1.5.
niedziela, 27 października 2013 03:42
Rozdział IV
12 lipca 2013


1.

Prawie dwa tygodnie minęły jej na manewrowaniu pomiędzy pracą a szpitalem. Lena nie miała dużej rodziny. Odkąd pamiętała miała jedną babcię i jednego dziadka; pozostała dwójka zmarła na raka jeszcze zanim przyszła na świat. Jej mama nie miała rodzeństwa, a jedyny brat taty nigdy się nie ożenił, także i po tej stronie rodzina nigdy się nie rozrosła. Kiedy była mała jeździła na przyjęcia urodzinowe swoich dalszych kuzynek – kuzynów mamy, ale kontakt już dawno się urwał. Ponieważ jej rodzina była niewielka, wszyscy byli ze sobą bardzo zżyci. Kiedy była dzieckiem, każdego lata wyjeżdżała do babci na wakacje. I była do niej absurdalnie przywiązana. To właśnie babcia nauczyła ją czytać, rozpieszczała książkami, które później przerodziły się w pasję, zabierała na długie spacery i gotowała najlepsze kopytka na świecie. Kiedy Lena zaczęła studia zdrowie babci znacznie się pogorszyło – zaczęła miewać problemy z ciśnieniem, w rezultacie czego często lądowała na pogotowiu, gdzie traktowali ją jak intruza. Potem okazało się, że problem tkwił w nerce, która nie funkcjonowała już od pewnego czasu i co można było wykryć wcześniej, gdyby lekarze brali swoją pracę na poważnie. A potem okazało się, że zmiany nowotworowe, które wykryto po usunięciu nerki, nie ograniczają się tylko do jednego miejsca. I stan był zbyt zaawansowany żeby cokolwiek zrobić. Lena codziennie po lub przed pracą jeździła do szpitala w Gdańsku i rozmawiała z babcią w nadziei, że chociaż na chwilę odciągnie ją od myśli o nieustającym już teraz bólu. Za każdym razem z trudem powstrzymywała łzy, widząc jej wymizerowaną i zmęczoną twarz, niegdyś taką pogodną i uśmiechniętą. Czasami wbijała wzrok w swoje dłonie, którymi ściskała rękę babci kompletnie pozbawioną siły, żeby nie patrzeć jej w oczy. I było jej z tego powodu wstyd. Wstydziła się tego, jaka była słaba, jak mało oparcia była jej w stanie dać. To nie tak miało wyglądać.
A potem, pewnego dnia, przyjechała do szpitala, ale babci już nie było. Już nie mogła zamienić z nią nawet słowa. Nie mogła powiedzieć jej, że ją kocha i zawsze będzie ją kochać. Z całego serca. Miała tylko nadzieję, że powiedziała jej to wystarczającą ilość razy. Że to wiedziała. I że nie umierała z myślą o samotności.

2.

Już opuściłeś tę łez dolinę
Droga przed tobą długa, daleka
Bo duch opuścił ziemską dziedzinę
Innego życia wieczność go czeka

Pogrzeb był skromny i cichy. Nie płakała i czuła niesmak, widząc zapłakane oblicze mamy. Może jeszcze nie do końca dotarło do niej, że już nigdy nie będzie w stanie wpaść w te ciepłe i przyjazne objęcia ani porozmawiać o dżentelmenach. Może nie do końca jeszcze zrozumiała, że już nigdy jej nie zobaczy. Może.

3.

W drodze do domu słuchała relacji z meczu w Warnie. Nawet nie żałowała, że nie była w stanie obejrzeć go w telewizji. „Adekwatne ukoronowanie tego dnia” pomyślała ponuro, wjeżdżając w ulicę Kołobrzeską. Dotarłszy na miejsce, wyłączyła silnik i rozsiadła się wygodnie. Podczas trzeciego seta cały czas miała nadzieję, że lada chwila losy meczu się odwrócą, że to się nie skończy w ten sposób. Nie może. Kiedy padły ostatnie słowa komentującego informujące o przegranej, miała wrażenie, że tego meczu wcale nie było. Albo że słuchała jakiejś powtórki czegoś z odległej przeszłości, co teraz nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Wyłączyła radio i utkwiła wzrok w torbie leżącej na siedzeniu.
- Zaiste adekwatne – powiedziała cicho.
Jakiś facet wyszedł z klatki obok, kołysząc biodrami. Za nim wybiegła w podskokach przysadzista panienka w wysokich szpilkach. Złapała go pod ramię i oboje zanieśli się śmiechem. Lena utkwiła w nich swoje spojrzenie. Ich radość wydała jej się nadzwyczaj niewłaściwa. Co z tego że nie opłakiwali nikogo bliskiego? Co z tego że dzisiejsza porażka wcale ich nie dotknęła? Cała koncepcja szczęścia była w tym momencie niewłaściwa. Kiedy zniknęli za rogiem, chwyciła torbę i wyszła z samochodu. Życie było niewłaściwe.

4.

Kiedy weszła do mieszkania, powitała ją przytłaczająca cisza. Wszyscy pewnie gdzieś balowali. Cieszyli się życiem. Jak normalni młodzi ludzie. Weszła do swojego pokoju i opadła na łóżko. Zamknęła oczy, czując jak zaczynają robić się wilgotne, i przeklęła się w myślach. O mało nie dostała zawału, kiedy jej komórka zaczęła dzwonić. Numer był jej nieznany, ale i tak przesunęła zieloną słuchawkę do góry i odezwała się niechętnie:
- Halo?
Przez chwilę po drugiej stronie panowała napięta cisza. Lena dwukrotnie sprawdzała, czy połączenie nie zostało przypadkiem przerwane.
- Przeczytałem tę twoją książkę – odezwał się po drugiej stronie męski głos.
Usiadła na skraju łóżka i spojrzała głupio przed siebie. Bartek?
- I jak? – wykrztusiła z siebie po chwili milczenia. – Była doskonała czy znakomita? – Znowu zapanowała cisza. – Jeśli ci się nie podobała, to się lepiej nie przyznawaj.
- Była doskonale znakomita – odrzekł po chwili.
Lena uśmiechnęła się pod nosem.
- Pewnie.
- Robisz coś teraz? – zmienił niespodziewanie temat. Zawahała się przez chwilę, ściskając w drugiej dłoni swój czarny sweter. Miała wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale ilekroć zaczynał mówić, inne słowa wydobywały się z jego ust. - Opowiedz mi o swoim dniu.
- Co mam ci opowiadać – powiedziała, rzucając sweter na krzesło przy biurku. – Dzień jak co dzień, Bartek. Batalia z rzeczywistością i wszystkimi jej banalnościami. Wstałam, zjadłam co było w lodówce i po raz kolejny wysłałam około dwudziestu CV do firm, w których i tak nie znajdę zatrudnienia. Współlokatorzy znowu korzystają z życia bardziej efektywnie niż ja, w rezultacie czego siedzę sama w mieszkaniu. – Usiadła wygodniej na łóżku i oparła się plecami o poduszki. – Samotność nie jest taka zła wiesz, ale kiedy ma się za dużo czasu na myślenie to do głowy przychodzą dziwne rzeczy. Zwłaszcza jak się człowiek naogląda filmów i nabierze przekonania, że jego własne życie grosza nie jest warte. – Cisza. Lena słyszała jego oddech. Raz lekko przyspieszony, raz spokojny. – I do tego zimno dziś jak w psiarni.
- Lena, przegraliśmy – wyrzucił z siebie.
- Wiem.
- I tak naprawdę nie przeczytałem jeszcze twojej książki.
Lena uśmiechnęła się pod nosem.
- Wiem. W przeciwnym razie nie wahałbyś się z odpowiedzią.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
- Nie wiem, co ze sobą zrobić. Najpierw igrzyska, potem prawie cały sezon przesrany na ławce, a teraz to… Jestem zmęczony. Lena, jestem tak niewyobrażalnie zmęczony. – Westchnęła cicho i zamknęła oczy. – Kurwa.
- Wszyscy są czymś zmęczeni – powiedziała zanim zdążyła się ugryźć w język. – Wszyscy się z czymś męczą. A nawet jeśli nie mają czym, to i tak jest im źle. – Otworzyła oczy i utkwiła wzrok w uchylonych drzwiach. - Mogę ci powiedzieć, że wszystko będzie dobrze…
- Nie chcę, żebyś mówiła, że wszystko będzie dobrze – przerwał jej szorstko.
- W porządku.
- Wszyscy wokoło to powtarzają, a ja już nie mogę tego słuchać – ciągnął. – Niedobrze mi się robi na myśl o powrocie do kraju, spekulacjach, pretensjach…
- Taka robota…
- Nie – przerwał jej. – Nieprawda. Moja robota polega na czymś innym.
- Prawda – odrzekła niecierpliwie. – Z całym szacunkiem Bartek, ale to właśnie ludzie spoza świata sportu, którzy ten sport oglądają, komentują, promują i wspierają, sprawiają, że ma on sens. Czym byłoby osiągnięcie, którego nikt by nie podzielał, o którym nikt by nie słyszał? Zainteresowanie ze strony dziennikarzy i kibiców świadczy tylko o tym, że siatkówka nie odwali kity w naszym kraju z powodu jednej głupiej porażki.
- To nie jest jedna głupia porażka.
- Niech będzie. Walnęliście dupą w siatkarski beton i teraz jeszcze kopią was zewsząd biało-czerwone kamasze. Ale wierz mi, te zagorzałe dyskusje, nawet te przykre i krzywdzące, są dowodem na to, jak bardzo ludziom zależy. – Bartek milczał. – Kiedyś czytałam, że Castellani przyrównał cię do psiaka, który szybko otrząsa się po niepowodzeniu…
- Okropne porównanie – mruknął.
- Ale za to jakie trafne. Zawsze wychodzisz na boisko zmotywowany, podrywasz drużynę nawet, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna. A ten przesrany na ławce sezon w Rosji? Twoje posty na fejsie były mimo wszystko pełne optymizmu.
- Każdy optymizm ma swoje granice…
- Biorąc pod uwagę twoje dwadzieścia cztery lata i bagaż osiągnięć większy niż większości ludzi, którzy całe życie mają już za sobą, ciężko jest mówić o granicach.
- Wiesz, ile znaczy rok w życiu sportowca? Wiesz, co znaczy stracony sezon?
- A czy ty wiesz, co znaczy życie o b o k pasji i marzeń? Osiągnięć, których nie zrealizujesz, bo życie ułożyło się inaczej, bo podjąłeś złe decyzje, bo jest już za późno a sam nie wiesz, czego chcesz, a przecież trzeba opłacić te pieprzone rachunki? – Lena zachłysnęła się powietrzem. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że mówi podniesionym głosem. – Przepraszam – dodała po chwili. – To było niepotrzebne. Wiem, że to boli. Bez względu na okoliczności.
- To ja cię przepraszam. Nie powinienem był dzwonić i zwalać ci się na głowę.
- To nie tak… - powiedziała szybko. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powiedzieć mu o śmierci babci, ale doszła do wniosku, że byłoby to jak kopanie leżącego. Niewłaściwe. Wszystko było dzisiaj niewłaściwe. – To nie tak… - powtórzyła nieprzytomnie. – Nie zwalasz mi się na głowę. Chcę po prostu żebyś zrozumiał, że pomimo wszystko masz jeszcze tyle przed sobą. Możliwości dostępne tylko dla wybranych. Nie powiem, że wszystkie są w zasięgu twojej ręki, bo to nieprawda. Raz będzie lepiej, raz gorzej. Przecież nie można zawsze być na szczycie. Jednak w twoim wypadku ważne jest to, że możesz się na ten szczyt piąć. Możesz o niego walczyć.
- Wiem. Po prostu ciężko mi w tej chwili spojrzeć na to wszystko w ten sposób.
Lena usłyszała szczęk otwieranych drzwi i po chwili mignęła jej przed oczami postać kołyszącej się na boki Zuzy. Stojak na makulaturę przewrócił się z hukiem na podłogę. Coś łupnęło o parkiet zaraz po nim.
- Poczekaj chwilę – powiedziała do słuchawki. – Zuza?! – krzyknęła. – Żyjesz?! Mam ci pomóc trafić do łóżka?!
Z przedpokoju doszedł ją stłumiony chichot. Słyszała jak Zuza otwiera parasol, który zwykle opierał się nonszalancko o stojak na makulaturę.
- Ty sprośna świnko ty – powiedziała niewyraźnie, przeciągając sylaby, po czym zachichotała ponownie. – Lenka w tym domu sufit sra konfetti.
Lena już chciała wstać i zapobiec dalszym szkodom, kiedy usłyszała, jak drzwi pokoju jej przyjaciółki zatrzaskują się. W mieszkaniu zapanowała cisza.
- Wszystko w porządku?
- W naszym domu sufit sra konfetti – powiedziała Lena i spojrzała w górę. – Dasz wiarę?
Bartek parsknął śmiechem.
- A u was?
- Co?
- Jak się przedstawia sytuacja z sufitem?
- Farba z niego złazi.
Lena cmoknęła z niezadowoleniem.
- Trochę wyobraźni, człowieku.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
- Ta złażąca farba w sumie układa się w pewien wzór.
- Czego?
- Złotego medalu Mistrzostw Europy.

Etykiety: , , ,



skomentuj (0)