1.8.
poniedziałek, 25 listopada 2013 07:08
Rozdział VII
27.07.2013


Być może gdyby świat był inny, nasza rzeczywistość miałaby szansę przetrwania. Może gdyby nie gonił jej czas, nie niszczyła ambicja i nie krępowały zobowiązania – udałoby mi się złapać ulotność chwili, oprawić dźwięk twojego głosu i wypalić w umyśle klatki naszych wspomnień. Może miałaś rację, mówiąc że szczęście nie jest dla wszystkich. Może opcjonalność nie oznacza wyboru. Może warunkuje ją przypadek. Może to był mój wybór. Może nie miałem wyboru. Może nasza kontrola to tylko iluzja. A może mówię tak tylko dlatego, że odpowiedzialność, którą powinienem wziąć na siebie, zrzuciłem na karb zobowiązania. Nie wiem. Być może gdyby mój świat był inny, znalazłbym odpowiedź. Naprawdę chciałem wierzyć, ze to wszystko ma sens. Ale może straciło go zanim się jeszcze poznaliśmy.


1.

- Zrobisz zakupy?
Lena przystąpiła z nogi na nogę, poprawiając telefon przy uchu. Stała w kolejce już od dobrych dwudziestu minut, ale ta wciąż wydawała się tak samo długa.
- Zrobię. Nie ma sprawy.
- Dzięki. Tylko dla nas dwóch. Gołąbeczki znowu wylatują na wakacje. – Zuza zagruchała do słuchawki, po czym parsknęła śmiechem.
- Które to już tego lata? Chyba straciłam rachubę.
- No wiesz, teoretycznie piąte. Ale trzy razy wyjechali tylko na weekend. Teraz się wyszykowali na całotygodniową wyprawę.
- Mówili gdzie?
- Natalia wspominała coś o Bieszczadach. – Lena zrobiła krok naprzód i o mało nie wpadła na dziewczynkę o dwóch jasnych warkoczykach związanych różowymi wstążkami. Dziecko wlepiło w nią swoje spojrzenie. – Z kolei Marek mówił wczoraj wieczorem o Karkonoszach – kontynuowała po drugiej stronie Zuza.
- Jesteś pewna, że jadą razem?
- Z nimi niczego nie jestem pewna. Wybywasz gdzieś dzisiaj na dłużej? Gdzie ty w ogóle jesteś? Słyszę jakieś dziecko.
Z punktu pobrań krwi wyszła właśnie młoda kobieta, trzymając na rękach rozwrzeszczanego niemowlaka, którego głowa aż posiniała z wysiłku.
- Muszę odebrać wyniki badań. Trochę dzieciarni tu jest.
Lena poczuła, jak ktoś szturcha ją w ramię. Obejrzała się za siebie, napotykając wysuszone oblicze jakiejś staruszki, która głową dała jej znać, żeby posunęła się naprzód. Lena wyminęła dziewczynkę w warkoczykach i ponownie stanęła w miejscu.
- Słychać.
- Dzisiaj nie wybywam na długo. Ale jeśli nie masz nic przeciwko, to przyprowadzę gościa popołudniu.
- Skąd. Tylko daj mi znać. Muszę wyszykować twarz.
- Dajże spokój.
Lena usłyszała w słuchawce niezadowolone cmoknięcie: - No przecież nie pokażę się komuś takiemu z gołą twarzą.
- Już raz cię widział z gołą twarzą i jakoś to przeżył.
- To były okoliczności nadzwyczajne.
- No jak sobie chcesz.
Lena znowu zrobiła dwa kroki do przodu i z ulgą stwierdziła, że jej czekanie dobiega końca.
- Tak a propos, mam dla ciebie zlecenie. Jeśli byłabyś zainteresowana.
- Byłabym bardziej niż zainteresowana. Jakieś szczegóły?
- Artykuł, dwadzieścia trzy strony. Coś z psychiatrii. Dużo nie płacą, ale na pączki ci wystarczy.
Lena zaśmiała się pod nosem: - Biorę, choćby i tylko po to, żeby móc kupić te pączki. Nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba.
- Dobra, prześlę ci mailem szczegóły.
Lena rozłączyła się i pośpiesznie podeszła do wolnego okienka.
- Nazwisko?
- Zawistowska.
Pielęgniarka wstukała coś do komputera, po czym wystrzeliła w nią ostrym spojrzeniem.
- Morfologia i CA 125. Zgadza się?
- Tak.
Podniosła się ciężko ze swojego krzesła i powłóczyła nogami do stojących pod ścianą segregatorów. Powoli przerzucała papiery, śliniąc co chwilę palec, aby przewrócić stronę. Kiedy wreszcie znalazła odpowiednie dokumenty, usiadła z powrotem na swoim miejscu z głośnym sapnięciem.
- Proszę – podała Lenie niechętnie świstek papieru.
Chwyciła go i bez zastanowienia wsadziła do torby, szybko kierując się w stronę drzwi.

2.

Kiedy tylko dotarła do domu i wparowała do kuchni, pośpiesznie podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Zaraz potem pobiegła do swojego pokoju, zwaliła leżące na parapecie papiery na łóżko i tam również z desperacją chwyciła za plastikowy uchwyt, aby wpuścić do domu choć trochę świeżego powietrza. Stanęła po środku i rozpostarła ramiona w niemym oczekiwaniu na choćby najmniejszy podmuch.
Bartek stanął w progu pokoju i spojrzał na nią z rozbawieniem: - Czekasz aż anioły porwą cię w niebiosa?
Uciszyła go zniecierpliwionym syknięciem i zamknęła oczy. Ale powietrze wciąż stało w miejscu. Nie drgnęło nawet na moment. Otworzyła jedno oko, potem drugie i opuściła ze zrezygnowaniem ręce.
- Ojej – odezwał się znowu Bartek z udawanym zmartwieniem. – Wniebowstąpienie nie nastąpiło. – Lena zgarbiła się żałośnie. Jedyne czego teraz pragnęła to odrobina wiatru. Odrobina zimna. Wszystko kleiło się do niej i miała wrażenie, że powietrze, którym oddychała równie dobrze można by było pokroić nożem. – To pewnie dlatego, że nie wzięłaś ulotki od tego gościa, który stał pod bankiem.
- Topię się – stęknęła.
- To bardzo nie po chrześcijańsku.
- Mam w dupie ulotki. – Bartek pokręcił z niezadowolenie głową. – Co mam zrobić, żeby się nie topić?
- Nie wiem. Wsadź głowę do lodówki. – Lenie momentalnie rozbłysły oczy. Przepchnęła się obok niego i pognała do kuchni. – To był żart – zawołał za nią, wachlując się koszulką i idąc w jej ślady.
Lena stanęła jak wryta przed buczącym prostokątem z ręką wyciągniętą przed siebie. Uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej twarz, nagle zgasł, a oczy zeszkliły się niebezpiecznie.
- To był żart – powtórzył jeszcze raz, opierając się łokciami o zimny blat stołu.
Pokręciła zdecydowanie głową: - To było genialnie – odpowiedziała łamiącym się głosem.
- Serio? No to otwórz.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Zrobiłam dzisiaj zakupy – jęknęła i spojrzała na niego z wyrzutem. – Przecież nie otworzę lodówki pełnej jedzenia w taki upał. – W jej oczach stanęły łzy. – Tyle jedzenia. Zjesz coś?
Bartek pokręcił przecząco głową, z trudem tłumiąc śmiech.
- Ja też nie jestem głodna – odpowiedziała na to i usiadła przy stole, przytykając do jego powierzchni rozpalonego policzka. – Może rzeczywiście powinnam wziąć tę ulotkę.
Bartek usiadł naprzeciwko niej i również położył się na stole. W mieszkaniu panowała absolutna cisza, a ciężkie powietrze drgało od ciepła. Lena oparła podbródek na dłoni i spojrzała na niego spod półotwartych powiek. Położył swoją dłoń na jej wyciągniętej ręce i wypuścił głośno powietrze.
- Wiesz, co możemy jeszcze zrobić?
- Co?
- Zdjąć ubrania.
Lena zaśmiała się z wysiłkiem. A potem zamknęła oczy i dała się porwać falom nawracającego śmiechu.
- Tym razem nie żartowałem, wiesz? – I nie otrzymawszy odpowiedzi, dodał: - Mówiłem poważnie.
- Oczywiście, że mówiłeś poważnie.
- Ja w takich sprawach nigdy nie żartuję.
Nagle drzwi wejściowe gwałtownie się otworzyły i do mieszkania wparowała Zuza. Rzuciła w pośpiechu torbę na kanapę pod ścianą i weszła do kuchni, dziwnie stawiając stopy. Cienka bluzka przykleiła jej się do ramion i pleców, a tusz do rzęs opadł, tworząc pod oczami makabryczne sińce. Podniosła ręce do góry i spojrzała na nich z bólem w oczach.
- Wody – wydusiła z siebie. – Powietrza. Czegokolwiek.
- Może wszyscy po prostu zdejmijmy ubrania – zaproponował od niechcenia Bartek, nawet nie podnosząc ze stołu głowy. Lena trzepnęła go w ramię.
- Co cię tak napadło z tym negliżem.
- Jest gorąco.
- Jest gorąco – potwierdziła Zuza, wachlując sobie twarz dłońmi.
- Szkoda, że nie macie klimatyzacji.
Spojrzały na siebie niepewnie. Lena podniosła się na łokciach i zrobiła kwaśną minę.
- Co? – zapytał, marszcząc brwi.
- Teoretycznie mamy – powiedziała powoli. Widząc jego naglące spojrzenie, dodała szybko: - Nie działa.
- Jesteście pewne?
Zuza wzruszyła ramionami: - Próbowałyśmy ją włączyć na początku lata, ale pstryczek nie chciał zadziałać.
- Pstryczek nie chciał zadziałać? – powtórzył, jakby chciał się upewnić, że dobrze usłyszał.
- No tak. Dokładnie.
Bartek podniósł się ze swojego miejsca i obciągnął podwiniętą bluzkę.
- Gdzie? – Lena spojrzała na niego w osłupieniu i wyciągnęła przed siebie rękę, wskazując koniec korytarza. Kiwnął głową i zniknął za ścianą.
- O Jezu – sapnęła Zuza, zajmując jego miejsce. – Może jeszcze zachce mu się zmyć naczynia po obiedzie.
- Szczerze wątpię.
- Szkoda. – Zuza przetarła usta wierzchem dłoni i skrzywiła się z niesmakiem. – Masz chusteczki?
Lena schyliła się i wyciągnęła spod krzesła starą, wysłużoną torebkę: - Znajdź sobie.
Zaraz połowa jej zawartości znalazła się na stole. Stosik papierów, papierków i papierzątek, długopisy i wkłady do długopisów, chusteczki: te czyste i nie. Lena zmierzyła to wszystko krytycznym spojrzeniem, po czym ze zrezygnowaniem odwróciła wzrok.
- Co to jest CA 125?
W kuchni rozległo się przeciągłe westchnienie: - Co to jest prywatność?
- Sama kazałaś mi pogrzebać.
Lena wzruszyła ramionami: - Testy markerów nowotworowych. Nic ważnego – dodała, widząc przerażone spojrzenie przyjaciółki. – Nie zlej się w majtki. Lekarz chciał się tylko upewnić, że wszystko jest w porządku.
- Ale Lena…
- O Jezu no, to nic takiego. Naprawdę.
- Są pozytywne. – W pokoju zapadła cisza. Zuza podniosła głowę i spojrzała w jej kierunku, marszcząc brwi. – Co to znaczy?
Lena zrobiła ruch, jakby chciała wstać, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Uderzyła w nią fala gorąca. Nie. To musi być jakaś pomyłka. Którejś ze zgorzkniałych pielęgniarek. Albo pracowników laboratorium. Przecież to nie byłby pierwszy raz…
- Lena?
Lena wyrwała przyjaciółce papier z dłoni i pośpiesznie schowała go do torby.
- Buzia na kłódkę – rzuciła stanowczo, słysząc jak Bartek wraca do pokoju. – Na kłódkę – powtórzyła z naciskiem, zanim jego głowa zdążyła znowu pojawić się w pokoju.
- Zdaje się, że opanowałem kryzys – powiedział, dumnie wypinając pierś i rozsiadł się wygodnie na kanapie. – Zaraz powinniśmy zacząć oddychać.
Lena zmusiła swoje usta do uśmiechu i wrzuciła torbę z powrotem pod krzesło.

3.

Gorąco unoszące się od rozgrzanego asfaltu piekło ich w łydki, kiedy szli opustoszałą ulicą, trzymając się za spocone dłonie. Wszystko wokół pogrążone było w swoistym letargu; mijający ich ludzie o nieobecnych spojrzeniach z wysiłkiem utrzymywali swoje cięższe niż zazwyczaj ciała w pozycji pionowej, a rozbiegane zwykle dzieciaki powłóczyły nogami, chowając się w cieniach rzucanych przez dachy budynków. Lena również ledwie pchała siebie do przodu, stawiając powoli to prawą, to lewą stopę. Gdyby nie oparcie, jakie dawała jej Bartkowa ręką, najprawdopodobniej już leżałaby na asfalcie jak długa. I tam by już pewnie została.
- Boże, sauna jak w Hali Stulecia – powiedział Bartek, ocierając czoło końcem bluzki. – Tylko tam przynajmniej słońce tak nie świeci.
- Podobno jak się człowiek spełni sportowo - zaczęła Lena, próbując odwrócić jego myśli od upału - to odczuwa to w ten sam sposób, jakby się zakochał. – Bartek uniósł obie brwi do góry i spojrzał na nią z pobłażaniem. – Musisz opływać w miłość – dodała i zaśmiała się pod nosem.
- O tak, opływam. Zdecydowanie. Zwłaszcza w tym sezonie – powiedział cierpko. Lena szturchnęła go w ramię.
- Przestań. Jeszcze się odbijecie. Wiem to. – Bartek wzruszył ramionami jakby od niechcenia, ale widziała, że rysy jego twarzy lekko stwardniały. – Za to w zeszłym musiałeś być chyba w stanie ciągłego upojenia.
- Zaraz upojenia.
- Powiem więcej, tyś się chyba upajał przez ostatnich kilka lat.
Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu i machnął ręką.
- Zaraz upajał. – Chrząknął. – A ty?
- Co? Czy się upajałam? Ja? – Lena ledwie stłumiła śmiech. – Sportem? – Pokiwał twierdząco głową. – Ilekroć stykam się ze sportem, źle się to dla mnie kończy, więc nie. Nie znam tego wyśmienitego uczucia.
- Na pewno nie ilekroć. Już nie przesadzaj.
Lena spojrzała na niego z ukosa: - Kiedy zaczęłam jeździć na rolkach, złamałam rękę. Na zajęciach z siatkówki, co najmniej trzy razy podbiłam sobie oko. Nie jestem nawet w stanie zliczyć, ile razy wybiłam sobie palce podczas gry – wymieniała na jednym wdechu. – Kiedy zaczęłam chodzić na siłownie, zaraz trzeba było leczyć zapalenie stawu ramiennego i przez miesiąc nie mogłam ruszać prawą ręką. O tej stopie, co to wiesz, to już nawet nie wspomnę.
Bartek pokręcił głową.
- Wciąż uważasz, że przesadzam. W porządku. Ja wiem, że jesteś z przeciwnego obozu. W końcu…
- …sport to zdrowie – powiedzieli razem i wymienili rozbawione spojrzenia. – Staram się o tym pamiętać, kiedy wstaję rano z bólem pleców.
- Przynajmniej się upajasz. Czasem – dodała, napotkawszy jego wzrok.
- Nie ostatnio. Ostatnio popadłem w bezafektową stagnację. – Bartek uśmiechnął się pod nosem. – I na boisku i w domu, wszędzie bezafektowa stagnacja. – Chciała coś powiedzieć, ale Bartek ciągnął dalej: - Nie wiem, być może już nie potrafię być z kimś. Ale tak prawdziwie, nie na odległość. Bo przecież na początku wszystko wydaje się idealne, kiedy ta druga osoba jest daleko. Potem wydaje się jeszcze bardziej idealne, kiedy nagle jest blisko. A potem ta idealność… znika. Tak jakby nigdy nie istniała. I ta codzienność, za którą się tęskni, okazuje się nie do zniesienia. Dla nas obydwu. – Lena zmarszczyła brwi. Słowo „nas” zadudniło jej w głowie. – Te wszystkie pomniejsze sprawy, które trzeba załatwić. Te wszystkie przyzwyczajenia drugiej osoby, z których nawet nie zdajesz sobie sprawy. Irytujące nawyki. Można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nawet się nie znacie. Więc kogo cieszyłem się zobaczyć po miesiącu na walizkach? – Bartek mieszał osoby w zdaniach, raz dając do zrozumienia, że nie mówi o niczym konkretnym, a raz sugerując, że dotyczy go to osobiście. Lena rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, ale nic nie powiedziała. – I potem wyjeżdżasz i ta osoba znowu wydaje się idealna. A ty wydajesz się idealny dla niej. Dlaczego? W cztery oczy tak ciężko się nam rozmawia, już nawet razem się nie śmiejemy, a potem wyjeżdżam i myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić. Bo tęsknię za moją małą prywatną utopią, która przecież nie istnieje.
Bartek kopnął leżący na drodze kamień i wzruszył ramionami: - To głupie – ciągnął. – Ale właśnie teraz, kiedy z siatkówką jest źle, odczuwam to, jak wielką iluzją jest dom, który sobie stworzyłem. Jak bardzo nie istnieje. Ledwie dwa tygodnie temu wróciłem i było idealnie. A potem minęło kilka dni i cały schemat się powtórzył. I chciałem tylko uciec. Gdziekolwiek, byle dalej.
Lena zatrzymała się w pół kroku. Miała wrażenie, że stopy wrosły jej w ziemię. Kark zesztywniał do tego stopnia, że kiedy zwróciła się w jego stronę, musiała wygiąć głowę pod najmniej naturalnym kątem, jak przetrącony bohater kreskówki, którą widziała kiedyś jako dziecko.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Bartek również się zatrzymał i spojrzał w jej kierunku. – To znaczy… Co to znaczy? – Lena zaczęła się gubić we własnych słowach. -  To znaczy, że ty kogoś masz? Że wciąż jesteście razem?
Bartek zawahał się, widząc jej spojrzenie: - Już od pewnego czasu przechodzimy kryzys…
Lena podniosła do góry ręce. Nie mogła oderwać przerażonego wzroku od jego twarzy.
- A więc jesteście.
Przez chwilę panowała pomiędzy nimi cisza.
- Co to było? – odezwała się wreszcie. – Co TO było? Po co? Jakiś pieprzony skok w bok? Wakacyjna przygoda? Chcesz jej coś udowodnić?
- To nie było planowane.
- Ale to nie ma żadnego znaczenia. I co zamierzałeś zrobić? Skończyć swój pobyt nad morzem i wrócić do siebie?
Milczał. Lena opuściła ręce i odwróciła od niego głowę. Czuła jak uczucie paniki wypełnia jej klatkę piersiową. W głowie powoli zaczynało szumieć. Miała ochotę siąść gdzieś w samotności i po prostu wypłakać wszystkie emocje.
- Kilkuletniego związku nie kończy się ot tak – powiedział wreszcie.
- Zgadzam się. Dlatego nie rozumiem, co to miało kurwa być?
Bartek zmarszczył brwi.
- Nie miałem w planach wakacji w Trójmieście. Nie miałem w planach tego, żeby do ciebie zadzwonić wtedy w Warnie. Niczego nie planowałem. W Ergo Arenie wydawałaś się jak każda inna dziewczyna, która widzi tylko sławnego siatkarza i myśli, że wszystko o nim wie. Po naszym pierwszym spotkaniu postanowiłem cię odwiedzić, bo było mi zwyczajnie głupio. Nic więcej. Chciałem ulżyć swojemu sumieniu. Chciałem sam sobie udowodnić, że to mnie nigdy nie zmieni, że wciąż jestem takim samym człowiekiem jak wówczas, kiedy nikt mnie jeszcze nie znał. A potem w Warnie… musiałem zrzucić z siebie ten ciężar, ale wiedziałem, czego się spodziewać ze strony rodziny i przyjaciół i niedobrze mi się robiło na samą myśl. W torbie walała się twoja książka, z twoim numerem telefonu, więc po prostu zadzwoniłem. – Lena prychnęła. Z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. – A kiedy wróciłem do Polski, okazało się, że oboje z… No że potrzebujemy trochę więcej czasu dla siebie. Żeby przemyśleć pewne sprawy. Trójmiasto wpadło mi do głowy.
Lena zacisnęła pięści.
- A więc jestem dla ciebie przypadkiem i ostatecznością. Dzięki. Właśnie wyniosłeś moje poczucie własnej wartości na kolejny poziom.
- Staram się być z tobą szczery.
- Jestem ci ogromnie wdzięczna.
- Nie musisz zaraz popadać w sarkazmy.
- Czy ty siebie słyszysz? – Lena wzruszyła ramionami i pokręciła głową. – Jak mam reagować? Jestem człowiekiem, a nie walającym się po torbie numerem telefonu.
- Jesteś kimś, do kogo mogę się zwrócić.
- Nie jestem jakąś cholerną grupą wsparcia.
- Źle mnie zrozumiałaś. To jest rodzaj pewnego zaufania… Bardziej chyba podświadomego. Jakbym wiedział, że mogę na ciebie liczyć. W każdej sytuacji. Cokolwiek by się nie działo.
- Od tego jest właśnie grupa wsparcia. Albo przyjaciele – powiedziała cierpko Lena. – Więc na cholerę były te ostatnie trzy dni? Po co to było? Dlaczego?
Na jego czole pojawiła się podłużna zmarszczka.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Przez chwilę panowała pomiędzy nimi cisza. Nad ich głowami znowu zaczęły się zbierać chmury.
- I co zamierzasz? – zapytała wreszcie, wbijając wzrok w ziemię.
- Jak mówiłem, kilkuletniego związku nie kończy się ot tak. – Bartek podrapał się po głowie. – Zamierzałem wrócić do Wrocławia i zobaczyć, na czym stoję.
- I pewnie gdyby się okazało, że stoisz na solidnym gruncie, to już byś tam został. Czy tak?
- Być może.
Jej wzrok wystrzelił w jego kierunku. Zamachnęła się i uderzyła go w lewy policzek. Najgorsza odpowiedź z możliwych. Jeszcze przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, po czym odwróciła się od niego i nie oglądając się za siebie, pomaszerowała w stronę dworca. Nienawidziła kobiet, które rozbijają związki. Teraz nienawidziła również siebie.

4.

Słońce prażyło jeszcze uparcie, kiedy skręciła w boczną, ciasną uliczkę zastawioną samochodami przeróżnej maści. Podłużne cienie rzucane przez szare budynki nie dawały jednak żadnego schronienia przed skwarem. Miała wrażenie, że tonie we własnej bluzce, a krótkie spodenki wydawały się kombinezonem opinającym całe jej nogi. Przyspieszyła kroku, nieporadnie wymijając dziury w chodniku i co jakiś czas wpadając na idących w przeciwną stronę ludzi. Skąd oni się tu wzięli? Dlaczego szli tą zniszczoną i zapomnianą drogą? Dlaczego nie dawali od siebie uciec?
- Przepraszam – mruknęła niechętnie do staruszki, której przez przypadek wytrąciła z rąk torebkę.
Nie zwracała uwagi na jej pełne wyrzutu fuknięcia i demonstracyjne oburzenie tym, że nawet się nie zatrzymała. Szła przed siebie, brnąć w chylącym się ku zachodowi słońcu, pogrążona we własnych myślach, we własnej osobistej tragedii, której nikt nie był w stanie zrozumieć. Którą nawet nie chciała się z nikim dzielić, bo było jej wstyd. Przez ostatnie trzy dni udało jej się zapomnieć o szarej i monotonnej rzeczywistości, którą uczyła się znosić, z którą próbowała żyć jak najlepiej i która z każdym dniem wydawała się mniej przerażająca. I która teraz, gwałtownie i bez ostrzeżenia, przystąpiła do kontrataku, zalewając jej umysł myślami o przeciętności, bezosobowości, banalności i -ości wszelkiego innego rodzaju. Które przecież już udało jej się zaakceptować. Kiedyś indziej. Kiedyś wcześniej.
Skręciła w kolejną uliczkę całkowicie pogrążoną już w cieniu i przystanęła przy zamkniętym kiosku. Chciała kucnąć i schować twarz w dłoniach. Chciała zdławić narastającą w środku panikę. Bo czuła jak rośnie z każdą sekundą. Prostą i prymitywną panikę. Prawdziwą. Taką, która sprawia, że tracisz oddech, że czujesz jak serce zaraz rozsadzi ci piersi, że boisz się wszystkiego i wszystkich, ale przede wszystkim samego siebie. Widząc jednak jakiegoś mężczyznę wychodzącego z klatki naprzeciwko, pospiesznie ruszyła dalej. Prosto, w prawo, w lewo, prosto. Byle dalej. Gdziekolwiek. Kąciki jej ust drgały niebezpiecznie, ale nie pozwoliła ani jednej łzie spłynąć po rozpalonych słońcem policzkach. Nie będzie się mazgaić publicznie.
Zatrzymała się dopiero przed małym, prostokątnym budynkiem, z którego chwiejnym krokiem wyszło dwóch mężczyzn zanoszących się dzikim śmiechem. Lena weszła nieśmiało do środka po kamiennych schodach. Uderzył ją zapach alkoholu i dźwięk półgłośnej muzyki i stukającego szkła. Chmura dymu papierosowego unosiła się w powietrzu. Rozejrzała się niepewnie po zatłoczonych stolikach. Jak z oddali dochodziły do niej strzępki głośnych rozmów, które wieńczył zazwyczaj wybuch śmiechu. Podeszła do baru i zajęła wolne miejsce w kącie, chowając się przed innymi. Miała nadzieję, że nikt jej tu nie zauważy, że pozwolą jej tu posiedzieć w samotności, że będzie mogła schować twarz w dłoniach i nikt jej nie zasypie gradem pytań i protekcjonalnych spojrzeń.
- Co podać? – zapytał barman, pochylając się nad drewnianym blatem.
Lena wbiła wzrok w stojącą obok szklankę i zacisnęła usta.
- Nie wiem. Piwo – rzuciła niechętnie.
Barman spojrzał na nią z ukosa.
- Mogę zobaczyć dowód?
Rzuciła mu ostre spojrzenie. Serio? W wieku dwudziestu trzech lat wciąż wygląda jak ledwie odrośnięty od ziemi szczyl? Może jeszcze niech zacznie mówić do niej z pobłażaniem, jak starszy brat, który wie przecież więcej o życiu.
- Poważnie?
- Tak, proszę.
Wyjęła z torby portfel i podała mu dowód. Przyjrzał mu się uważnie, dwukrotnie coś sprawdzając i z niechęcią oddał go jej z powrotem.
- To co, piwo?
- Nie. Proszę mi dać coś mocnego.
Szybko odwróciła od niego wzrok, widząc jak jego brwi unoszą się do góry.
- Coś mocnego? – powtórzył niepewnie.
- Tak, coś mocnego.
Wychyliła kieliszek, nie pytając nawet o jego zawartość. Gardło zapiekło ją wściekle, kiedy tylko przełknęła zimny płyn. Zacisnęła łzawiące oczy, ale pomimo bólu, czuła dziwną ulgę. Jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Zupełnie jakby już pomogło. Zupełnie jakby ten ból sprawiał jej przyjemność. Szybko zamówiła jeszcze raz to samo. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz, i jeszcze raz. A potem straciła rachubę i zapomniała, że boli ją serce i najchętniej przestałaby istnieć.

5.

Świat zdawał się kopią innej rzeczywistości wyjętej wprost ze sztuki absurdu; dramatu, którego logiczny przekaz jest sprawą drugorzędną. Wszystko poruszało się w naelektryzowanej abstrakcją przestrzeni słów i gestów. Komunikacji pozbawionej jakiegokolwiek sensu. Ludzie unosili się nad chodnikami pogrążeni w chmurach cudzych oczekiwań. Sama również miała wrażenie, że nie stawia stóp na twardym i stabilnym podłożu, ale kroczy pokładem statku kołysanego na boki przez wzburzone fale. Nie wiedziała dokąd zmierza i gdzie znajdzie swą przystań. Każda latarnia uliczna zdawała się być kolejną latarnią morską wskazującą jej drogę. A kiedy dotarła do oświetlonego dziesiątkami świateł dużego budynku, wiedziała, że dopłynęła do portu. Z trudem wspięła się po schodach, po czym zawisła nad drzwiami z numerem czterdzieści dwa. Uniosła niepewnie dłoń, zupełnie jakby zapomniała do czego służy. Patrzyła na nią przez chwilę, zaginając to znów prostując każdego palca. Zachwiała się niebezpiecznie i automatycznie chwyciła za klamkę. Drzwi nagle się otworzyły i o mało nie wpadła do środka, lądując na twarzy. Z pogrążonego w ciemności pokoju wyszedł Bartek, nakładając na siebie rozciągnięty t-shirt.
- Lena… - zaczął, ale urwał napotkawszy jej nieobecne spojrzenie.
- Czy wiesz, że słonie mruczą – powiedziała udawanym szeptem, przystępując z nogi na nogę. – Zupełnie jak koty – dodała po chwili i, nie słysząc odzewu, wydała z siebie coś, co najprawdopodobniej miało przypominać mruknięcie. – I podobno… - zaczęła znowu, ale urwała, marszcząc brwi, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. – Podobno… podobno bajka o Śpiącej Królewnie to jedna wielka ściema. – Spojrzała na niego, a jej oczy rozszerzyły się nienaturalnie. – Podobno książę wcale nie obudził jej pocałunkiem. Książę ją zgwałcił – wystawiła w jego stronę palec wskazujący, zupełnie jakby oskarżała go o popełnienie tego niecnego czynu. – On ją zgwałcił – powtórzyła i znowu zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. – On ją zgwałcił i obudziła się dopiero, kiedy jedno z jej dzieci possało jej palca.
Zamilkła z palcem oskarżycielsko wykrzywionym w jego stronę. Przez chwilę nie wiedział, jak zareagować, więc złapał ją po prostu za podniesioną dłoń. Wyrwała ją gwałtownie, mrużąc oczy i robiąc chwiejny krok w tył.
- Weźźź – powiedziała nieprzytomnie, dziwnie przeciągając sylaby.
Bartek patrzył na nią przez chwilę w osłupieniu.
- Piłaś? – zapytał w końcu. Na jego ustach zaigrał lekko zniesmaczony wyraz.
Lena spojrzała na niego, jak na idiotę i prychnęła głośno: - Proszę cię. Ja nigdy nie piję.
- To widać.
Oparła się dłonią o framugę drzwi, żeby zachować równowagę i rzuciła mu wyzywające spojrzenie.
- No co, no co – odrzekła zaczepnie, ale zabrzmiało to bardziej jak przeciągłe „noso noso”. – Może trochę wypiłam. Przestańcie mnie wszyscy traktować jak smarkacza. – Z pokoju naprzeciwko wyszła jakaś para i obrzuciła ich dwoje zdegustowanym spojrzeniem. – Albo w sumie – kontynuowała Lena, nie zdając sobie sprawy z widowni – już wolę być smarkaczem niż kompletną idiotką. – Zarechotała pod nosem i oparła rozpalone czoło o bukową framugę. – Trochę kicha, bo idiotką już jestem.
Bartek złapał ją za rękę i wciągnął do pokoju, zamykając drzwi przed ciekawskimi spojrzeniami.
- Usiądź – nakazał, prowadząc ją do niewielkiej kanapy.
- Nie siądę – zaparła się. – Będę stać.
Przez chwilę mierzył ją niecierpliwym spojrzeniem, po czym wypuścił jej rękę z uścisku.
- Jak chcesz.
Lena obróciła się wokół własnej osi, wpatrując uważnie w beżowy żyrandol zawieszony na suficie. Przy drugim obrocie, straciła równowagę i potykając się o własne nogi, klapnęła tyłkiem o podłogę.
- Będę siedzieć – odrzekła po chwili stanowczo i odgarnęła z twarzy włosy. – Chciałam usiąść – dodała, akcentując mocno pierwsze słowo.
Bartek wsadził ręce do kieszeni i oparł się o stolik stojący pod ścianą. Jego twarz zastygła, maskując wszelkie emocje. Wyglądał jak jeden z tych nagich posągów wyżłobionych w marmurze przez dawno już zmarłych artystów. Lena zarechotała głupawo, po czym usiadła wygodniej, opierając się plecami o nogę łóżka. Zamknęła na chwilę oczy, aby uspokoić wirujący jej przed oczami świat, ale kiedy ponownie je otworzyła, wszystko kołysało się tak samo. Podłoga falowała, uwypuklając się, to znów opadając tuż przed jej nosem. Ściany zbliżały się do niej, by po chwili wrócić na swoje miejsce, niczym rozprężające się przy oddechu płuca. Nawet stolik, wspierający postawną figurę Bartka, zdawał się płynąć na fali wzburzonych paneli.
- Niedobrze mi – stęknęła, zakrywając usta dłonią.
Poczuła, jak Bartek nachyla się nad nią i chwyta ją pod ramiona. Zignorował jej półgłośne zdławione protesty i posadził na krawędzi łóżka, odgarniając z twarzy skołtunione włosy. Nachyliła się do przodu, chowając głowę między kolanami. Miała wrażenie, że cała zawartość żołądka zaraz zaatakuje jej przełyk. Dziwnie metaliczny posmak w ustach tylko wzmagał dławiące uczucie. Wypuściła głośno powietrze.
- Przepraszam – powiedział cicho, kucając przy niej. – Przepraszam.
Zamachała przed sobą rękami w daremnych próbach odepchnięcia go od siebie. Nagle dotarło do niej, że cała ta abstrakcja dzieje się naprawdę. Że przyszła tu z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie pamiętała nawet, w jaki sposób tu dotarła, jak udało jej się nie wpaść pod koła pociągu i dlaczego nikt nie powstrzymał jej chwiejącej się na boki osoby w hotelowym lobby. W jaki sposób świadomość pokierowała jej krokami aż do drzwi tego pokoju. Dlaczego, na miłość boską.
- Nie… - zaczęła, ale przerwała w pół słowa.
- Lena…
- Muszę wyjść – odezwała się słabym głosem, czując wzbierający w gardle płacz. Oczy zeszkliły się niebezpiecznie, więc zamknęła je gwałtowanie. Ze złością.
- Przepraszam – powtórzył raz jeszcze, jakby to miało cokolwiek zmienić.
- Daj mi wyjść, proszę.
Chwycił ją za dłonie i przytrzymał w pozycji siedzącej.
- Naprawdę i szczerze. To nie tak miało wyglądać.
Wyrwała dłonie z jego uścisku z zamiarem podniesienia się do pozycji stojącej, ale ledwie uniosła głowę, cały świat gwałtownie zawirował.
- Przestań – wydusiła z siebie, odwracając od niego spojrzenie.
- I chcę być z tobą szczery: nie wiem, co teraz będzie.
- Proszę cię, przestań.
Przez chwilę nic nie mówił i Lena już miała nadzieję, że pozwoli jej wstać, wyjść i już nie wracać. – Nie – powiedział w końcu, zacieśniając swój uścisk. – Nie przestanę. Nie będę cicho. Chcę żebyś wiedziała.
- Że co? – warknęła. – Że jestem na tyle głupia, żeby uwierzyć w bajki?
- Że to miało wyglądać inaczej.
Odwróciła od niego głowę, coraz mocniej zaciskając powieki. Jej głowa kiwała się na boki, nie mogąc złapać równowagi, a w kącikach oczu zalśniły łzy. Wyszarpnęła ręce.
- Wszystko rozpieprzyłeś – powiedziała cicho, podciągając pod brodę kolana i chowając twarz w poduszce. – Wszystko.
- Lena…
- Pogodziłam się z tym, że będę żyć za murem więzienia, które sama sobie zbudowałam. Pogodziłam się z tym, że nie jestem odważna, że nie jestem wyjątkowa. A przeciętność przestała mnie przerażać. Samotność przestała mnie przerażać. Dlaczego musiałeś to wszystko rozpieprzyć? – warknęła do poduszki, zaciskając piekące oczy. Po czerwonych policzkach popłynęły łzy.
Nagle poczuła dotyk na swoich skołtunionych włosach, delikatny i niepewny niczym dotyk dziecka. Zacisnęła mocniej pięści, czując jak wściekłość wzbiera w niej z jeszcze większą mocą. Szum w uszach narastał, a złote plamki pod zaciśniętymi powiekami rzuciły się w wir dzikiego tańca.
- Nie masz prawa tego robić – rzuciła, zaciskając dłonie na poduszce. – Nie masz prawa mówić mi teraz, że wszystko będzie dobrze. – Jego dotyk nie ustawał. Złożył na jej głowie krótki pocałunek i objął ramionami. – Nie masz prawa... – I chociaż wbrew sobie czuła się bezpiecznie, słysząc bicie jego serca, pragnęła tylko, aby znalazł się jak najdalej stąd. - Żałuję, że się w ogóle poznaliśmy – dodała jeszcze, chociaż wcale w to nie wierzyła.
Raptem świat znowu zaczął tracić rzeczywisty kształt, a sytuacja zyskała status abstrakcji. Znowu miała ochotę śmiać się głupkowato z zasłyszanych kiedyś żartów. A potem wszystko pogrążyło się w ciemności i straciła przytomność.

6.

Ocknęła się dopiero, kiedy na horyzoncie zaczęło nieśmiało świtać. Ciężkie ołowiane chmury wisiały nad Sopotem, pryskając co jakiś czas chłodnym kapuśniaczkiem. Stukot kropel o szeroki parapet potęgował tylko łupanie w jej głowie. Oczy dziwnie ją bolały, zupełnie jakby wgapiała się w monitor przez co najmniej dobę. Podniosła się sztywno do pozycji siedzącej i rozejrzała nieprzytomnie po pokoju. Był pusty. Całkiem pusty. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć, gdzie się dokładnie znajduje. Oblizała spiechrznięte wargi i spuściła nogi na podłogę. Świadomość przyszła nagle i wymierzyła jej siarczystego policzka. Jej głowa gwałtownie wystrzeliła w górę. Oczy uważnie przeskanowały pokój.
- Bartek? – jej głos zaskrzeczał żałośnie, ale powtórzyła jego imię jeszcze dwukrotnie, zanim zdała sobie sprawę, że jest sama.
Dźwignęła się do pozycji pionowej i ledwie trzymając równowagę, podeszła do stolika stojącego pod ścianą. Drobiazgi, które leżały tam przez ostatnie trzy dni, poznikały. Odwróciła się raptownie w stronę łóżka, w nogach którego powinna leżeć walizka, ale tam również ziało pustkami. Nagle zrobiło jej się duszno. Kucnęła przy stoliku i chwyciła się mocno oparcia krzesła. Podjął decyzję. Wyjechał. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Już nawet nie próbowała powstrzymać łez.


Osobo, która skomentowała poprzedni rozdział, kimkolwiek jesteś, kocham cię! Jeśli ktokolwiek jeszcze to czyta, odzywajcie się czasem. Nawet parę słów to naprawdę balsam na serce! :)

Nowe rozdziały postaram się dodawać w każdą niedzielę lub poniedziałek. Połowa już za nami!

Etykiety: , , ,



skomentuj (5)