|
1.14.
niedziela, 2 marca 2014 10:29
Rozdział XIII
28.09.2013
Kocham naszą
przeciętność ponad wszystkie nieprzeciętności tego świata. Kocham te przeciętne
durne żarty, te przeciętne długie rozmowy na zupełnie przeciętne tematy. Pewnie
nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo się od tej przeciętności
uzależniłem. I jak bardzo ta przeciętność jest dla mnie ważna. Jak
nieprzeciętnie wyjątkowa.
1.
-
…Wszystkie wyjścia awaryjne są zaznaczone
właściwymi znakami <exit>. Samolot posiada osiem wyjść awaryjnych. Dwa
przez drzwi w przedniej części samolotu. Cztery wyjścia awaryjne przez drzwi w
części środkowej oraz dwa w ostatniej części samolotu. Podświetlana ścieżka w
podłodze pozwoli państwu odnaleźć drogę do wyjścia. Jeżeli ciśnienie w
samolocie spadnie, maski tlenowe spadną z paneli…
Lena wyjrzała przez okno na pogrążony we mgle krajobraz i mocniej
zacisnęła splecione ręce. Czuła się kompletnie wypruta z energii. Jedyne loty
do Sofii, jakie udało jej się znaleźć, były oczywiście z Warszawy, więc całą
noc spędziła w zatłoczonym przedziale pociągu, by potem spędzić kolejnych sześć
godzin na lotnisku w oczekiwaniu na swój samolot. Głowa kołysała jej się
niebezpiecznie na boki, kiedy próbowała skupić uwagę na słowach wydobywających
się z małych głośniczków. Ton głosu stewardessy był na swój sposób usypiający i
Lena marzyła tylko o tym, żeby wreszcie znaleźć się w powietrzu. Żeby móc
zamknąć oczy i zdrzemnąć się choć przez te (prawie) trzy godziny.
- Życzymy miłej podróży – zaćwierkotał jeszcze głos
stewardessy, po czym jej uszy wypełnił szum rozmów, chowania pakunków w
odpowiednie miejsca i pracy silnika, który czekał w gotowości na start.
Lena nie wiedziała nawet, czego się spodziewać po dotarciu na
miejsce. Kiedy oznajmiła Bartkowi, że jednak przyjedzie i zaczęła czerpać z
tego wreszcie trochę radości, która nieśmiało przebijała się przez góry strachu,
Bartek zaczął nalegać, żeby przyleciała jeszcze wcześniej. Bilety na półfinały
już przecież na nią czekały i skoro i tak przyjeżdża, to on nie widzi
przeszkód, żeby zrobiła to dzień wcześniej. Na nic zdały się tłumaczenia, że
przecież w piątek musi pracować, a nie stać jej na wynajem prywatnego
odrzutowca, który byłby w stanie dowieźć ją na miejsce na czas. Miała wrażenie,
że rzuca grochem o ścianę i ich ostatnia rozmowa zakończyła się serią mruknięć
i burknięć, i posykiwań. Następnego dnia rano żadne z nich nie poczuwało się do
wykręcenia numeru drugiej osoby, bo to by świadczyło o swoistym przyznaniu się
do błędu. Tuż przed odprawą Lena wysłała mu jednak krótkiego SMS-a, w którym
zagrzewała do walki z Rosją. Nie doczekała się odpowiedzi
Stewardessa przemknęła wąskim przejściem między rzędami,
klikając czymś zawzięcie w dłoni. Lena zamknęła piekące zmęczeniem oczy i po
chwili poczuła, jak samolot rusza powoli na pas startowy, następnie zwiększa
gwałtownie prędkość, by wreszcie unieść się w górę. Poczuła jeszcze dobrze
znaną nieważkość w żołądku, a potem pozwoliła wszystkim swoim zmartwieniom
ulecieć gdzieś w przestrzeń i zasnęła.
2.
Słońce
chyliło się już ku zachodowi, kiedy udało jej się dotrzeć do hotelu, w którym
przebywała reprezentacja Polski. Nie wiedziała, czy mecz się skończył czy
ciągle jeszcze trwał. Nie miała pojęcia, jaki był wynik. I doprowadzało ją to
do szewskiej pasji. Krążyła po obrzeżach znajdującego się opodal parku pod
czujnym okiem ochroniarza, który uparcie stał za przeszklonymi drzwiami,
mierząc ją podejrzliwym spojrzeniem. Starała się nie patrzeć w jego kierunku,
żeby nie stracić resztek odwagi, dzięki której udało jej się w ogóle przebrnąć
przez ten skrawek miasta, jaki dzielił ją hotelu, i nie uciec w bezpieczne
cztery kąty swojego pokoju. Doszedłszy na róg ulicy, wyciągnęła z kieszeni
komórkę i spojrzała na wyświetlacz. Zero nowych wiadomości, zero nieodebranych
połączeń. Zmarzniętymi palcami już tworzyła wiadomość, kiedy na skrzyżowaniu
nagle zatrzymał się olbrzymi autokar, oświetlając jej drobną sylwetkę
przesadnie jasnymi światłami.
Lena
przystąpiła z nogi na nogę i z nadzieję zaczęła wypatrywać twarzy schowanych za
ciemnymi szybami autokaru. Bezskutecznie. Autokar ponownie ruszył, zakręcił tuż
przed jej nosem i podjechał parę metrów pod oświetlone drzwi hotelu, z którego
natychmiast wypadł ochroniarz. Lena zacisnęła ręce i wsadziła je do kieszeni,
bo czuła jak powoli znowu zaczynają drżeć. Czuła na szyi smycz z uporem
zaciskaną przez jej własnego wewnętrznego tchórza, kiedy niepewnie przecinała
ulicę. Z autokaru wysypało się tuzin wysokich, ubranych w dresy mężczyzn ze
wzrokiem wbitym w ziemię albo utkwionym w jakimś nieokreślonym punkcie. Bartek
wyszedł jako jeden z ostatnich, zsuwając z głowy olbrzymie słuchawki. Brwi miał
ściągnięte, jakby usilnie nad czymś myślał. Usta zaciśnięte w wąską linijkę, a
oczy kompletnie nieobecne. Nawet nie musiała pytać. Nie wygrali.
Zrobiła
krok do przodu i nagle poczuła, jak ktoś łapię ją gwałtownie za ramię.
Odwróciła się z przerażeniem do tyłu i stanęła twarzą w twarz z surową twarzą
ochroniarza, marszczącego groźnie krzaczaste brwi. A w zasadzie jedną brew.
Powiedział coś do niej po bułgarsku i wskazał głową opuszczony przystanek autobusowy po drugiej
stronie ulicy.
-
Nie rozumiem – odpowiedziała po angielsku, starając się wyrwać rękę z uścisku.
-
Proszę stąd iść – powtórzył łamaną angielszczyzną. – To nie miejsce na
autografy.
-
Ale…
-
Proszę stąd iść.
-
Ja tylko…
Ochroniarz
burknął coś pod nosem i zacisnął niecierpliwie usta. Puścił jej ramię i
popchnął delikatnie w stronę ulicy, zupełnie jakby chciał się opędzić od
jakiegoś bezdomnego.
-
Nic pan nie rozumie…
Ochroniarz
powiedział coś podniesionym głosem. Kilka par oczu zwróciło się w ich stronę.
Policzki Leny stanęły w płomieniach.
-
Ok. W porządku. Idę.
Założył
sobie ręce na piersiach i uniósł podwójny podbródek w oczekiwaniu.
-
Palant – mruknęła pod nosem, odwracając się do niego plecami.
Bartek
zniknął za przeszkolonymi drzwiami hotelu razem z resztą drużyny. Warkot silnika
znowu wypełnił pustą ulicę, po czym autokar ruszył do przodu i znowu zniknął za
rogiem ulicy. Lena wyciągnęła z kieszeni telefon i szybko wystukała numer.
-
Halo – burknął w słuchawce głos Bartka.
-
Macie cholernie nieprzyjemnego ochroniarza – fuknęła do słuchawki, czując na
plecach jego poszturchiwania.
3.
-
Tylko błagam nie mów, że wszystko będzie dobrze – powiedział, kiedy tylko
znalazł się pod hotelem.
-
Nie zamierzam – opowiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste i wziąwszy go
pod rękę, poprowadziła w stronę pogrążonego w ciemnościach parku.
Szli
przez kilka minut pogrążeni w milczeniu. Bartek co jakiś czas spoglądał na nią z
ukosa.
-
Tak naprawdę to miałem nadzieję, że jednak to powiesz – wyrzucił wreszcie z
siebie.
Lena
uśmiechnęła się pod nosem.
-
Ale z ciebie baba.
-
Dzięki.
-
Nie to miałam na myśli – żachnęła się, widząc jak sznuruje z zacięciem usta. – Nie
bocz się. Przepraszam.
Wzruszył
tylko ramionami i utkwił spojrzenie w bliżej nieokreślonym punkcie. Lena z
westchnieniem przyłożyła głowę do jego ramienia i przymknęła oczy.
-
Nie będzie dobrze – powiedziała, kiedy minęli jakiegoś bezdomnego rozwalonego
ze wszystkimi swoimi klamotami na pordzewiałej ławeczce. – Będzie świetnie.
Rozwalicie Bułgarów w trzech setach. Zobaczysz.
-
Tego już mogłaś nie mówić. Teraz się będę stresował, że nie sprostam
oczekiwaniom.
-
Dasz radę, olbrzymie.
-
Coś mam wrażenie, że twoje podejście nie jest obiektywne. Krasnalu.
Lena
rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu: - Och, już ty się nie martw. Jest jak
najbardziej obiektywne.
Znowu
zapadła cisza. Lena ze zdziwieniem patrzyła na kolejnego bezdomnego, który
zajmował ławkę pod wielkim bukiem, obserwując ich spod ogromnych krzaczastych
brwi.
-
Na początku października wyjeżdżam do Włoch – odezwał się Bartek.
-
Wiem. Nawet nie masz pojęcia, jak ci tego…
-
Chcesz wyjechać ze mną? – przerwał jej.
Lena
poczuła, jak sztywnieją jej wszystkie mięśnie twarzy, w rezultacie czego na
ustach zastygł głupawy uśmiech.
-
Słucham? – zdołała tylko wykrztusić.
-
Czy chcesz wyjechać ze mną? Do Włoch.
Lena
odchrząknęła.
-
No wiesz… Bartek…
-
Jeśli nie chcesz, to po prostu powiedz. Nie obrażę się, obiecuję.
-
Nie… To znaczy… To nie tak… - Lena zatrzymała się i wzięła głęboki oddech.
Czuła, że plącze się we własnych myślach. – Co ja tam będę robić?
Bartek
spojrzał na nią i zmarszczył lekko brwi: - Żyć. Ze mną.
-
Nie, nie rozumiesz. Ja tam nie mam kontraktu. Nie znam języka.
-
Pomogę ci.
-
Nie chcę, żebyś mi załatwiał robotę na siłę. To nie byłoby… w porządku.
Bartek
wzruszył ramionami i schował ręce do kieszeni.
-
Nie musisz pracować – powiedział. – A jeśli będzie ci z tym źle – dodał, widząc
jej spojrzenie – i niczego nie będziesz mogła znaleźć, zawsze możesz wrócić do
Polski. To nie jest oferta wiążąca na wieczność, wiesz?
-
Mam mieszkać u Ciebie na garnuszku?
Bartek
znowu wzruszył ramionami.
-
Przecież to nie przestępstwo. – Lena gwałtownie potrząsnęła głową. – Dlaczego
tak bardzo nie chcesz dać sobie pomóc?
-
Nie chcę być od kogoś uzależniona. Nie chcę robić kroku w tył.
-
Nie będziesz uzależniona
-
Jak inaczej nazwiesz całkowitą zależność finansową? Będziesz mnie mógł wyrzucić
z mieszkania, jeśli tylko przyjdzie ci na to ochota…
-
Przecież dobrze wiesz, że nigdy bym tego nie zrobił.
-
Ludzie się zmieniają. Robią rzeczy, które wcześniej nigdy by im nawet do głowy
nie przyszły…
Bartek
podniósł do góry dłonie: - Co ty zakładasz? Że ja się nagle zamienię w jakiegoś
damskiego boksera?
-
Oczywiście, że nie.
-
No to, o co chodzi?
Lena
przystąpiła z nogi na nogę i rzuciła mu nerwowe spojrzenie: - Nie chcę myśleć o
tym, co będzie. Nie chcę niczego planować. Jutro równie dobrze może nas już nie
być. Nie możemy po prostu cieszyć się tym, co jest tu i teraz?
Ich
spojrzenia się spotkały. Lena czuła, jak w gardle wzbiera jakaś wielka fala,
która lada chwila mogła się rozbić o brzeg, zalewając jej twarz lawiną łez. „Tylko
się teraz nie porycz” skarciła się w duchu i zacisnęła zęby. „Nie waż się teraz
ryczeć.”
-
Bartek, ja… - „mogę być chora” dokończyła w myślach, a widząc jego zdziwione
spojrzenie, dodała tylko: - Ja… - i ponownie zamilkła.
-
Ty…?
-
Jestem padnięta – powiedziała wreszcie. – Chyba wrócę do siebie.
Bartek
objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Słyszała wyraźnie bicie jego serca
i czuła, jak panika stopniowo ustępuję.
-
Przepraszam za te smęty – dodała półgębkiem, przyciskając twarz do jego klatki
piersiowej. – Kiepski dzisiaj ze mnie towarzysz, co?
Bartek
zaśmiał się pod nosem: - Nie zamieniłbym go na tuzin innych.
4.
-
Mało masz tu miejsca – powiedział, kiedy znalazł się w niewielkim hotelowym
pokoju i od razu wpadł na torbę.
-
Jest łóżko, jest łazienka, jest spoko – odpowiedziała, posyłając mu szeroki
uśmiech. Bartek zrobił kolejny krok i wpadł na malutki stolik stojący tuż przy
ścianie. – Może lepiej usiądź zanim narobisz szkód.
Usiadł
posłusznie na brzegu łóżka i usiłował rozprostować nogi, ale napotkał opór w
postaci ściany.
-
Naprawdę nie jest ci tu za ciasno?
-
Na dwa dni? Żeby się wyspać i umyć? – Lena spojrzała na niego, unosząc brwi. –
Nie?
-
Jeśli ciężko ci było coś znaleźć, mogłaś powiedzieć.
-
Daj spokój.
-
Mówię poważnie.
-
Ja też.
Lena
wygrzebała z torby ładowarkę do komórki.
-
Jutro po śniadaniu idę zwiedzać – powiedziała, podłączając ją do prądu. – No
co? – zapytała, widząc jego spojrzenie. – Nie macie jakiegoś treningu jeszcze
przed meczem?
-
No mamy.
-
No właśnie.
-
Ale miałem nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Lena
siadła obok niego i wzięła go za rękę.
-
Skarbie, nie chcę cię zranić – zaczęła poważnie, a usta Bartka wygięły się w
ironicznym uśmiechu – ale skoro już jestem w obcym kraju, chciałabym jednak
zobaczyć coś więcej niż wnętrze hotelu i hali sportowej.
-
A ja?
-
Ty jesteś częścią hali sportowej.
-
Skarbie, ja też nie chcę cię zranić – powiedział tym samym tonem, utkwiwszy
wcześniej wzrok w podłodze – ale bardzo włochaty pająk wije sobie gniazdko w
okolicy twojej stopy.
Lena
z krzykiem przerażenia podciągnęła nogi i zaczęła gorączkowo je otrzepywać.
Pająk spadł i szybko zniknął pod nocnym stolikiem. Trzymając się kurczowo za
stopy, położyła się na łóżku. Wielki. Czarny. Włochaty. Poczuła jak dreszcze
przebiegają jej wzdłuż kręgosłupa. Nie było to bynajmniej przyjemne uczucie. Po
chwili w pokoju rozległ się chichot Bartka. Lena spojrzała na niego z wyrzutem.
-
Rzeczywiście, jest spoko – zarechotał, gramoląc się na łóżko obok niej.
-
Boję się pająków – powiedziała, przyciskając do twarzy zaciśnięte pięści. –
Tych tłustych. I włochatych.
-
A te szczupłe i łyse są w porządku?
-
Te szczupłe i łyse są spoko.
Bartek
oparł głowę na zgiętej w łokciu ręce i przyjrzał jej się z rozbawieniem.
-
Ten był tłusty i włochaty – powiedziała. – Prawda?
Pokręcił
przecząco głową.
-
Taki tam mały knypek na cienkich nóżkach.
-
Kłamiesz – zasłoniła pięściami oczy. – Ja wcale nie jestem takim siusiu
majtkiem, jak się wydaje.
-
Pewnie.
-
Mówię poważnie. W domu nazywają mnie terminatorem. Neutralizuję insekty.
Bartek
uśmiechnął się i odgarnął z jej czoła włosy.
-
Oprócz pająków.
-
Tych tłustych i włochatych – zaznaczyła.
Ich
spojrzenia się spotkały. Patrzyli na siebie przez kilka chwil, po czym oboje
wybuchli śmiechem. Nagle komórka Leny zaczęła tańczyć na wąskim stoliku przy
ścianie. Niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej, sięgnęła po telefon i
spojrzała na wyświetlacz. „No tak” pomyślała z przekąsem „pora na sprawozdanie
z dnia”.
-
Część, mamo – rzuciła do słuchawki. Bartek posłał jej znaczące spojrzenie i
siadł obok niej, wwiercając w nią swój wzrok. Machnęła niecierpliwie ręką, żeby
przestał.
-
Nie mogłam wytrzymać – powiedziała szybko mama. Jej podniesiony głos
zadźwięczał jej w uchu.
-
Słucham?
-
Nie mogłam wytrzymać. Odebrałam twoje wyniki.
Lena
poczuła jak jej serce rzuca się w szaleńczy bieg. Posłała Bartkowi płochliwe
spojrzenie, po czym odsunęła się na sam koniec łóżka. Była pewna, że wyraźnie
słyszał obie strony tej rozmowy. Czy tego chciał czy nie. I bez względu na to,
jak daleko by się nie odsunęła.
-
No i? – wykrztusiła wreszcie.
-
Nic nie znaleźli! Nie znaleźli komórek nowotworowych. – Lena oparła głowę o
lewą dłoń i zamknęła na moment oczy. – Dali ci co prawda skierowanie na
konsultacje u onkologa, ale to czysta formalność. – Wzięła głęboki oddech, po
czym powoli wypuściła powietrze. Serce dudniło. W głowie dudniło. Nawet pod
powiekami coś wybijało rytm. – Lena, słyszysz?
-
T-tak.
-
Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę! – pisnęła jeszcze do słuchawki mama,
po czym życząc jej bardzo wylewnie udanych meczów, rozłączyła się.
Lena
siedziała przez chwilę bez ruchu z telefonem przytkniętym do ucha, wpatrując
się w swoje skarpetki. Wiedziała, ale nie wierzyła. Usłyszała, ale nie przyjęła
jeszcze do wiadomości. Na jej twarzy zastygł przedziwny grymas, jakby nie mogła
się zdecydować, czy wybuchnąć śmiechem czy płaczem.
Ciche
chrząknięcie przypomniało jej, że nie jest w pokoju sama. Rzuciła Bartkowi przez
ramię wystraszone spojrzenie. Z jego miny nie wynikało nic dobrego.
-
Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał niskim głosem, wyraźnie starając się
zachować spokój.
Lena
potrząsnęła przecząco głową.
-
W porządku. W takim razie zmodyfikuję trochę moje pytanie. Jaki kurwa nowotwór?
Nie
była w stanie wypluć z siebie nawet jednego słowa, więc wzruszyła tylko
ramionami. To rozjuszyło Bartka jeszcze bardziej. Zerwał się na równe nogi i
natychmiast wpadł na torbę, o mało nie wywijając w powietrzu salta. Kopnął drewniane
drzwi pokoju z całej siły. Lena miała wrażenie, że zaraz wypadną z zawiasów.
-
Jak mogłaś mi nie powiedzieć? – sapnął, opierając się rękami o ścianę. – Jak mogłaś, Lena.
-
Nie chciałam… - zaczęła, ale przerwał jej niecierpliwie.
-
Tak, wiem. Twoja niezależność. Twoja samodzielność. Jeszcze nie daj Boże
zacząłbym cię wspierać.
W jej oczach zaczęły wzbierać łzy. Zacisnęła zęby i chwyciła się kolan, z całych
sił wpijając paznokcie w skórę.
-
Nie żyjesz w odosobnieniu, Lena! – krzyknął i odwrócił się w jej kierunku. Jego
policzki płonęły żywym ogniem. – To nie jest TYLKO twoje życie. Czy ty wiesz…
Czy ty zdajesz sobie sprawę… - Uderzył pięścią w stojący przed nią stolik.
-
Nie chciałam ci zwalać na głowę własnych problemów – powiedziała przez
ściśnięte gardło. – Nie teraz.
Patrzyła
mu prosto w roziskrzone oczy. Przez chwilę miała wrażenie, że się odwróci i wymaszeruje z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi, ale nagle załapał ją za brodę i przyciągnął jej
twarz do swojej. Ich usta złączyły się w gwałtownym pocałunku. Chwyciła się
kurczowo jego ramion, żeby utrzymać równowagę. Miała wrażenie, że zaraz
zabraknie jej tchu, kiedy oderwał się od niej i sapnął prosto w twarz:
-
Nigdy więcej tego nie rób. Jesteś dla mnie jak narkotyk. Nie potrafię już bez
ciebie żyć. Nie potrafię.
Lena
pogłaskała go po szorstkim policzku. Ich nosy praktycznie się stykały.
-
Nie musisz - wychrypiała. - Przecież nie musisz.
Przepraszam. Nie
chciałam zniknąć na tak długo.
W przyszłym
tygodniu dodam ostatni rozdział, jest już praktycznie gotowy, wymaga tylko
kilku poprawek. A jeśli idzie o zakończenie – odsyłam do prologu. Wiem, że wydaje się, jakby wszystko zmierzało w kierunku szczęśliwego zakończenia, ale ja w takich niestety nie gustuję :D
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |