liczy się
tak, jakbym kupiła!
-
Te miejscówki są na pewno lepsze niż twoje – powiedział, podając jej wilgotny
kawałek papieru.
-
Szczerze wątpię.
-
No to co ja mam z nimi zrobić?
Lena
wzruszyła ramionami: - Uszczęśliw jakiegoś kibica.
-
Ty jesteś kibicem.
-
Ale ja mam bilety.
Spojrzał
na nią bykiem.
-
No wiesz co – mruknął i założył ręce na piersiach. Koszulka podjechała mu
jeszcze wyżej. Lena miała niewyobrażalną ochotę wybuchnąć śmiechem.
4.
Słońce
chyliło się już ku zachodowi, kiedy szli wzdłuż wysokich budynków w kierunku
Ergo Areny. Chodniki lśniły jeszcze od przelotnego wrześniowego deszczu, a
powietrze przesycone było wilgocią. Ale pomimo niskiej temperatury i silnego
wiatru targającego przechodniów za włosy, Lenie było wyjątkowo gorąco. Miała
wrażenie, że czerwone policzki po prostu płonęły. Nie wiedziała, dlaczego tak
się działo, ale była to miła odmiana od wiecznie zmarzniętych kończyn i
cieknącego nosa. Ręce jednak trzymała w kieszeniach kurtki. Nie ze względu na
zimno, ale żeby mieć nad nimi jako taką kontrolę. Od przystanku autobusowego przemieszczali
się po dosyć wąskim chodniku, w wyniku czego ich ręce i ramiona co jakiś czas
odbijały się od siebie, stykały się, dotykały. Jak zwał, tak zwał. Nieważne.
Lena po prostu za każdym razem walczyła z pokusą, żeby nie złapać go za dłoń i
nie spleść jego palców ze swoimi. To był impuls, nad którym ciężko było
zapanować. Tak więc – pomimo odczuwanego gorąca – po prostu wsadziła dłonie do
kieszeni i zacisnęła je w pięści. Same łokcie nie stanowiły już takiego zagrożenia.
-
Boisz się jutra? – zapytała, kiedy ich oczom ukazała się jasno oświetlona Ergo
Arena.
Bartek
pokręcił przecząco głową: - Cieszę się na jutro.
Lena
dała mu łokciem kuksańca w bok i rozciągnęła usta w uśmiechu: - Ja też.
Niewyobrażalnie.
Szli w kierunku hali niespiesznie, nie zakłócając otaczającej ich ciszy nawet słowem. Lena uwielbiała ten rodzaj ciszy.
Niewymuszonej. Nieuciążliwej. Ciszy, w której można było pozostać i nie czuć
wyrzutów sumienia. W której człowiek czuł się komfortowo. Taka cisza często się nie zdarzała.
Zatrzymali
się dopiero kilkanaście metrów od wejścia na szerokim, pustym chodniku, na
którym tu i ówdzie lśniły w świetle latarń brudne kałuże. Minął ich jakiś
chłopak z grzywką opadającą na pół twarzy, trzymając przed sobą telefon, który
wyrzucał z siebie głośne dźwięki jakiejś popowej piosenki. Lena wyciągnęła z
kieszeni ręce i kręcąc nimi w jej rytm, przystąpiła z nogi na nogę. Bartek
parsknął śmiechem, ale jego spojrzenie szybko powędrowało w kierunku hali. Mógł
mówić, że się nie boi, że jest twardy, że się cieszy na jutrzejszą
konfrontację, ale Lena wyraźnie widziała, że jest spięty. Że mimo wszystko cała
ta presja wcale nie spływa po nim jak po kaczce. Dobrze wiedziała, co będzie na
szali. Albo przejdą dalej i wszyscy będą ich znowu kochać, albo będą zmuszeni
włączyć kolejną porażkę do swojej tegorocznej kolekcji.
Bartek
spojrzał na zegarek i westchnął.
-
Muszę już iść.
Lena
przez chwilę stała przed nim, nie bardzo wiedząc, co zrobić, po czym wspięła
się na place i objęła go, jak najwyżej się dało. Zawahał się. Wiedziała, że się
zawahał, ale trwało to tylko moment. Wkrótce poczuła, jak jego ramiona zamykają
się wokół niej. Miała wrażenie, że całe jej ciało momentalnie pokryło się gęsią
skórką.
-
Nie krępuj się, Albercik. Usta-usta – powiedział jej do ucha i zaśmiał się pod
nosem.
-
Ja tylko niosę pomoc! – odparowała, wciąż chowając się w jego kurtce. Miała
ochotę już nigdy się stamtąd nie ruszać. Przenigdy.
-
Wiesz, że ja naprawdę muszę już iść?
-
Wiem – stęknęła.
Stali
tak jeszcze parę minut, po czym Lena zaczęła rozluźniać powoli swój uścisk.
Kiedy wreszcie stanęli naprzeciwko siebie całkiem rozplątani, Bartek znowu
zerknął na zegarek. A potem nagle się nad nią nachylił i złożył na jej ustach
szybki pocałunek. Nawet nie zdążyła zareagować, kiedy szedł już zdecydowanym krokiem
do środka, rzucając jej jeszcze przez ramię ostatnie spojrzenie.
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |