|
1.8.
poniedziałek, 25 listopada 2013 07:08
Rozdział VII
27.07.2013
Być
może gdyby świat był inny, nasza rzeczywistość miałaby szansę przetrwania. Może
gdyby nie gonił jej czas, nie niszczyła ambicja i nie krępowały zobowiązania –
udałoby mi się złapać ulotność chwili, oprawić dźwięk twojego głosu i wypalić w
umyśle klatki naszych wspomnień. Może miałaś rację, mówiąc że szczęście nie
jest dla wszystkich. Może opcjonalność nie oznacza wyboru. Może warunkuje ją
przypadek. Może to był mój wybór. Może nie miałem wyboru. Może nasza kontrola
to tylko iluzja. A może mówię tak tylko dlatego, że odpowiedzialność, którą powinienem
wziąć na siebie, zrzuciłem na karb zobowiązania. Nie wiem. Być może gdyby mój
świat był inny, znalazłbym odpowiedź. Naprawdę chciałem wierzyć, ze to wszystko
ma sens. Ale może straciło go zanim się jeszcze poznaliśmy.
1.
-
Zrobisz zakupy?
Lena
przystąpiła z nogi na nogę, poprawiając telefon przy uchu. Stała w kolejce już
od dobrych dwudziestu minut, ale ta wciąż wydawała się tak samo długa.
-
Zrobię. Nie ma sprawy.
-
Dzięki. Tylko dla nas dwóch. Gołąbeczki znowu wylatują na wakacje. – Zuza
zagruchała do słuchawki, po czym parsknęła śmiechem.
-
Które to już tego lata? Chyba straciłam rachubę.
-
No wiesz, teoretycznie piąte. Ale trzy razy wyjechali tylko na weekend. Teraz
się wyszykowali na całotygodniową wyprawę.
-
Mówili gdzie?
-
Natalia wspominała coś o Bieszczadach. – Lena zrobiła krok naprzód i o mało nie
wpadła na dziewczynkę o dwóch jasnych warkoczykach związanych różowymi
wstążkami. Dziecko wlepiło w nią swoje spojrzenie. – Z kolei Marek mówił
wczoraj wieczorem o Karkonoszach – kontynuowała po drugiej stronie Zuza.
-
Jesteś pewna, że jadą razem?
-
Z nimi niczego nie jestem pewna. Wybywasz gdzieś dzisiaj na dłużej? Gdzie ty w
ogóle jesteś? Słyszę jakieś dziecko.
Z
punktu pobrań krwi wyszła właśnie młoda kobieta, trzymając na rękach
rozwrzeszczanego niemowlaka, którego głowa aż posiniała z wysiłku.
-
Muszę odebrać wyniki badań. Trochę dzieciarni tu jest.
Lena
poczuła, jak ktoś szturcha ją w ramię. Obejrzała się za siebie, napotykając
wysuszone oblicze jakiejś staruszki, która głową dała jej znać, żeby posunęła
się naprzód. Lena wyminęła dziewczynkę w warkoczykach i ponownie stanęła w
miejscu.
-
Słychać.
-
Dzisiaj nie wybywam na długo. Ale jeśli nie masz nic przeciwko, to przyprowadzę
gościa popołudniu.
-
Skąd. Tylko daj mi znać. Muszę wyszykować twarz.
-
Dajże spokój.
Lena
usłyszała w słuchawce niezadowolone cmoknięcie: - No przecież nie pokażę się
komuś takiemu z gołą twarzą.
-
Już raz cię widział z gołą twarzą i jakoś to przeżył.
-
To były okoliczności nadzwyczajne.
-
No jak sobie chcesz.
Lena
znowu zrobiła dwa kroki do przodu i z ulgą stwierdziła, że jej czekanie dobiega
końca.
-
Tak a propos, mam dla ciebie zlecenie. Jeśli byłabyś zainteresowana.
-
Byłabym bardziej niż zainteresowana. Jakieś szczegóły?
-
Artykuł, dwadzieścia trzy strony. Coś z psychiatrii. Dużo nie płacą, ale na
pączki ci wystarczy.
Lena
zaśmiała się pod nosem: - Biorę, choćby i tylko po to, żeby móc kupić te
pączki. Nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba.
-
Dobra, prześlę ci mailem szczegóły.
Lena
rozłączyła się i pośpiesznie podeszła do wolnego okienka.
-
Nazwisko?
-
Zawistowska.
Pielęgniarka
wstukała coś do komputera, po czym wystrzeliła w nią ostrym spojrzeniem.
-
Morfologia i CA 125. Zgadza się?
-
Tak.
Podniosła
się ciężko ze swojego krzesła i powłóczyła nogami do stojących pod ścianą
segregatorów. Powoli przerzucała papiery, śliniąc co chwilę palec, aby
przewrócić stronę. Kiedy wreszcie znalazła odpowiednie dokumenty, usiadła z
powrotem na swoim miejscu z głośnym sapnięciem.
-
Proszę – podała Lenie niechętnie świstek papieru.
Chwyciła
go i bez zastanowienia wsadziła do torby, szybko kierując się w stronę drzwi.
2.
Kiedy
tylko dotarła do domu i wparowała do kuchni, pośpiesznie podeszła do okna i
otworzyła je na oścież. Zaraz potem pobiegła do swojego pokoju, zwaliła leżące
na parapecie papiery na łóżko i tam również z desperacją chwyciła za plastikowy
uchwyt, aby wpuścić do domu choć trochę świeżego powietrza. Stanęła po środku i
rozpostarła ramiona w niemym oczekiwaniu na choćby najmniejszy podmuch.
Bartek
stanął w progu pokoju i spojrzał na nią z rozbawieniem: - Czekasz aż anioły
porwą cię w niebiosa?
Uciszyła
go zniecierpliwionym syknięciem i zamknęła oczy. Ale powietrze wciąż stało w
miejscu. Nie drgnęło nawet na moment. Otworzyła jedno oko, potem drugie i
opuściła ze zrezygnowaniem ręce.
-
Ojej – odezwał się znowu Bartek z udawanym zmartwieniem. – Wniebowstąpienie nie
nastąpiło. – Lena zgarbiła się żałośnie. Jedyne czego teraz pragnęła to
odrobina wiatru. Odrobina zimna. Wszystko kleiło się do niej i miała wrażenie,
że powietrze, którym oddychała równie dobrze można by było pokroić nożem. – To
pewnie dlatego, że nie wzięłaś ulotki od tego gościa, który stał pod bankiem.
-
Topię się – stęknęła.
-
To bardzo nie po chrześcijańsku.
-
Mam w dupie ulotki. – Bartek pokręcił z niezadowolenie głową. – Co mam zrobić,
żeby się nie topić?
-
Nie wiem. Wsadź głowę do lodówki. – Lenie momentalnie rozbłysły oczy. Przepchnęła
się obok niego i pognała do kuchni. – To był żart – zawołał za nią, wachlując
się koszulką i idąc w jej ślady.
Lena
stanęła jak wryta przed buczącym prostokątem z ręką wyciągniętą przed siebie. Uśmiech,
który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej twarz, nagle zgasł, a oczy zeszkliły
się niebezpiecznie.
-
To był żart – powtórzył jeszcze raz, opierając się łokciami o zimny blat stołu.
Pokręciła
zdecydowanie głową: - To było genialnie – odpowiedziała łamiącym się głosem.
-
Serio? No to otwórz.
-
Nie mogę.
-
Dlaczego?
-
Zrobiłam dzisiaj zakupy – jęknęła i spojrzała na niego z wyrzutem. – Przecież nie
otworzę lodówki pełnej jedzenia w taki upał. – W jej oczach stanęły łzy. – Tyle
jedzenia. Zjesz coś?
Bartek
pokręcił przecząco głową, z trudem tłumiąc śmiech.
-
Ja też nie jestem głodna – odpowiedziała na to i usiadła przy stole, przytykając
do jego powierzchni rozpalonego policzka. – Może rzeczywiście powinnam wziąć tę
ulotkę.
Bartek
usiadł naprzeciwko niej i również położył się na stole. W mieszkaniu panowała absolutna
cisza, a ciężkie powietrze drgało od ciepła. Lena oparła podbródek na dłoni i
spojrzała na niego spod półotwartych powiek. Położył swoją dłoń na jej
wyciągniętej ręce i wypuścił głośno powietrze.
-
Wiesz, co możemy jeszcze zrobić?
-
Co?
-
Zdjąć ubrania.
Lena
zaśmiała się z wysiłkiem. A potem zamknęła oczy i dała się porwać falom
nawracającego śmiechu.
-
Tym razem nie żartowałem, wiesz? – I nie otrzymawszy odpowiedzi, dodał: -
Mówiłem poważnie.
-
Oczywiście, że mówiłeś poważnie.
-
Ja w takich sprawach nigdy nie żartuję.
Nagle
drzwi wejściowe gwałtownie się otworzyły i do mieszkania wparowała Zuza.
Rzuciła w pośpiechu torbę na kanapę pod ścianą i weszła do kuchni, dziwnie
stawiając stopy. Cienka bluzka przykleiła jej się do ramion i pleców, a tusz do
rzęs opadł, tworząc pod oczami makabryczne sińce. Podniosła ręce do góry i
spojrzała na nich z bólem w oczach.
-
Wody – wydusiła z siebie. – Powietrza. Czegokolwiek.
-
Może wszyscy po prostu zdejmijmy ubrania – zaproponował od niechcenia Bartek, nawet
nie podnosząc ze stołu głowy. Lena trzepnęła go w ramię.
-
Co cię tak napadło z tym negliżem.
-
Jest gorąco.
-
Jest gorąco – potwierdziła Zuza, wachlując sobie twarz dłońmi.
-
Szkoda, że nie macie klimatyzacji.
Spojrzały
na siebie niepewnie. Lena podniosła się na łokciach i zrobiła kwaśną minę.
-
Co? – zapytał, marszcząc brwi.
-
Teoretycznie mamy – powiedziała powoli. Widząc jego naglące spojrzenie, dodała
szybko: - Nie działa.
-
Jesteście pewne?
Zuza
wzruszyła ramionami: - Próbowałyśmy ją włączyć na początku lata, ale pstryczek
nie chciał zadziałać.
-
Pstryczek nie chciał zadziałać? – powtórzył, jakby chciał się upewnić, że
dobrze usłyszał.
-
No tak. Dokładnie.
Bartek
podniósł się ze swojego miejsca i obciągnął podwiniętą bluzkę.
-
Gdzie? – Lena spojrzała na niego w osłupieniu i wyciągnęła przed siebie rękę,
wskazując koniec korytarza. Kiwnął głową i zniknął za ścianą.
-
O Jezu – sapnęła Zuza, zajmując jego miejsce. – Może jeszcze zachce mu się zmyć
naczynia po obiedzie.
-
Szczerze wątpię.
-
Szkoda. – Zuza przetarła usta wierzchem dłoni i skrzywiła się z niesmakiem. –
Masz chusteczki?
Lena
schyliła się i wyciągnęła spod krzesła starą, wysłużoną torebkę: - Znajdź
sobie.
Zaraz
połowa jej zawartości znalazła się na stole. Stosik papierów, papierków i
papierzątek, długopisy i wkłady do długopisów, chusteczki: te czyste i nie.
Lena zmierzyła to wszystko krytycznym spojrzeniem, po czym ze zrezygnowaniem
odwróciła wzrok.
-
Co to jest CA 125?
W kuchni rozległo się przeciągłe westchnienie: - Co to jest prywatność?
-
Sama kazałaś mi pogrzebać.
Lena wzruszyła
ramionami: - Testy markerów nowotworowych. Nic ważnego – dodała, widząc
przerażone spojrzenie przyjaciółki. – Nie zlej się w majtki. Lekarz chciał się tylko
upewnić, że wszystko jest w porządku.
-
Ale Lena…
-
O Jezu no, to nic takiego. Naprawdę.
-
Są pozytywne. – W pokoju zapadła cisza. Zuza podniosła głowę i spojrzała w jej
kierunku, marszcząc brwi. – Co to znaczy?
Lena
zrobiła ruch, jakby chciała wstać, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
Uderzyła w nią fala gorąca. Nie. To musi być jakaś pomyłka. Którejś ze
zgorzkniałych pielęgniarek. Albo pracowników laboratorium. Przecież to nie
byłby pierwszy raz…
-
Lena?
Lena
wyrwała przyjaciółce papier z dłoni i pośpiesznie schowała go do torby.
-
Buzia na kłódkę – rzuciła stanowczo, słysząc jak Bartek wraca do pokoju. – Na
kłódkę – powtórzyła z naciskiem, zanim jego głowa zdążyła znowu pojawić się w
pokoju.
-
Zdaje się, że opanowałem kryzys – powiedział, dumnie wypinając pierś i rozsiadł
się wygodnie na kanapie. – Zaraz powinniśmy zacząć oddychać.
Lena
zmusiła swoje usta do uśmiechu i wrzuciła torbę z powrotem pod krzesło.
3.
Gorąco
unoszące się od rozgrzanego asfaltu piekło ich w łydki, kiedy szli opustoszałą
ulicą, trzymając się za spocone dłonie. Wszystko wokół pogrążone było w
swoistym letargu; mijający ich ludzie o nieobecnych spojrzeniach z wysiłkiem
utrzymywali swoje cięższe niż zazwyczaj ciała w pozycji pionowej, a rozbiegane zwykle
dzieciaki powłóczyły nogami, chowając się w cieniach rzucanych przez dachy
budynków. Lena również ledwie pchała siebie do przodu, stawiając powoli to
prawą, to lewą stopę. Gdyby nie oparcie, jakie dawała jej Bartkowa ręką, najprawdopodobniej
już leżałaby na asfalcie jak długa. I tam by już pewnie została.
-
Boże, sauna jak w Hali Stulecia – powiedział Bartek, ocierając czoło końcem
bluzki. – Tylko tam przynajmniej słońce tak nie świeci.
-
Podobno jak się człowiek spełni sportowo - zaczęła Lena, próbując odwrócić jego myśli od upału - to odczuwa to w ten sam sposób, jakby
się zakochał. – Bartek uniósł obie brwi do góry i spojrzał na nią z
pobłażaniem. – Musisz opływać w miłość – dodała i zaśmiała się pod nosem.
-
O tak, opływam. Zdecydowanie. Zwłaszcza w tym sezonie – powiedział cierpko.
Lena szturchnęła go w ramię.
-
Przestań. Jeszcze się odbijecie. Wiem to. – Bartek wzruszył ramionami jakby od
niechcenia, ale widziała, że rysy jego twarzy lekko stwardniały. – Za to w
zeszłym musiałeś być chyba w stanie ciągłego upojenia.
-
Zaraz upojenia.
-
Powiem więcej, tyś się chyba upajał przez ostatnich kilka lat.
Jego
usta wygięły się w lekkim uśmiechu i machnął ręką.
-
Zaraz upajał. – Chrząknął. – A ty?
-
Co? Czy się upajałam? Ja? – Lena ledwie stłumiła śmiech. – Sportem? – Pokiwał
twierdząco głową. – Ilekroć stykam się ze sportem, źle się to dla mnie kończy,
więc nie. Nie znam tego wyśmienitego uczucia.
-
Na pewno nie ilekroć. Już nie przesadzaj.
Lena
spojrzała na niego z ukosa: - Kiedy zaczęłam jeździć na rolkach, złamałam rękę.
Na zajęciach z siatkówki, co najmniej trzy razy podbiłam sobie oko.
Nie jestem nawet w stanie zliczyć, ile razy wybiłam sobie palce podczas gry –
wymieniała na jednym wdechu. – Kiedy zaczęłam chodzić na siłownie, zaraz trzeba
było leczyć zapalenie stawu ramiennego i przez miesiąc nie mogłam ruszać prawą
ręką. O tej stopie, co to wiesz, to już nawet nie wspomnę.
Bartek
pokręcił głową.
-
Wciąż uważasz, że przesadzam. W porządku. Ja wiem, że jesteś z przeciwnego
obozu. W końcu…
-
…sport to zdrowie – powiedzieli razem i wymienili rozbawione spojrzenia. –
Staram się o tym pamiętać, kiedy wstaję rano z bólem pleców.
-
Przynajmniej się upajasz. Czasem – dodała, napotkawszy jego wzrok.
-
Nie ostatnio. Ostatnio popadłem w bezafektową stagnację. – Bartek uśmiechnął
się pod nosem. – I na boisku i w domu, wszędzie bezafektowa stagnacja. –
Chciała coś powiedzieć, ale Bartek ciągnął dalej: - Nie wiem, być może już nie
potrafię być z kimś. Ale tak prawdziwie, nie na odległość. Bo przecież na
początku wszystko wydaje się idealne, kiedy ta druga osoba jest daleko. Potem
wydaje się jeszcze bardziej idealne, kiedy nagle jest blisko. A potem ta
idealność… znika. Tak jakby nigdy nie istniała. I ta codzienność, za którą się
tęskni, okazuje się nie do zniesienia. Dla nas obydwu. – Lena zmarszczyła brwi.
Słowo „nas” zadudniło jej w głowie. – Te wszystkie pomniejsze sprawy, które
trzeba załatwić. Te wszystkie przyzwyczajenia drugiej osoby, z których nawet
nie zdajesz sobie sprawy. Irytujące nawyki. Można odnieść wrażenie, że tak
naprawdę nawet się nie znacie. Więc kogo cieszyłem się zobaczyć po miesiącu na
walizkach? – Bartek mieszał osoby w zdaniach, raz dając do zrozumienia, że nie
mówi o niczym konkretnym, a raz sugerując, że dotyczy go to osobiście. Lena
rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, ale nic nie powiedziała. – I potem wyjeżdżasz
i ta osoba znowu wydaje się idealna. A ty wydajesz się idealny dla niej.
Dlaczego? W cztery oczy tak ciężko się nam rozmawia, już nawet razem się nie
śmiejemy, a potem wyjeżdżam i myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić.
Bo tęsknię za moją małą prywatną utopią, która przecież nie istnieje.
Bartek
kopnął leżący na drodze kamień i wzruszył ramionami: - To głupie – ciągnął. –
Ale właśnie teraz, kiedy z siatkówką jest źle, odczuwam to, jak wielką iluzją
jest dom, który sobie stworzyłem. Jak bardzo nie istnieje. Ledwie dwa
tygodnie temu wróciłem i było idealnie. A potem minęło kilka dni i cały
schemat się powtórzył. I chciałem tylko uciec. Gdziekolwiek, byle dalej.
Lena
zatrzymała się w pół kroku. Miała wrażenie, że stopy wrosły jej w ziemię. Kark
zesztywniał do tego stopnia, że kiedy zwróciła się w jego stronę, musiała wygiąć
głowę pod najmniej naturalnym kątem, jak przetrącony bohater kreskówki, którą
widziała kiedyś jako dziecko.
-
Co chcesz przez to powiedzieć? – Bartek również się zatrzymał i spojrzał w jej
kierunku. – To znaczy… Co to znaczy? – Lena zaczęła się gubić we własnych
słowach. - To znaczy, że ty kogoś masz?
Że wciąż jesteście razem?
Bartek
zawahał się, widząc jej spojrzenie: - Już od pewnego czasu przechodzimy kryzys…
Lena
podniosła do góry ręce. Nie mogła oderwać przerażonego wzroku od jego twarzy.
-
A więc jesteście.
Przez
chwilę panowała pomiędzy nimi cisza.
-
Co to było? – odezwała się wreszcie. – Co TO było? Po co? Jakiś pieprzony skok
w bok? Wakacyjna przygoda? Chcesz jej coś udowodnić?
-
To nie było planowane.
-
Ale to nie ma żadnego znaczenia. I co zamierzałeś zrobić? Skończyć swój pobyt
nad morzem i wrócić do siebie?
Milczał.
Lena opuściła ręce i odwróciła od niego głowę. Czuła jak uczucie paniki
wypełnia jej klatkę piersiową. W głowie powoli zaczynało szumieć. Miała ochotę
siąść gdzieś w samotności i po prostu wypłakać wszystkie emocje.
-
Kilkuletniego związku nie kończy się ot tak – powiedział wreszcie.
-
Zgadzam się. Dlatego nie rozumiem, co to miało kurwa być?
Bartek
zmarszczył brwi.
-
Nie miałem w planach wakacji w Trójmieście. Nie miałem w planach tego, żeby do
ciebie zadzwonić wtedy w Warnie. Niczego nie planowałem. W Ergo Arenie
wydawałaś się jak każda inna dziewczyna, która widzi tylko sławnego siatkarza i
myśli, że wszystko o nim wie. Po naszym pierwszym spotkaniu postanowiłem cię
odwiedzić, bo było mi zwyczajnie głupio. Nic więcej. Chciałem ulżyć swojemu
sumieniu. Chciałem sam sobie udowodnić, że to mnie nigdy nie zmieni, że wciąż
jestem takim samym człowiekiem jak wówczas, kiedy nikt mnie jeszcze nie znał. A
potem w Warnie… musiałem zrzucić z siebie ten ciężar, ale wiedziałem, czego się
spodziewać ze strony rodziny i przyjaciół i niedobrze mi się robiło na samą
myśl. W torbie walała się twoja książka, z twoim numerem telefonu, więc po
prostu zadzwoniłem. – Lena prychnęła. Z trudem powstrzymywała cisnące się do
oczu łzy. – A kiedy wróciłem do Polski, okazało się, że oboje z… No że
potrzebujemy trochę więcej czasu dla siebie. Żeby przemyśleć pewne sprawy.
Trójmiasto wpadło mi do głowy.
Lena
zacisnęła pięści.
-
A więc jestem dla ciebie przypadkiem i ostatecznością. Dzięki. Właśnie
wyniosłeś moje poczucie własnej wartości na kolejny poziom.
-
Staram się być z tobą szczery.
-
Jestem ci ogromnie wdzięczna.
-
Nie musisz zaraz popadać w sarkazmy.
-
Czy ty siebie słyszysz? – Lena wzruszyła ramionami i pokręciła głową. – Jak mam
reagować? Jestem człowiekiem, a nie walającym się po torbie numerem telefonu.
-
Jesteś kimś, do kogo mogę się zwrócić.
-
Nie jestem jakąś cholerną grupą wsparcia.
-
Źle mnie zrozumiałaś. To jest rodzaj pewnego zaufania… Bardziej chyba
podświadomego. Jakbym wiedział, że mogę na ciebie liczyć. W każdej sytuacji.
Cokolwiek by się nie działo.
-
Od tego jest właśnie grupa wsparcia. Albo przyjaciele – powiedziała cierpko
Lena. – Więc na cholerę były te ostatnie trzy dni? Po co to było? Dlaczego?
Na
jego czole pojawiła się podłużna zmarszczka.
-
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Przez
chwilę panowała pomiędzy nimi cisza. Nad ich głowami znowu zaczęły się zbierać
chmury.
-
I co zamierzasz? – zapytała wreszcie, wbijając wzrok w ziemię.
-
Jak mówiłem, kilkuletniego związku nie kończy się ot tak. – Bartek podrapał się
po głowie. – Zamierzałem wrócić do Wrocławia i zobaczyć, na czym stoję.
-
I pewnie gdyby się okazało, że stoisz na solidnym gruncie, to już byś tam
został. Czy tak?
-
Być może.
Jej
wzrok wystrzelił w jego kierunku. Zamachnęła się i uderzyła go w lewy policzek.
Najgorsza odpowiedź z możliwych. Jeszcze przez chwilę mierzyli się
spojrzeniami, po czym odwróciła się od niego i nie oglądając się za siebie, pomaszerowała
w stronę dworca. Nienawidziła kobiet, które rozbijają związki. Teraz
nienawidziła również siebie.
4.
Słońce
prażyło jeszcze uparcie, kiedy skręciła w boczną, ciasną uliczkę zastawioną
samochodami przeróżnej maści. Podłużne cienie rzucane przez szare budynki nie
dawały jednak żadnego schronienia przed skwarem. Miała wrażenie, że tonie we
własnej bluzce, a krótkie spodenki wydawały się kombinezonem opinającym całe
jej nogi. Przyspieszyła kroku, nieporadnie wymijając dziury w chodniku i co
jakiś czas wpadając na idących w przeciwną stronę ludzi. Skąd oni się tu
wzięli? Dlaczego szli tą zniszczoną i zapomnianą drogą? Dlaczego nie dawali od
siebie uciec?
-
Przepraszam – mruknęła niechętnie do staruszki, której przez przypadek
wytrąciła z rąk torebkę.
Nie
zwracała uwagi na jej pełne wyrzutu fuknięcia i demonstracyjne oburzenie tym,
że nawet się nie zatrzymała. Szła przed siebie, brnąć w chylącym się ku
zachodowi słońcu, pogrążona we własnych myślach, we własnej osobistej tragedii,
której nikt nie był w stanie zrozumieć. Którą nawet nie chciała się z nikim
dzielić, bo było jej wstyd. Przez ostatnie trzy dni udało jej się zapomnieć o
szarej i monotonnej rzeczywistości, którą uczyła się znosić, z którą próbowała
żyć jak najlepiej i która z każdym dniem wydawała się mniej przerażająca. I
która teraz, gwałtownie i bez ostrzeżenia, przystąpiła do kontrataku, zalewając
jej umysł myślami o przeciętności, bezosobowości, banalności i -ości wszelkiego
innego rodzaju. Które przecież już udało jej się zaakceptować. Kiedyś indziej.
Kiedyś wcześniej.
Skręciła
w kolejną uliczkę całkowicie pogrążoną już w cieniu i przystanęła przy zamkniętym
kiosku. Chciała kucnąć i schować twarz w dłoniach. Chciała zdławić narastającą
w środku panikę. Bo czuła jak rośnie z każdą sekundą. Prostą i prymitywną
panikę. Prawdziwą. Taką, która sprawia, że tracisz oddech, że czujesz jak serce
zaraz rozsadzi ci piersi, że boisz się wszystkiego i wszystkich, ale przede
wszystkim samego siebie. Widząc jednak jakiegoś mężczyznę wychodzącego z klatki
naprzeciwko, pospiesznie ruszyła dalej. Prosto, w prawo, w lewo, prosto. Byle
dalej. Gdziekolwiek. Kąciki jej ust drgały niebezpiecznie, ale nie pozwoliła
ani jednej łzie spłynąć po rozpalonych słońcem policzkach. Nie będzie się
mazgaić publicznie.
Zatrzymała
się dopiero przed małym, prostokątnym budynkiem, z którego chwiejnym krokiem
wyszło dwóch mężczyzn zanoszących się dzikim śmiechem. Lena weszła nieśmiało do
środka po kamiennych schodach. Uderzył ją zapach alkoholu i dźwięk półgłośnej
muzyki i stukającego szkła. Chmura dymu papierosowego unosiła się w powietrzu.
Rozejrzała się niepewnie po zatłoczonych stolikach. Jak z oddali dochodziły do
niej strzępki głośnych rozmów, które wieńczył zazwyczaj wybuch śmiechu.
Podeszła do baru i zajęła wolne miejsce w kącie, chowając się przed innymi.
Miała nadzieję, że nikt jej tu nie zauważy, że pozwolą jej tu posiedzieć w samotności,
że będzie mogła schować twarz w dłoniach i nikt jej nie zasypie gradem pytań i
protekcjonalnych spojrzeń.
-
Co podać? – zapytał barman, pochylając się nad drewnianym blatem.
Lena
wbiła wzrok w stojącą obok szklankę i zacisnęła usta.
-
Nie wiem. Piwo – rzuciła niechętnie.
Barman
spojrzał na nią z ukosa.
-
Mogę zobaczyć dowód?
Rzuciła
mu ostre spojrzenie. Serio? W wieku dwudziestu trzech lat wciąż wygląda jak
ledwie odrośnięty od ziemi szczyl? Może jeszcze niech zacznie mówić do niej z
pobłażaniem, jak starszy brat, który wie przecież więcej o życiu.
-
Poważnie?
-
Tak, proszę.
Wyjęła
z torby portfel i podała mu dowód. Przyjrzał mu się uważnie, dwukrotnie coś
sprawdzając i z niechęcią oddał go jej z powrotem.
-
To co, piwo?
-
Nie. Proszę mi dać coś mocnego.
Szybko
odwróciła od niego wzrok, widząc jak jego brwi unoszą się do góry.
-
Coś mocnego? – powtórzył niepewnie.
-
Tak, coś mocnego.
Wychyliła kieliszek, nie pytając nawet o jego zawartość. Gardło zapiekło ją
wściekle, kiedy tylko przełknęła zimny płyn. Zacisnęła łzawiące oczy, ale
pomimo bólu, czuła dziwną ulgę. Jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Zupełnie
jakby już pomogło. Zupełnie jakby ten ból sprawiał jej przyjemność. Szybko
zamówiła jeszcze raz to samo. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz, i jeszcze
raz. A potem straciła rachubę i zapomniała, że boli ją serce i najchętniej
przestałaby istnieć.
5.
Świat
zdawał się kopią innej rzeczywistości wyjętej wprost ze sztuki absurdu;
dramatu, którego logiczny przekaz jest sprawą drugorzędną. Wszystko poruszało
się w naelektryzowanej abstrakcją przestrzeni słów i gestów. Komunikacji
pozbawionej jakiegokolwiek sensu. Ludzie unosili się nad chodnikami pogrążeni w
chmurach cudzych oczekiwań. Sama również miała wrażenie, że nie stawia stóp na
twardym i stabilnym podłożu, ale kroczy pokładem statku kołysanego na boki
przez wzburzone fale. Nie wiedziała dokąd zmierza i gdzie znajdzie swą
przystań. Każda latarnia uliczna zdawała się być kolejną latarnią morską
wskazującą jej drogę. A kiedy dotarła do oświetlonego dziesiątkami świateł
dużego budynku, wiedziała, że dopłynęła do portu. Z trudem wspięła się po
schodach, po czym zawisła nad drzwiami z numerem czterdzieści dwa. Uniosła
niepewnie dłoń, zupełnie jakby zapomniała do czego służy. Patrzyła na nią przez
chwilę, zaginając to znów prostując każdego palca. Zachwiała się niebezpiecznie
i automatycznie chwyciła za klamkę. Drzwi nagle się otworzyły i o mało nie
wpadła do środka, lądując na twarzy. Z pogrążonego w ciemności pokoju wyszedł
Bartek, nakładając na siebie rozciągnięty t-shirt.
-
Lena… - zaczął, ale urwał napotkawszy jej nieobecne spojrzenie.
-
Czy wiesz, że słonie mruczą – powiedziała udawanym szeptem, przystępując z nogi
na nogę. – Zupełnie jak koty – dodała po chwili i, nie słysząc odzewu, wydała z
siebie coś, co najprawdopodobniej miało przypominać mruknięcie. – I podobno… -
zaczęła znowu, ale urwała, marszcząc brwi, jakby próbowała sobie coś
przypomnieć. – Podobno… podobno bajka o Śpiącej Królewnie to jedna wielka
ściema. – Spojrzała na niego, a jej oczy rozszerzyły się nienaturalnie. –
Podobno książę wcale nie obudził jej pocałunkiem. Książę ją zgwałcił –
wystawiła w jego stronę palec wskazujący, zupełnie jakby oskarżała go o
popełnienie tego niecnego czynu. – On ją zgwałcił – powtórzyła i znowu
zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. – On ją zgwałcił i obudziła
się dopiero, kiedy jedno z jej dzieci possało jej palca.
Zamilkła
z palcem oskarżycielsko wykrzywionym w jego stronę. Przez chwilę nie wiedział,
jak zareagować, więc złapał ją po prostu za podniesioną dłoń. Wyrwała ją
gwałtownie, mrużąc oczy i robiąc chwiejny krok w tył.
-
Weźźź – powiedziała nieprzytomnie, dziwnie przeciągając sylaby.
Bartek
patrzył na nią przez chwilę w osłupieniu.
-
Piłaś? – zapytał w końcu. Na jego ustach zaigrał lekko zniesmaczony wyraz.
Lena
spojrzała na niego, jak na idiotę i prychnęła głośno: - Proszę cię. Ja nigdy
nie piję.
-
To widać.
Oparła
się dłonią o framugę drzwi, żeby zachować równowagę i rzuciła mu wyzywające
spojrzenie.
-
No co, no co – odrzekła zaczepnie, ale zabrzmiało to bardziej jak przeciągłe „noso
noso”. – Może trochę wypiłam. Przestańcie mnie wszyscy traktować jak smarkacza.
– Z pokoju naprzeciwko wyszła jakaś para i obrzuciła ich dwoje zdegustowanym
spojrzeniem. – Albo w sumie – kontynuowała Lena, nie zdając sobie sprawy z
widowni – już wolę być smarkaczem niż kompletną idiotką. – Zarechotała pod
nosem i oparła rozpalone czoło o bukową framugę. – Trochę kicha, bo idiotką już
jestem.
Bartek
złapał ją za rękę i wciągnął do pokoju, zamykając drzwi przed ciekawskimi
spojrzeniami.
-
Usiądź – nakazał, prowadząc ją do niewielkiej kanapy.
-
Nie siądę – zaparła się. – Będę stać.
Przez
chwilę mierzył ją niecierpliwym spojrzeniem, po czym wypuścił jej rękę z
uścisku.
-
Jak chcesz.
Lena
obróciła się wokół własnej osi, wpatrując uważnie w beżowy żyrandol zawieszony
na suficie. Przy drugim obrocie, straciła równowagę i potykając się o własne
nogi, klapnęła tyłkiem o podłogę.
-
Będę siedzieć – odrzekła po chwili stanowczo i odgarnęła z twarzy włosy. –
Chciałam usiąść – dodała, akcentując mocno pierwsze słowo.
Bartek
wsadził ręce do kieszeni i oparł się o stolik stojący pod ścianą. Jego twarz
zastygła, maskując wszelkie emocje. Wyglądał jak jeden z tych nagich posągów
wyżłobionych w marmurze przez dawno już zmarłych artystów. Lena zarechotała
głupawo, po czym usiadła wygodniej, opierając się plecami o nogę łóżka.
Zamknęła na chwilę oczy, aby uspokoić wirujący jej przed oczami świat, ale
kiedy ponownie je otworzyła, wszystko kołysało się tak samo. Podłoga falowała,
uwypuklając się, to znów opadając tuż przed jej nosem. Ściany zbliżały się do
niej, by po chwili wrócić na swoje miejsce, niczym rozprężające się przy
oddechu płuca. Nawet stolik, wspierający postawną figurę Bartka, zdawał się
płynąć na fali wzburzonych paneli.
-
Niedobrze mi – stęknęła, zakrywając usta dłonią.
Poczuła,
jak Bartek nachyla się nad nią i chwyta ją pod ramiona. Zignorował jej
półgłośne zdławione protesty i posadził na krawędzi łóżka, odgarniając z twarzy
skołtunione włosy. Nachyliła się do przodu, chowając głowę między kolanami.
Miała wrażenie, że cała zawartość żołądka zaraz zaatakuje jej przełyk. Dziwnie
metaliczny posmak w ustach tylko wzmagał dławiące uczucie. Wypuściła głośno
powietrze.
-
Przepraszam – powiedział cicho, kucając przy niej. – Przepraszam.
Zamachała
przed sobą rękami w daremnych próbach odepchnięcia go od siebie. Nagle dotarło
do niej, że cała ta abstrakcja dzieje się naprawdę. Że przyszła tu z własnej,
nieprzymuszonej woli. Nie pamiętała nawet, w jaki sposób tu dotarła, jak udało
jej się nie wpaść pod koła pociągu i dlaczego nikt nie powstrzymał jej
chwiejącej się na boki osoby w hotelowym lobby. W jaki sposób świadomość
pokierowała jej krokami aż do drzwi tego pokoju. Dlaczego, na miłość boską.
-
Nie… - zaczęła, ale przerwała w pół słowa.
-
Lena…
-
Muszę wyjść – odezwała się słabym głosem, czując wzbierający w gardle płacz.
Oczy zeszkliły się niebezpiecznie, więc zamknęła je gwałtowanie. Ze złością.
-
Przepraszam – powtórzył raz jeszcze, jakby to miało cokolwiek zmienić.
-
Daj mi wyjść, proszę.
Chwycił
ją za dłonie i przytrzymał w pozycji siedzącej.
-
Naprawdę i szczerze. To nie tak miało wyglądać.
Wyrwała
dłonie z jego uścisku z zamiarem podniesienia się do pozycji stojącej, ale
ledwie uniosła głowę, cały świat gwałtownie zawirował.
-
Przestań – wydusiła z siebie, odwracając od niego spojrzenie.
-
I chcę być z tobą szczery: nie wiem, co teraz będzie.
-
Proszę cię, przestań.
Przez
chwilę nic nie mówił i Lena już miała nadzieję, że pozwoli jej wstać, wyjść i
już nie wracać. – Nie – powiedział w końcu, zacieśniając swój uścisk. – Nie
przestanę. Nie będę cicho. Chcę żebyś wiedziała.
-
Że co? – warknęła. – Że jestem na tyle głupia, żeby uwierzyć w bajki?
-
Że to miało wyglądać inaczej.
Odwróciła
od niego głowę, coraz mocniej zaciskając powieki. Jej głowa kiwała się na boki,
nie mogąc złapać równowagi, a w kącikach oczu zalśniły łzy. Wyszarpnęła ręce.
-
Wszystko rozpieprzyłeś – powiedziała cicho, podciągając pod brodę kolana i
chowając twarz w poduszce. – Wszystko.
-
Lena…
-
Pogodziłam się z tym, że będę żyć za murem więzienia, które sama sobie
zbudowałam. Pogodziłam się z tym, że nie jestem odważna, że nie jestem
wyjątkowa. A przeciętność przestała mnie przerażać. Samotność przestała mnie
przerażać. Dlaczego musiałeś to wszystko rozpieprzyć? – warknęła do poduszki,
zaciskając piekące oczy. Po czerwonych policzkach popłynęły łzy.
Nagle
poczuła dotyk na swoich skołtunionych włosach, delikatny i niepewny niczym dotyk
dziecka. Zacisnęła mocniej pięści, czując jak wściekłość wzbiera w niej z jeszcze
większą mocą. Szum w uszach narastał, a złote plamki pod zaciśniętymi powiekami
rzuciły się w wir dzikiego tańca.
-
Nie masz prawa tego robić – rzuciła, zaciskając dłonie na poduszce. – Nie masz
prawa mówić mi teraz, że wszystko będzie dobrze. – Jego dotyk nie ustawał.
Złożył na jej głowie krótki pocałunek i objął ramionami. – Nie masz prawa... –
I chociaż wbrew sobie czuła się bezpiecznie, słysząc bicie jego serca, pragnęła
tylko, aby znalazł się jak najdalej stąd. - Żałuję, że się w ogóle poznaliśmy –
dodała jeszcze, chociaż wcale w to nie wierzyła.
Raptem
świat znowu zaczął tracić rzeczywisty kształt, a sytuacja zyskała status
abstrakcji. Znowu miała ochotę śmiać się głupkowato z zasłyszanych kiedyś
żartów. A potem wszystko pogrążyło się w ciemności i straciła przytomność.
6.
Ocknęła
się dopiero, kiedy na horyzoncie zaczęło nieśmiało świtać. Ciężkie ołowiane
chmury wisiały nad Sopotem, pryskając co jakiś czas chłodnym kapuśniaczkiem.
Stukot kropel o szeroki parapet potęgował tylko łupanie w jej głowie. Oczy
dziwnie ją bolały, zupełnie jakby wgapiała się w monitor przez co najmniej
dobę. Podniosła się sztywno do pozycji siedzącej i rozejrzała nieprzytomnie po
pokoju. Był pusty. Całkiem pusty. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć,
gdzie się dokładnie znajduje. Oblizała spiechrznięte wargi i spuściła nogi na
podłogę. Świadomość przyszła nagle i wymierzyła jej siarczystego policzka. Jej
głowa gwałtownie wystrzeliła w górę. Oczy uważnie przeskanowały pokój.
-
Bartek? – jej głos zaskrzeczał żałośnie, ale powtórzyła jego imię jeszcze
dwukrotnie, zanim zdała sobie sprawę, że jest sama.
Dźwignęła
się do pozycji pionowej i ledwie trzymając równowagę, podeszła do stolika
stojącego pod ścianą. Drobiazgi, które leżały tam przez ostatnie trzy dni,
poznikały. Odwróciła się raptownie w stronę łóżka, w nogach którego powinna
leżeć walizka, ale tam również ziało pustkami. Nagle zrobiło jej się duszno.
Kucnęła przy stoliku i chwyciła się mocno oparcia krzesła. Podjął decyzję.
Wyjechał. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Już nawet nie próbowała
powstrzymać łez.
Osobo, która
skomentowała poprzedni rozdział, kimkolwiek jesteś, kocham cię! Jeśli
ktokolwiek jeszcze to czyta, odzywajcie się czasem. Nawet parę słów to naprawdę
balsam na serce! :)
Nowe rozdziały
postaram się dodawać w każdą niedzielę lub poniedziałek. Połowa już za nami!
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |