1.15.
czwartek, 10 kwietnia 2014 06:45
Rozdział XIV
29.09.2013

Gwiazdy tańczą w snopach błękitu i czerwieni, gdy ciemność swą płachtę nad nami rozpościera.
Zamykam oczy, ich światło jeszcze się mieni, a potem cały mój świat umiera.


1.

Obudził ją głośny trzask przypominający tłuczenie szkła. Poderwała się z łóżka i spojrzała przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Widziała jak przez mgłę sylwetkę chwiejącego się na boki Bartka.
- Przepraszam – rzucił pośpiesznie. – Nie chciałem cię obudzić.
- Co się dzieje? Która jest godzina?
Bartek zaśmiał się nerwowo i o mało nie wpadł na stolik przy ścianie.
- Jest późno jak cholera. Za pięć minut powinienem być na śniadaniu.
Lena przetarła oczy wierzchem dłoni i włożyła na siebie bluzkę. Miała wrażenie, że wszystkie odgłosy dochodzą do niej z pewnym opóźnieniem. „No już, obudź się” pomyślała, spuszczając nogi z łóżka.
- Nie wstawaj – powiedział, narzucając w pośpiechu bluzę. – Jeszcze wcześnie. – Już chciała coś powiedzieć, ale wszedł jej w słowo. – Gdzie jest ten pieprzony but?!
Lena zachichotała pod nosem i zajrzała pod łóżko. Leżał tam w osamotnieniu jak ukryty skarb; trofeum czekające na swojego zwycięzcę. Zanurkowała i podała mu go, usiłując zapanować nad śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne – rzucił cierpko, mocując się ze sznurówkami.
Lena przysiadła na skraju łóżka, obserwując jego zmagania z tym, żeby rozsupłać wiązadła, a następnie wcisnąć nieszczęsny but na stopę.
- Jak będziesz się tak spieszyć, wszystko potrwa dwa razy dłużej.
- A jak nie będę się spieszyć, wszystko potrwa trzy razy dłużej – odparował.
- Kto by pomyślał, że Bartosz Kurek jest rano taki nerwowy.
Spojrzał na nią spode łba i zmusił swoje wargi do krzywego uśmiechu.
- Tylko jak się spieszy – powiedział, podnosząc się z podłogi. Rozejrzał się gorączkowo po pokoju.
- Czego teraz szukasz?
- Komórki – stęknął, spoglądając na zegarek.
- Przecież masz ją w kieszeni – wskazała na wybrzuszenie w jego bluzie. Wybałuszył na nią oczy, spojrzał szybko w dół i parsknął śmiechem. Już chciał chwycić za klamkę i wybiec, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Co?
Po chwili wahania przykucnął przy niej i z udawanym spokojem przyciągnął jej twarz do swojej tak, aby ich czoła się stykały.
- Będzie dobrze – powiedziała. – Jakkolwiek by nie było.
Milczał. Czuła na skórze jego oddech. Czuła, jak próbował zapanować nad nerwami. Czuła jego nerwowość. Jego niepewność. Przyspieszone bicie serca. Czuła wszystko.
- Kocham cię – powiedziała wreszcie. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech. Miała wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. – Będę na trybunach. Wypatruj mnie po meczu.
Pospiesznie ucałował ją w czoło i wybiegł z pokoju.

2.

Lena spędziła przedpołudnie, wałęsając się po mieście bez celu. Głupkowaty uśmiech nie schodził jej z ust, a w głowie wciąż kołatały się myśli, wciąż pojawiały się nowe perspektywy tego, co mogła teraz zrobić. Po raz pierwszy czuła się szczęśliwa na myśl o przyszłości. Po raz pierwszy od dawna nie bała się kolejnego dnia. Po raz pierwszy nie bała się świata. Wszyscy wokół wydawali jej się piękni. Świat wydawał się piękny i chciała czerpać garściami wszystko, co tylko miał do zaoferowania.
Bartek zadzwonił do niej, kiedy krążyła po parku, popijając koktajl truskawkowy. Słońce przeciskało się przez gęstą koronę drzew i przypiekało jej policzki.
- No co tam? – rzuciła do słuchawki i przysiadła na kamiennym murku. W oddali kręcił się samotny pies.
- Przerwa na lunch.
- Uuuu, lunch. Jak wielkoświatowo.
- Nie inaczej. Teraz lunch. Wieczorem diner. – Lena parsknęła do słuchawki. – A ty? Na shoppingu?
- Nie inaczej. Rozkoszuję się wielkoświatowością póki mogę – powiedziała z przekąsem, patrząc ze smutkiem na pusty plastikowy kubek.
- Wielki świat mógłby być twój, wiesz?
- Co ty nie powiesz.
Bartek odchrząknął: - To miał być taki zgrabny sposób, żeby cię przekonać. Do wyjazdu. Ze mną. No wiesz…
Lena mruknęła coś pod nosem, obserwując z uwagą zbliżającego się w jej stronę psa. Wielki świat zaraz na nią nasra. Była tego pewna.
- Słońce. Pizza. Mozarella – kontynuował Bartek. – Lunche, dinnery i shoppingi. No i, dzięki treningom, meczom i wiecznym rozjazdom, nie musiałabyś nawet tak często mnie znosić. Poza tym…
- Dobrze – przerwała mu nagle, ściskając w ręku pusty kubek po koktajlu truskawkowym.
W słuchawce zapadła cisza: - Dobrze? – powiedział wreszcie Bartek.
- Tak. Dobrze. Ok – powtórzyła. – Wyjadę z tobą do Włoch.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza: - Jeśli żartujesz, to przestań.
- Nie żartuję.
- Wciąż nie wierzę.
- Jeśli zmieniłeś zdanie…
- NIE!
Lena uśmiechnęła się pod nosem: - Jedząc dzisiaj paskudne ciasto w centrum miasta, myślałam o tym, jak będzie wyglądało moje życie. Jak może wyglądać. Jak najprawdopodobniej będzie wyglądać. Bez ciebie.
- I co?
- Masakra.
- No ja myślę.
- A potem zaczęłam myśleć, dlaczego tak bardzo boję się wyjść spod klosza, którego z całego serca nienawidzę.
- I co?
Lena westchnęła dramatycznie i odchyliła do tyłu głowę: - Wniosek jest prosty. Jestem tchórzem.
- Daj spokój…
- Jestem – przerwała mu ze śmiechem. – I nic w tym złego. Chyba, że nie zadajesz się z tchórzami.
- Cóż – sapnął do słuchawki. – Chyba będę musiał zacząć.
- To nie jest nawet takie złe.
- Mówisz?
- Pewnie! Ataki paniki na myśl o jakiekolwiek zmianie w sumie nawet nie są takie straszne. Wystarczy żebyś pamiętał, że kiedy zaczynam ryczeć, nie należy pytać, dlaczego ryczę. W ogóle najlepiej żebyś pomijał fakt, że ryczę. No wiesz, zachowywał się normalnie. Tak jakbym nie ryczała.
- Często ryczysz?
- Zależy, co rozumiesz pod pojęciem „często”.
- Jezusie, to znaczy często.
Lena przygryzła dolną wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem: - Przyzwyczaisz się.
- Ehe. Wszystko jedno. Rycz, ile dusza zapragnie. Bylebyś nie była na drugim końcu Europy.
- To miłe, wiesz?
- Wiem. Ja ogólnie jestem bardzo miły.
- I do tego jaki piękny.
Bartek parsknął śmiechem: - Czy ty próbujesz ze mną flirtować?
- Oczywiście, że nie.
- No bo jakbyś chciała, to wiesz…
- O! – przerwała mu. – Bateria mi chyba pada.
- Wieczorem nie będziesz miała takich wymówek.
- Wymówek? Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Oczywiście, że nie masz.
- Bladego. Zielonego.
- „Piękny” – zarechotał do słuchawki.
- Bip bip – powiedziała, zatykając nos. – Słyszysz? Bateria na wyczerpaniu. O nie.
- Biedna ty.
- To chyba zobaczymy się dopiero na meczu, co?
- Po meczu.
- Po meczu.
- Cztery godziny, a ja już za tobą tęsknię. Piękna – dodał po chwili.
- Bip bip – odpowiedziała na to pospiesznie, czując jak jej policzki robią się czerwone. – Coś przerywa. Bip bip. Kończę. Do zobaczenia. Papapapapapapa.
Usłyszała jeszcze jego śmiech, zanim sygnał się urwał. Poprawiła na szyi biało-czerwony szalik, który nosiła z dumą cały dzień, po czym ruszyła w stronę hali. „Przygoda życia” pomyślała, wychodząc z parku i patrząc w jasnobłękitne niebo. „Kto by pomyślał.”

3.

Mecz był jednym wielkim kołtunem emocji i krzyków. Chaos wypełniający halę był wszechogarniający. Nie miała pojęcia, w jaki sposób zawodnikom udawało się zachować spokój na boisku. Gdzie tam spokój. Zdrowe zmysły. W krzykach na trybunach nie było żadnej spójności. Każdy robił, co chciał i kiedy chciał. Punkt. Zagrywka. Aut. Zagrywka. Boisko. Wszystko przeplatane pozbawionymi dla niej sensu rykami kibiców. Stała samotnie, wymachując swoim szalikiem i wrzeszcząc na całe gardło, ilekroć zawodzenie publiczności sygnalizowało punkt dla polskiej drużyny. Przy stanie 15:16 w piątym secie Lena przycisnęła zaciśnięte z całych sił pięści do policzków. Na zagrywkę wszedł Michał Kubiak i ze zmarszczonymi brwiami odbił piłkę dwukrotnie od podłogi. Lena ścisnęła kciuki jeszcze mocniej, widząc jak szykuje się do skoku. Piłka wystrzeliła w stronę bułgarskiego przyjmującego i, odbijając się od jego ramienia, poszybowała w trybuny. Halę wypełniła kakofonia gwizdów i przekleństw. Zewsząd dochodziły ją obelgi, których nie rozumiała. Ale jakie to wszystko miało teraz znaczenie? Ryk tysięcy bułgarskich gardeł, który podczas meczu doprowadzał ją do szału, stracił swoją moc. Nic nie znaczył. Nic nie mógł zmienić. Łzy wezbrały jej w oczach, widząc radość chłopaków. Wyciągnęła swój biało-czerwony szalik i zaczęła skakać, skandując z całych sił „Polska!”. Zasypał ją grad wrogich spojrzeń i miała wrażenie, że kobieta, która stała przed nią zaraz zdzieli ją w twarz. Jednak nieprzyjazne twarze otaczających ją ludzi, zupełnie tak samo jak ich krzyki, nie miały teraz żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że pomimo przeszkód, udało im się pokonać własne słabości. Wiele było głosów, które twierdziły, że po tak spektakularnie przegranych Igrzyskach Olimpijskich i falstarcie kolejnego sezonu reprezentacyjnego, jakim była Liga Światowa, nie zdołają się już podnieść. Pośród dyskusji, których celem ewidentnie było znalezienie kozła ofiarnego odpowiedzialnego za wszystkie porażki, wypowiadali się ludzie twierdzący, że był to koniec polskiej reprezentacji obecnego pokolenia. Że podciętych skrzydeł już nie zdołają wykurować. Lena raz jeszcze wrzasnęła „Polska!” i zamilkła. Gwizdy na hali nie cichły. Na boisku lądowały kawałki jedzenia i butelki z wodą. Była prawie pewna, że przynajmniej dwukrotnie oberwała w głowę pociskiem ze śliny. Kiedy zawodnicy podali sobie ręce, a euforia polskiego zespołu zaczęła trochę opadać, ludzie zaczęli powoli schodzić z trybun. Nieustannie popychana i szturchana wyszła ze swojego rzędu na schody i ruszyła pod prąd. Gwizdy szumiały jej w uszach, a żebra stały się celem licznych kuksańców, ale to także przestało mieć znaczenie. Dotarłszy do band reklamowych, bała się myśleć, jak wyglądał tył jej głowy. Bartek stał po drugiej stronie boiska wśród innych zawodników i rozglądał się po trybunach po przeciwnej stronie. Po chwili odwrócił się i ich spojrzenia się spotkały. Jego twarz promieniowała radością. Ruchem głowy dał jej znać, żeby weszła na boisko. Zawahała się na moment, ale widząc jak wyciąga do niej rękę i uśmiecha się jeszcze szerzej, zaczęła gramolić się na drugą stronę. Czekała aż ktoś złapie ją za bluzkę i pociągnie do tyłu albo zacznie wrzeszczeć, że nie wolno jej tam wchodzić. Czego prawdopodobnie i tak by nie słyszała, gdyż pomimo tego, że ludzie zaczęli powoli opuszczać trybuny, ryk rozwścieczonych kibiców wciąż wypełniał halę. Jednak kiedy przełożyła pierwszą nogę, nikt nie rzucił się, aby ją od tego odwieźć. Rozejrzała się podejrzliwie za ochroniarzami, ale żadnego nie dostrzegła. Marszcząc lekko brwi, przełożyła drugą nogę i zeskoczyła na boisko. Kark jej zesztywniał, kiedy odwróciła się za siebie. Poustawiane rzędami ławki i tłumy ludzi kotłujących się na schodach przyprawił ją o ciarki. Kiedy ponownie zwróciła głowę w kierunku Bartka, dławiące gardło uczucie tylko się wzmogło. Zawodnicy nie stali już w jednej grupie; część rozciągała się pod bandami, a część wciąż poklepywała się nawzajem, zanosząc się śmiechem. Bartek stał w tym samym miejscu i patrzył w jej kierunku. Coś mówił, ale nie potrafiła rozszyfrować jego słów. Ponownie się obejrzała. Miała nieodparte przeczucie, że nie powinni jej tu wpuścić. Dlaczego nikt jej nie powstrzymał? Zwróciła wzrok w kierunku Bartka.
- Lena! – krzyknął i ruszył ku niej.
Lena zrobiła zaledwie dwa kroki naprzód. W momencie kiedy skręciła w lewo, krzyki i gwizdy publiczności nagle przeciął potężny huk. Zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na Bartka. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Miała wrażenie, że nagle na całej hali zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Było jej gorąco i czuła jak jej bluzka robi się mokra. Wytarła spocone ręce o szalik, którego frędzle przykleiły się do mokrego materiału na brzuchu. Spojrzała ze zdziwieniem w dół. Krzyk na hali wezbrał z nową mocą. Ludzie zaczęli przepychać się ku wyjściom i tratować siebie nawzajem. Lena uniosła swoje zakrwawione ręce i posłała Bartkowi przerażone spojrzenie. Nagle zrobiło jej się słabo i osunęła się na kolana, po czym upadła bezwładnie na boisko. Świat wokoło wirował. Gorąco, które jeszcze przed chwilą rozpalało ją od wewnątrz do białości, zastąpił chłód jakiego jeszcze nigdy w życiu nie czuła. Chciała coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle. Ktoś szarpnął ją za ramię. Takie przynajmniej odniosła wrażenie. Poczuła silny ucisk na nadgarstkach, górna część jej ciała uniosła się delikatnie i opadła w coś gorącego.
- Pomocy! Niech ktoś mi pomoże! – słyszała nad sobą czyjś krzyk. – Lenka, trzymaj się. Jezu, pomocy!
Z trudem spojrzała w górę. Obejmowały ją czyjeś gorące ramiona. Widziała biało-czerwoną flagę na czyjejś piersi. Widziała rozmazane kontury czyjejś twarzy i wiedziała, że ten ktoś coś mówił. Ale jego słowa kompletnie zlały się z innymi dźwiękami, a wkrótce jakby całkiem przestały istnieć. Patrzyła w górę, ale widziała tylko cienie. Cienie czegoś znajomego, czego nie była w stanie rozpoznać. Poczuła na skórze twarzy gorące krople i zamknęła oczy. Szum wypełniający jej uszy ustał. Pojęcia zimna i gorąca przestały istnieć. Istniała już tylko ciemność. Poruszyła ustami, ale nie wiedziała po co. Zapomniała, gdzie jest. Zapomniała, kim jest. Zapomniała, czym jest ciemność. I potem nie istniało już nic.

4.

Witamy w poczcie głosowej Orange. Masz jedną nową wiadomość.

Cześć, tu Lena. Jakbyś nie wiedział. Ha. Nie wiem, czy odsłuchasz tę wiadomość jeszcze przed meczem, ale… cokolwiek się stanie, trzymaj głowę wysoko i pamiętaj, że jesteś najlepszy. Zawsze będziesz najlepszy. Kocham cię, olbrzymie.

Otrzymana dwudziestego dziewiątego września o 15:13. Aby oddzwonić ponosząc standardową opłatę za połączenie, wybierz 1. Aby odtworzyć wiadomość ponownie, wybierz 2. Aby usunąć wiadomość…

Cześć, tu Lena.


Kocham cię, olbrzymie.


I jak? Jeszcze epilog. Może to nie koniec. Może tak. Może nie.

:)

Etykiety: , , ,



skomentuj (2)