2.1.
niedziela, 25 maja 2014 08:14
Prolog

Mon amour, tu ne pourras jamais imaginer avec quelle force je t’aime

Natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi doprowadzał ją do szewskiej pasji. Miała ochotę schować się w próżniowym pudełku, w bezdźwięcznej i bezobrazowej przestrzeni zamkniętej zewsząd szczelnie próżniowymi ścianami, gdzie ona sama przestałaby istnieć. Gdzie nie byłoby tych śmiesznych człowieczych problemów, tych przygniatających swym ciężarem człowieczych emocji niepodlegających żadnym prawom logiki, tych szalonych uderzeń serca, którym nie było końca, zupełnie jakby wytrwale i niewzruszenie wyczekiwało czegoś, co się nigdy nie zdarzy. Jednym słowem, wszystkiego. Miała ochotę pozbyć się wszystkiego. Wykopać z hukiem ze swej rzeczywistości. Ze wszelkiej rzeczywistości. Wykopać siebie w próżnię. Dać się wessać w czarną dziurę. Kiedy dźwięk dzwonka rozległ się w mieszkaniu po raz trzeci, w pokoju obok ktoś niecierpliwie rzucił książkę na drewnianą podłogę i szurając pospiesznie stopami odzianymi w grube frotowe skarpetki, udał się do drzwi. Zaskrzypiały stare zawiasy. Ktoś coś powiedział. Zaszeleścił papier. Może jakiś list? A może paczka? A może to wcale nie był papier, może to był szelest materiału przeciwdeszczowej kurtki? Może ktoś przyszedł? Może do niej? Jej ramiona pokryły się gęsią skórką i sama już nie wiedziała, czy to przez tę rozpaczliwą nadzieję, która wstrząsała jej ciałem od tygodnia, ilekroć ktoś pukał do drzwi, czy po prostu czerwony ręcznik prowizorycznie wciśnięty w szczelinę pod oknem po raz kolejny uległ podmuchom zimnego jesiennego wiatru. „Cela, list do Ciebie” powiedziała w myślach, słysząc przytłumione rozmowy w korytarzu. „Cela, ktoś do Ciebie” pomyślała parę sekund później, wyobrażając sobie, jak drzwi jej śmiesznie małego pokoju uchylają się i w progu staje ktoś. Postawna sylwetka, szerokie ramiona, pociągła twarz, pewnie lekki zarost. Miała to wszystko przed oczami. I wierzyła, że lada moment się zmaterializuje. O tu właśnie, tuż przed jej nosem. Ale nic takiego się nie stało. Znowu zaskrzypiały drzwi. Znowu zaszurały stopy we frotowych skarpetach. Znowu zrobiło się cicho. Cicho i beznadziejnie.
- Przepraszam – wyszeptała, podciągając pod brodę kolana. – Przepraszam.
Zacisnęła mocno powieki, pod którymi majaczyły jeszcze niewyraźnie rysy jego twarzy. Z każdym dniem coraz mniej prawdziwe, coraz mniej rzeczywiste. Czuła, że ulatują jej z pamięci szczegóły, niegdyś tak mocno w niej zakorzenione. Ulatują szybko i bezpowrotnie. A ona już nigdy nie będzie ich w stanie sobie przypomnieć. Nie w całej okazałości. Nigdy. Bo przecież już nigdy go nie zobaczy. Bańka mydlana pękła. Pozostał tylko jej cień, który czas szybko obróci w niebyt. Szybko i bezpowrotnie.


No to zaczynamy! Celina i Andrzej i pewnie jakieś parenaście rozdziałów. Mam nadzieję, że będziecie ze mną :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (7)