|
1.16.
piątek, 11 kwietnia 2014 12:13
Epilog
Masz czasem
wrażenie, że wszystko jeszcze przed tobą? Że wszystko możesz zacząć od jutra?
Nie poddawaj się mu. Nikt nie gwarantuje, że jutro nadejdzie.
Przez
chwilę patrzyła jeszcze na niego nieprzytomnym wzrokiem i po chwili zgasła mu w
ramionach.
-
Pomocy! – wrzasnął raz jeszcze i poczuł jak ktoś łapie go za ramiona i zaczyna
odciągać. Zaczął się szarpać, kiedy zdał sobie sprawę, że jej bezwładne ciało
wyślizguje mu się z rąk.
-
Daj jej pomóc – ktoś wrzasnął mu do ucha.
Przez
chwilę uparcie walczył z żelaznymi uściskami na swoich przedramionach, ale
kiedy spojrzał na jej bladą pozbawioną życia twarz, opadł z sił i osunął się na
boisko obok niej. Słyszał jak z jego krtani wyrywa się przeraźliwy krzyk, nad
którym nie był w stanie zapanować. Ktoś objął go mocno i szepnął coś do ucha,
ale nie był w stanie zrozumieć słów. Rozgorączkowanym wzrokiem spojrzał na
trybuny. Wzdłuż band reklamowych biegali ochroniarze, a ludzie wciąż
przeciskali się z krzykiem do wyjść. Poczuł jak ktoś poklepuje go po policzku i
ponownie zwrócił swój wzrok na bezwładne ciało Leny. Ktoś przyciskał do jej
brzucha gruby ręcznik, który cały już przesiąkł krwią. Ktoś inny rytmicznie
uciskał jej klatkę piersiową. Chciał się podnieść, podejść do niej i złapać ją
za rękę, ale został przytrzymany. Obrócił głowę w prawo, a potem w lewo.
Napotkał szare oczy Winiarskiego, które wpatrywały się w niego ze współczuciem
i przerażeniem. Ale on nie dostrzegał współczucia. Widział tylko przerażenie.
Jakby zdawały się mówić: „To ty mogłeś tam teraz leżeć”.
Zaczęło
mu się kręcić w głowie. To przez niego tu leżała. To przez niego krwawiła. To
przez niego umierała. To on naciskał, żeby przyjechała do Bułgarii. To on dał
jej bilety na ten mecz. To on wołał ją, żeby weszła na boisko. Zacisnął oczy.
Szum w uszach narastał. Kiedy je znowu otworzył, jak przez mgłę widział jak
przenoszą jej wątłe, zakrwawione ciało na nosze i suną po boisku w kierunku
wyjścia.
W jednej sekundzie
była, w głowie słyszałeś jeszcze jej głos, czułeś w nozdrzach jej zapach, by po
chwili zwyczajnie zniknąć. Puf. Nie ma.
Na
hali rozległy się dwa kolejne strzały. Ochroniarze gorączkowo zaczęli wypychać
ich w kierunku szatni. Poczuł jak ktoś ciągnie go w górę za ramiona, ale nie
miał siły wstać. Było mu wszystko jedno, co się z nim teraz stanie.
Jesteś moim błędem
komunikacyjnym.
Jego
wzrok padł na ciemną kałużę krwi na boisku.
Cząstką oceanu
cytoplazmatycznego na planecie Solaris. Dla którego mógłbym poświęcić zdrowe
zmysły i oddać się szaleństwu.
Ktoś
raz jeszcze szarpnął go za ramię.
-
You have to leave! – krzyczał łamaną angielszczyzną jeden z bułgarskich ochroniarzy,
pochylając się nad nim.
„Fuck
you” chciał odpowiedzieć, ale urwał mu się film.
Jak
przez mgłę pamiętał, że wynieśli go do szatni, potem do autokaru, a potem do hotelu.
Jak przez mgłę widział twarze kolegów, którzy brali go pod ramiona i prosili,
żeby robił krok za krokiem, żeby wszedł po schodach, żeby usiadł, żeby się
położył. Wszystko było niewyraźne i nierzeczywiste. Jakby ten dzień jeszcze nie
nadszedł, jakby śnił i obserwował z boku bieg wydarzeń, który wcale go
bezpośrednio nie dotykał, który nie miał z jego rzeczywistą osobą żadnego
związku. Miał wrażenie, że te wszystkie klatki wypalone w jego pamięci są tylko
wytworem czyjejś wyobraźni, że są tam jak pozostałości po filmie lub książce.
Nie wierzył w nie. Zapierał się rękami i nogami, żeby nie wpuścić ich do
świadomości, żeby nie zyskały statusu doświadczenia, żeby pozostały tym
niewyraźnym sennym doznaniem, którego koszmary przestają mieć znaczenie wraz z otwarciem
oczu.
-
Jestem pewien, że zrobią wszystko, żeby ją odratować – słyszał jak przez mgłę,
siedząc na skraju swojego łóżka z głową schowaną w dłoniach.
Nie
wiedział, co odpowiedzieć. Nie wiedział, jak odpowiedzieć. Miał wrażenie, że
zapomniał, jak się mówi. Jaki jest w ogóle sens mówienia? Po co to wszystko? To
i tak nic nie zmieni.
-
Jeśli chcesz zostać teraz sam, zrozumiemy – powiedział ktoś inny. Po chwili
usłyszał szczęk otwieranych drzwi. – Tylko nie zrób żadnego głupstwa.
Kiedy
został sam, wypuścił głowę z uścisku i rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju. W
nogach łóżka leżała jego torba, z której wysypywały się ubrania. Dźwignął się
do pozycji pionowej i podszedł do niej chwiejnym krokiem. Miał wrażenie, że
stracił panowanie nad własnym ciałem. Ręce zwisały mu wzdłuż boków, ramiona
pochylały się do przodu, przez co jego plecy wygięły się w lekki łuk, a nogi
uginały się w kolanach przy każdym kroku. Kucnął przy torbie i zaczął wyrzucać
jej zawartość na podłogę dopóki nie znalazł książki o postrzępionych rogach.
Książki, które
noszą ślady używania, to książki, które były kochane.
Opadł
na podłogę pod oknem i zacisnął w ręku grube tomisko. Nawet nie zaczął jej
czytać. Nawet do niej nie zajrzał poza tym jednym razem, kiedy potrzebował jej
numeru, żeby zrzucić z siebie ciężar porażki. Czuł w gardle dławiące wyrzuty
sumienia. Nawet wówczas nie zainteresował się tymi kilkoma słowami, które dla
niego w pośpiechu napisała. Zawsze myślał, że ma więcej czasu. Zawsze myślał,
że może zacząć jutro. Zawsze było jutro. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że
jutra może już nie być. Nie dla nich.
Otworzył
książkę na jednej z ostatnich stron i napotkał drobne, ściśnięte pismo.
Na trudne chwile
kilka godzin innego świata, innego czasu, innego życia.
Przewrócił
stronę, na której widniał jej numer telefonu, pod którym narysowała
uśmiechniętą buźkę.
Uśmiechnij się. Nie
może być aż tak źle.
Poczuł
jak jego palce zaciskają się na okładce książki. Poczuł jak duchota dnia wciska
się do pokoju przez otwarte okno. Czuł narastającą panikę, która miażdżyła mu
klatkę piersiową. Zacisnął oczy i przycisnął książkę do piersi. Z całych sił.
Z całych sił i
jeszcze mocniej.
Dużo
się działo poza nim. Dużo od siebie odpychał. Zaciskał desperacko oczy, ilekroć
ktoś przychodził do pokoju ze strumieniem współczujących słów, które w
założeniu miały go pokrzepić, ale które w rzeczywistości zapędzały go w większe
większy psychiczny dół. Godziny mijały jak sekundy. Jedna za drugą. Jak tykanie
starego zegara. Nie był pewien, czy chciał wiedzieć, co się dzieje. Wolał łudzić
się najniklejszą nadzieją, która tliła się gdzieś w pulsujących skroniach, niż
ściskać w świadomości pewność, że cały jego świat legł w gruzach. Że wszystko,
co od paru miesięcy popychało go naprzód i nadawało znaczenie nawet
najbanalniejszym sprawom, zwyczajnie przestało istnieć. Nieistnienie?
Nieistnienie nie wchodziło w grę.
Z
korytarza co pewien czas dochodziły do niego przytłumione dźwięki. Pojedyncze słowa,
które starał się wyprzeć ze świadomości. Poharatane
wnętrzności. Zapalenie otrzewnej. Śpiączka farmakologiczna. Nie wiedział
nawet, jakim sposobem znalazł się w szpitalu. Jakim sposobem podniósł się z
łóżka. Jakim sposobem go tam w
ogóle wpuścili. Widział zapłakane oblicze jej matki, wydającej z siebie krótkie
płaczliwie kwiknięcia i zrobiło mu się wstyd swoich własnych suchych policzków.
Pomieszczenie wypełniało rytmiczne pikanie aparatury, której kable oplatały jej
ciało na wszystkie możliwe sposoby. Nie wyglądała nawet tak źle. Trochę blado.
Trochę nieprzytomnie. Zupełnie jakby spała po długim, wykańczającym dniu.
-
Dziesięć minut – usłyszał nad uchem i nagle zdał sobie sprawę, że jest w
pomieszczeniu całkiem sam. Całkiem sam z jej bladosiną twarzą, nienaturalnie
unoszącą się klatką piersiową i zimnymi jak sople dłońmi.
Usiadł
na mikroskopijnym białym stołku i zaczął wyginać palce u rąk na wszelkie
możliwe strony. Powinien coś powiedzieć? Czy to już ostatni raz, kiedy ją
widzi? Czy to właśnie jest nieistnienie? Jego prawa dłoń zawisła nad leżącą na
łóżku ręką, po czym powoli ją opuścił i splótł swoje palce z jej bezwładną
dłonią. Coś gwałtowanie zakłuło go w piersiach, a w oczach nagle stanęły łzy.
-
Ja… - wychrypiał, ale urwał w pół słowa i zamilkł na moment, ocierając
niecierpliwie mokre policzki. – Lena… ja też. Ja też cię kocham – wykrztusił wreszcie,
po czym położył głowę obok jej ramienia, zamknął ze znużeniem oczy i zaczął w
myślach odliczać bicia jej serca. Bip. Bip. Bip.
„Zewnętrznie byłem
spokojny, w skrytości nie uświadamiając sobie tego jasno, oczekiwałem czegoś.
Czego? Jej powrotu? Jak mogłem? Każdy z nas wie, że jest istotą materialną,
podległą prawom fizjologii i fizyki i że siła wszystkich razem wziętych naszych
uczuć nie może walczyć z tymi prawami, może je tylko nienawidzić. Odwieczna
wiara zakochanych i poetów w potęgę miłości, która jest trwalsza niż śmierć,
owo ścigające nas przez wieki „finis vitae sed non amoris” jest kłamstwem. Ale
to kłamstwo jest tylko daremne, nie śmieszne. Być natomiast zegarem
odmierzającym upływ czasu, na przemian roztrzaskiwanym i składanym od nowa, w
którego mechanizmie, gdy konstruktor pchnie tryby, zaczyna wraz z ich pierwszym
ruchem iść rozpacz i miłość, wiedzieć, że jest się repetierem męki, tym
głębszej, im staje się przez wielość powtórzeń komiczniejsza? Powtarzać istnienie
ludzkie, dobrze, ale powtarzać je tak, jak pijak powtarza oklepaną melodię,
wrzucając coraz to nowe miedziaki w głąb grającej szafy? Ani przez chwilę nie
wierzyłem, ze ten płynny kolos, który wielu setkom ludzi zgotował w sobie
śmierć, z którym od dziesiątków lat daremnie usiłowała nawiązać chociażby nić
porozumienia cała moja rasa, że on, unoszący mnie bezwiednie jak ziarnko
prochu, wzruszy się tragedią dwojga ludzi. Ale działania jego kierowały się ku
jakiemuś celowi. Prawda, nawet tego nie byłem całkiem pewien. Odejść jednak,
znaczyło przekreślić tę, może nikłą, może w wyobraźni tylko istniejącą szansę,
którą ukrywała przyszłość. A wiec lata wśród sprzętów, rzeczy, których
dotykaliśmy wspólnie, w powietrzu pamiętającym jeszcze jej oddech? W imię czego?
Nadziei na jej powrót? Nie miałem nadziei. Ale żyło we mnie oczekiwanie,
ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Jakich spełnień, drwin, jakich mąk
jeszcze się spodziewałem? Nie wiedziałem nic trwając w niewzruszonej wierze, że
nie minął czas okrutnych cudów.”
Stanisław
Lem, Solaris (1961)
Otwarte zakończenie to najbardziej optymistyczne zakończenie, na jakie mnie było stać. Dla pocieszenia dodam, że pierwotna wersja była o wiele bardziej drastyczna. Mam nadzieję, że Was nie rozczarowałam. A przynajmnie, nie aż tak bardzo :)
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |