1.6.
niedziela, 3 listopada 2013 01:04
Rozdział V
24.07.2013


1.

- Ścisz to. Sąsiedzi się zaraz zlecą – powiedziała Zuza, patrząc półprzytomnie w kubek zaparzonej kawy. Jej prawy policzek oparty był na dłoni, w rezultacie czego podciągnięty prawy kącik ust tworzył  makabryczny półuśmiech.
- To nie „to” tylko Elvis Presley. Jego się nie ścisza – odrzekła Lena. – Zresztą to wcale nie jest głośno. Nie moja wina, że znowu jesteś na kacu.
Zuza jęknęła żałośnie i położyła głowę na stole.
- Więcej nie będę pić – stęknęła. – Przenigdy.
Lena obrzuciła ją sceptycznym spojrzeniem.
- Raczej do następnej imprezy.
- Przenigdy.
- Niech ci będzie. Przenigdy.
Spod burzy brązowych loków wydobyło się żałosne chrapnięcie.
- Nie wierzysz we mnie.
- Nie wierzę w twoją silną wolę.
- Ja mam bardzo silną wolę.
- A ja się spełniam zawodowo. I zbieram na domek za miastem.
Zuza znowu jęknęła i przekręciła głowę w stronę przyjaciółki.
- Jest za wcześnie na sarkazm.
- Jest piąta po południu.
- Ja pierdzielę.
Na dźwięk dzwonka do drzwi Zuza nakryła głowę rękami.
- To pewnie Marek. Zuza – zero odzewu – Markiewicz.
- No co?
- Wstań. Otwórz. I idź na spacer. Akurat przestało padać. Trochę rześkiego powietrza dobrze ci zrobi.
- Nic mi już nigdy nie zrobi dobrze.
Lena zamknęła laptopa, podeszła do Zuzy i nachyliła się nad nią. Dźwięk dzwonka znowu rozległ się w mieszkaniu.
- Chyba nawet nie masz pojęcia, co właśnie powiedziałaś.
- Wisi mi to.
Lena dmuchnęła jej w ucho wystające spośród burzy loków. W odpowiedzi usłyszała tylko niezadowolone cmoknięcie. Nabrała powietrza z zamiarem powtórzenia czynności, kiedy Zuza podniosła głowę i obrzuciła ją gniewnym spojrzeniem.
- O Jezu, no dobrze. Niech ci będzie.
Wstała od stołu i poczłapała do drzwi. Otworzyła je i nie patrząc nawet na przybysza, powłóczyła nogami na zewnątrz.
- Sorry, że tak długo musiałeś czekać. Kryzys kacowy – powiedziała Lena, słysząc jak ktoś wchodzi do kuchni. – Kupiłeś może jabłka?
- Nie wiedziałem, że mam kupić.
Ten głos nie należał do Marka. Lena odwróciła się gwałtownie i stanęła jak wryta.
- Przecież mówiłeś, że wyjeżdżasz na wakacje – wykrztusiła.
- No i wyjechałem. Nad morze.
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, Zuza wparowała do mieszkania i krocząc stanowczo w stronę pokoju, rzuciła gniewnie:
- Do dupy ten twój pomysł ze spacerem.
- Co się stało?
- Przez tego zasranego jamnika Felka o mało nie skręciłam karku. Dzięki.
Zuza zatrzasnęła za sobą drzwi i przez chwilę w mieszkaniu panowała niezręczna cisza.
- Kryzys kacowy, co? – Cisza. – Ja mogę pójść po te jabłka, jeśli aż tak ci na nich zależy.
Lena pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się.
„Bartek, człowieku, co ty tu u diabła robisz?”

2.

Nie czuła się bynajmniej niezręcznie. Było jej po prostu dziwnie. Od pamiętnej przegranej porozumiewali się głównie przy pomocy SMS-ów. Pisała do niego ilekroć przyszło jej coś głupiego do głowy. Pisała, kiedy tkwiąc w zapchanej po brzegi kolejce, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Pisała w trakcie lub po obejrzeniu jakiegoś filmu. Była to wymiana spostrzeżeń i głupawych dowcipów, ale tak naprawdę ze sobą nie rozmawiali. Tak więc teraz, stojąc w obliczu poprowadzenia normalnej rozmowy, czuła się dziwnie. Nie wiedziała, co powiedzieć, od czego zacząć.
- Napijesz się kawy? – zapytała drętwo.
- Jeśli macie to z chęcią.
Bartek siadł przy stole i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Byłem przed południem, ale nikogo nie zastałem.
- To mieszkanie kobiet pracujących. I praktykanta na stomatologii.
- No tak, to wszystko wyjaśnia.
Lena spojrzała na niego z ukosa, nalewając wody do czajnika.
- Nie chciałeś wyjechać gdzieś… dalej?
- Aż tak bardzo mnie tu nie chcesz, co?
- No przecież wiesz, że to nieprawda. Jestem po prostu… zaskoczona.
- Dlaczego? Nasze polskie morze jest najlepsze.
Lena spojrzała za okno. Znowu zbierało się na deszcz.
- No tak. Zdecydowanie. I jeśli pogoda się utrzyma, może załapiesz się na jakieś miejsce na plaży.
Spojrzeli na siebie i oboje parsknęli śmiechem.
- Wszyscy przecież o niej marzą i na piasku tyłki smażą.
- Idąc plażą – pociągnął Bartek.
- Aż nasmażą.
- I pokażą.
- Wpółobnażą.
- Wpółobnażą? – Bartek spojrzał na nią i zaczął się śmiać. – Co ci chodzi po głowie, kobieto?
- Wpółobnażą, bo pokażą. I dokażą. Oj, dokażą.
Lena odstawiła puszkę z kawą i również wybuchła śmiechem.
- A to wszystko… idąc… plażą - zaczął Bartek, ale kolejna salwa śmiechu odebrała mu mowę.
- I zwyczajnie… tyłki… smażąc – dokończyła piskliwym głosem, z trudem łapiąc powietrze.
Złapała się krawędzi stołu. Czuła jak śmiech zgina ją w pół. Przez półotwarte oczy patrzyła jak raz po raz Bartek odchyla do tyłu głowę, co rozśmieszało ją jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że zaraz wyrzeźbi sobie na brzuchu kaloryfer.
Nagle w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Lena poklepała się po policzkach.
- Twoje towarzystwo jest niezdrowe – powiedziała zachrypniętym głosem.
- I nawzajem.
Kolejny natarczywy dźwięk dzwonka powstrzymał następną falę śmiechu. Poklepała trzęsącego się Bartka po ramieniu i poszła otworzyć drzwi. Uśmiech spełzł z jej ust, kiedy zobaczyła, kto stał po drugiej stronie.

3.

- Ja do Zuzy.
W drzwiach stał Tomek – pokaźnych rozmiarów okazjonalny facet Zuzy o włosach, jak zwykle, postawionych na żel. Lena wiedziała o nim tylko tyle, że handlował czymś, czym nie powinien i z czego Zuza czasem korzystała, co sprawiło, że sklasyfikowała go w swoim umyśle jako gnidę.
- Zuzy nie ma.
Tomek uniósł jedną brew do góry i spojrzał jej przez ramię.
- Jej samochód stoi.
- Ale jej nie ma.
- Kiedy będzie?
Lena mocniej chwyciła klamkę.
- Nie wiem.
- Ściemniasz.
Chciała zamknąć drzwi, ale przytrzymał je stopą. Wyjął z kieszeni papierosy, wetknął jednego między usta i zapalił.
- Zgaś to. – Zaśmiał się. – Tu się nie pali.
Tomek spojrzał na nią z rozbawieniem i dmuchnął jej dymem w twarz.
- Gdzie jest Zuza?
- Nie wiem.
Lena modliła się żeby tylko Zuza, która właśnie przebywała w swoim pokoju, nie postanowiła go nagle opuścić.
- Posłuchaj, pasztecie jebany. Zuza jest mi winna kasę.
Milczała.
- Gdzie ona jest?
- Nie wiem.
Bartek wyszedł z kuchni i stanął obok niej.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Kurwa, nie wtrącaj się może, co? Nie widzisz, że rozmawiamy?
- Weź stopę – powiedziała cierpko Lena. Z jednej strony chciała, żeby Bartek wrócił do kuchni zanim puszczą mu nerwy. Wszystkim puszczały w towarzystwie Tomka. Ale z drugiej, bała się zostać z tym świrem sam na sam.
- Czy ty czaisz kurwa, co do ciebie mówię? Zuza jest mi kurwa winna kasę. – Pomachał jej papierosem przed nosem. – Czaisz?
- To nie jest mój problem. Weź stopę.
Tomek ponownie się zaciągnął i dmuchnął jej w twarz.
- A może chcesz to za nią odpracować w naturze? – Lena zacisnęła usta. – Kurwa, gębę to masz z pasztetu, ale każda dziwka jest dobra do postawienia laski.
Zanim zdążyła zareagować, Bartek przepchnął się obok niej i przywalił Tomkowi pięścią prosto w zakolczykowany podbródek.
- Bartek! Przestań!
Spojrzał na nią roziskrzonymi oczami i oberwał w lewą skroń.
- Taki mocny jesteś? Chcesz się kurwa bić?! – wrzeszczał Tomek.
Po twarzy Bartka spłynęła stróżka krwi. Lena wyszła na klatkę schodową i odepchnęła nacierającego ponownie Tomka.
- Gdzie z łapami, kurwo? – ryknął i rzucił nią o ścianę. Jej kręgosłup przeszyła fala bólu i klepnęła tyłkiem o posadzkę.
Bartek wytarł krew rękawem.
- Ty chuju – wysyczał i walnął go pięścią w brzuch. Po chwili widziała już tylko wirujące na przemian kończyny dolne i górne i słyszała głuche tupnięcia, ilekroć któraś z nich trafiała w cel. Pomimo wzrostu i wyraźnej przewagi fizycznej, Bartek często musiał odpierać ciosy grubych łap Tomka, którego policzki nabrały prawdziwie buraczanej barwy. Lena podniosła się z zimnej posadzki i spojrzała na Zuzę, która pojawiła się w drzwiach wejściowych ich mieszkania. Gestem dała jej znać, żeby stąd zniknęła, ale Zuza pokręciła tylko przecząco głową.
- Marek! – wrzasnęła, widząc chłopaka wchodzącego po schodach z siatami pełnymi zakupów. Ledwie zdążył się uchylić przed czyjąś zaciśniętą pięścią. Nie była w stanie określić czyją. Była to jedna wielka czworonożna i czwororęczna masa odbijająca się od ścian klatki schodowej. Marek ze stoickim spokojem położył zakupy na schodach i złapał Tomka za kołnierz. Lena z Zuzą rzuciły się do odciągnięcia Bartka.
- Przestań! – krzyknęła Lena na wyrywającego się z ich uścisku Bartka. Sapał z wściekłości i wyrywał się uparcie, mamrocząc coś pod nosem. Z rozciętej brwi ciekła krew, a na prawym policzku rósł czerwony placek zwiastujący dordnego siniaka.
Marek trzymał wijącego się Tomka od tyłu za koszulę.
- Mam zadzwonić na policję? – zapytał. Tomek spojrzał na nich z furią w oczach. – Nie? To wypierdalaj.

4.

- Usiądź, bo nie sięgnę – powiedziała, trzymając w ręku wacik zmoczony wodą utlenioną. Bartek siadł na brzegu łóżka i spojrzał na nią bykiem. Jego pięści były zaciśnięte, a szczęka delikatnie drgała. – To nie było potrzebne – powiedziała cicho.
- Ten gnój…
- Mogło ci się coś stać – przerwała mu.
- Tobie też. Niepotrzebnie go ratowaliście. Skurwysyn dostałby w dupę i nauczyłby się, gdzie jego miejsce.
Lena westchnęła.
- Śmiem wątpić. – Bartek zmarszczył brwi i odsunął jej rękę z wacikiem od swojej twarzy. – Te typy mają głowy owinięte stalowym pancerzem. Niczego im tam nie wbijesz. To – wskazała na jego rozciętą brew - nie jest tego warte – dokończyła z naciskiem. – To bardzo miłe, że stanąłeś w naszej obronie. Bardzo miłe. Ale głupie.
- Głupie? – powtórzył wyraźnie poirytowany.
- No głupie.
Lena ponownie podniosła rękę, żeby opatrzyć jego brew, ale on znów ją od siebie odsunął. Bała się spojrzeć mu w oczy. Ciskały gromami na prawo i lewo. Dlaczego? Bo powiedziała, że bohaterski zryw był niemądry? Taka prawda. Utkwiła wzrok w zaciśniętych pięściach, które opierał o kolana.
- To co, miałem się tylko przyglądać? – Lena nie odpowiedziała, uparcie unikając jego wzroku. – Stać i patrzeć?
„Tak, właśnie to miałeś robić – stać i patrzeć, i się nie wtrącać” krzyknęła w myślach. Nie mogła wyrzucić z głowy obrazu Bartka obrywającego pięścią w głowę. Bo co? Bo jakiś degenerat ją popchnął i nazwał dziwką? Mój Boże, no wielka tragedia. Podniosła wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Jego usta były zaciśnięte w wąską linijkę. Wyczekująco.
- Twoje kończyny są więcej warte niż zbiorowy honor ludzi w tym mieszkaniu – powiedziała w końcu. – Cała Polska by się posmarkała z rozpaczy gdyby to było coś więcej niż rozcięta brew i siniaki.
Lena przestąpiła z nogi na nogę i wzruszyła ramionami.
- Ja bym się posmarkała z rozpaczy – dodała.
Napięte rysy twarzy Bartka nieco złagodniały. Pięści oparte na kolanach rozluźniły się. Lena podniosła wacik do góry i wreszcie bez przeszkód przemyła ranę. Było jej dziwnie. Jakby powiedziała o jedną rzecz za dużo. Jakby przyznała się przed samą sobą do czegoś więcej niż powinna. Czegoś, czego sama jeszcze nie była w stanie pojąć. Kiedy wzięła do ręki jego dłoń, żeby przemyć krwawiące knykcie, poczuła jak jej żołądek przewraca się do góry nogami.
- Nie wiem, czy nie powinni ci zszyć tej brwi – powiedziała, ponownie wbijając wzrok w jego kolana. Dlaczego nagle zrobiło jej się tak niezręcznie? I dlaczego on nic nie mówił? Niby taki wygadany. – Mogę cię zawieźć, jeśli chcesz…
- Nie trzeba.
Zamknęła buteleczkę z wodą utlenioną i wzięła do ręki paczkę z jedynymi plastrami, jakie znalazła w mieszkaniu. W zielono-różowe groszki. Przypuszczała, że należały do Zuzy.
- Z tym smarkaniem z rozpaczy to miałam na myśli siebie jako część Polski oczywiście – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, posyłając mu twarde spojrzenie.
Bartek uniósł brwi do góry, widocznie powstrzymując się od śmiechu.
- Oczywiście.
Lena przykleiła plaster i spojrzawszy na jego twarz, skwitowała, że wygląda z nim cudacznie. W momencie kiedy docisnęła lekko odstający lewy koniec do jego skroni, syknął z bólu i złapał jej rękę w nadgarstku.
„Przepraszam” chciała powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Miała wrażenie, że ktoś włożył jej szyję w kołnierz ortopedyczny. Kark zesztywniał, a mięśnie twarzy napięły się. „Lena, na miłość boską. To tylko kolejna normalna osoba, pamiętasz? Trzymała cię już w pasie, pamiętasz? To nic takiego. Panuj nad sobą.”
Wciąż trzymając ją za nadgarstek, opuścił delikatnie jej rękę.
- Dzięki.
Lena z trudem wzruszyła ramionami i przywdziała koślawy uśmiech. Nie była w stanie poruszyć dłonią, która – jak jej się zdawało – została schwytana w kleszcze. Oczy lekko jej się zeszkliły. Nie wiedziała dlaczego. Spojrzała mu w twarz i z ulgą stwierdziła, że przyglądał się stojącemu obok łóżka regałowi zawalonemu papierami i książkami. Rzuciła wacik do plastikowej torebki z lekami i chciała wyswobodzić swoją dłoń, ale palce Bartka po prostu zjechały wzdłuż jej ręki i zatrzymały się w okolicach łokcia. Znowu spojrzała wprost na niego i przeraziła się widząc, że też na nią patrzy. Był zbyt blisko. Stanowczo zbyt blisko. Czuła na skórze jego oddech. W nozdrzach poczuła zapach wody kolońskiej, którego wcześniej nie dostrzegała. Bartek odgarnął marny kosmyk włosów z jej twarzy i przejechał opuszkami palców po policzku. Jej oczy zamknęły się. Nie panowała nad tym. Przez chwilę marzyła, żeby ta chwila trwała wiecznie. Żeby jego dłoń nigdy już nie opuściła poznaczonego bliznami po trądziku policzka. Dotyk był tak delikatny, że miała wrażenie, iż jego opuszki nie mają nawet styczności z jej skórą, ale zawieszone są tuż nad nią. Że wytwarzają coś w rodzaju pola siłowego, którego energię czuje na twarzy. Kiedy jednak zdała sobie sprawę, co tak naprawdę się dzieje, gwałtownie otworzyła oczy.
Bartek zjechał palcami do zagłębienia w jej szyi i uśmiechnął się delikatnie. Lena ledwie powstrzymywała fale dreszczy, jakie wywoływał swoim dotykiem. Swoim spojrzeniem. Patrząc jej prosto w oczy tymi wielkimi niebieskimi oczętami. Gdyby nogi nie uginały się w kolanach, a stopy nie wydawały się wrośnięte w podłogę, najpewniej już by jej tu nie było. Ogarniała ją naraz radość i przerażenie. Przerażał ją fakt, że nie wiedziała jak się zachować. Przerażał ją brak znajomości obowiązującego w takich sytuacjach protokołu. Była w swoim życiu tylko w jednym związku. Którego w sumie i tak nie można nazwać prawdziwym związkiem. Ale zaraz. Przecież to nie jest żaden związek. Dziewczyno, opanuj się. Zaraz zaczniesz planować małżeństwo tylko dlatego, że facet cię pogłaskał po policzku. Lena przeklęła siebie w myślach. Ręką chciała odsunąć od siebie dłoń Bartka, ale napotkała na opór. Jego dłoń znów stanowczo powędrowała do policzka. Przesunął się na krawędź łóżka. Ich nosy niemalże się stykały. Cała jej twarz spąsowiała, kiedy jej wargi musnęły jego. „I po coś to zrobiła” pomyślała, przymykając powieki. Poczuła jak Bartek ujmuje jej twarz w obie ręce. Kiedy ich usta się złączyły, miała wrażenie, że całe jej ciało przeszywa jakiś prąd, a żołądek wypełnia się helem. Czuła mrowienie w ramionach, wzdłuż kręgosłupa, a nawet w palcach u stóp. Stała się lekka. Zupełnie jakby nic nie ważyła. Zupełnie jakby jej nie było. A jednocześnie czuła każdy milimetr swojego ciała. Wszystkie nerwy wysyłały naraz sygnały do jej mózgu, który nie wiedział, na który ma reagować najpierw.
Trzask.
Drzwi do pokoju Zuzy zatrzasnęły się z hukiem. Lena wzdrygnęła się i odskoczyła do tyłu, zostawiając Bartka na krawędzi łóżka z wyciągniętymi przed siebie rękami. Przez chwilę nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc wsadziła ręce do kieszeni i odchrząknęła. Bała się cokolwiek powiedzieć, bo wiedziała, że nie będzie miała kontroli nad własnym głosem.
- Przepraszam – powiedział w końcu Bartek, opuszczając ręce. – To było głupie.
Lena wzruszyła tylko ramionami i pokręciła głową. W środku jednak czuła, jak wszystko w niej kipi. Głupie?
Potarł ręce o spodnie na udach i wstał.
- Pójdę już.
Zanim Lena zdążyła ułożyć sobie w głowie stosowną ripostę, już go nie było. Usiadła w miejscu, na którym jeszcze przed chwilą siedział i schowała twarz w dłoniach. Idiotka.

5.

Cały wieczór minął bezproduktywnie. Nie była w stanie na niczym się skupić. Zuza migała jej co jakiś czas w drzwiach w drodze do kuchni, ale nie chciała z nią w tej chwili rozmawiać. Wiedziała, że lepiej nie zwalać jej na głowę dodatkowych problemów. Miała o czym myśleć. Sprawa z Tomkiem to już i tak było za dużo.
Kilka minut przed północą, wpatrując się pusto w plamy na suficie, usłyszała telefon. Zawibrował raz i zamilkł. SMS. „Nie ma mowy, nie wstaję.” Po chwili jednak telefon znów dał o sobie znać. Lena dźwignęła się do pozycji siedzącej i zgarnęła go z biurka.

Wcale nie przepraszam.

Wypieki wstąpiły jej na policzki.


To nie było głupie.

Etykiety: , , ,



skomentuj (0)