|
1.10.
niedziela, 15 grudnia 2013 15:19
Rozdział IX
17.09.2013
Unosisz się na
skrzydłach dumy ponad horyzont rozsądku; ponad horyzont wszystkiego, z czym cię
niegdyś utożsamiałem. Truchlejesz na myśl o niepowodzeniu, więc wznosisz się
wyżej, i wyżej, aż znikam ci sprzed oczu i masz wrażenie, że nie istnieję; może,
że nigdy mnie nie było. Uważaj. Jak Ikar stracił swe skrzydła, tak ty upadniesz
z wyżyn, na które się wzniosłaś. Uważaj, bo możesz upaść tam, skąd sama nie
zdołasz się podnieść. A mnie nie będzie już w pobliżu, żeby ci pomóc.
1.
Stanęła
przed lustrem w łazience i podciągnęła delikatnie bluzkę. W odbiciu ukazała się
podłużna ciemnoróżowa blizna po lewej stronie podbrzusza. Wyglądała na
zaognioną, chociaż lekarz zapewniał, że wszystko jest w porządku. Przepisał
jakieś maści i nakazał wsmarowywanie ich dwa razy dziennie: rano i wieczorem.
Standardowo. Skrzywiła się lekko pod nosem i stanęła bokiem do lustra. I pod
tym kątem blizna była niestety widoczna. Opuściła ze zrezygnowaniem bluzkę.
Wyciągnęła z kieszeni szlafroka buteleczkę z Ketonalem i wysypała na dłoń dwie
kapsułki po 50mg. Powinny jej wystarczyć na cały dzień, ale zdarzało się, że
pod wieczór ból nasilał się do tego stopnia, że nie była w stanie normalnie
funkcjonować. Szybkim ruchem włożyła je do ust i podstawiając usta pod kran,
przełknęła z niesmakiem. Przyjrzała się w lustrze swojej twarzy i natychmiast
tego pożałowała. Na brodzie znowu wyskoczyła jakaś niespodzianka, a cienie pod
oczami po bezsennych nocach zeszłego tygodnia tylko się pogłębiły. Nie
pamiętała już nawet, kiedy ostatnio robiła hennę rzęs, aczkolwiek musiało to
być bardzo dawno temu, bo wyglądała jakby wszystkie jej wypadły.
-
Lena, ja muszę do łazienki! – do drzwi zapukał niecierpliwie Marek. – O 10 mam
poprawkę z biofizyki!
-
Zaraz wyjdę! – odkrzyknęła i oparła się dłońmi o umywalkę.
Kiedy
się okazało, że torbiel w ciągu zaledwie trzech tygodni urosła o 3,5 centymetra
i lekarze zdecydowali się ją wyciąć, wpadła w panikę. Przed oczami miała tylko
swój tragiczny koniec. Usilnie wierzyła, że albo umrze na stole operacyjnym,
albo wykończy ją długa i bolesna walka z nowotworem. Bo była przekonana, że to
nowotwór i nie ma już dla niej żadnej nadziei. To z kolei bardzo irytowało
wszystkich, którym zdecydowała się powiedzieć o swoim nieszczęściu. Zwłaszcza
jej mamę i Zuzę, które bezustannie powtarzały, że to nic poważnego. Zdawała
sobie sprawę, że nie bagatelizowały całej sprawy, że było to pewnego rodzaju
psychiczne wsparcie, mające na celu wyplenienie z jej umysłu negatywnych
myśli. Ale fakt, że na każde jej wspomnienie, że przecież można od tego
umrzeć, reagowały zniecierpliwieniem, sprawiał, że czuła się osamotniona; jakby
nie mogła z nikim porozmawiać o swoich obawach. I czasami żałowała, że w ogóle
podzieliła się z kimkolwiek tą informacją.
Opłukała
twarz w zimnej wodzie i osuszyła ją delikatnie ręcznikiem. Chwyciwszy potrzebne
kosmetyki i małe podręczne lusterko, wyszła z łazienki. Marek z ulgą wparował
do środka i pospiesznie zamknął za sobą drzwi.
-
Nie ma za co! – zawołała za nim i podreptała do swojego pokoju.
Fakt,
że do końca tygodnia miała jeszcze zwolnienie lekarskie, pociągało za sobą dobre i
złe strony. Dobre było to, że wreszcie mogła nadrobić zaległe książki, które
leżały na półce już od kilku miesięcy, chodzić na leniwe i niespieszne spacery
po Sopocie w rzednącym tłumie turystów i nabrać trochę dystansu do sytuacji,
która pozbawiała ją resztek spokoju przez ostatnich kilka tygodni. Złe było w
sumie tylko jedno – brak dochodów. Drżała na myśl o konieczności zapłacenia
czynszu pod koniec miesiąca.
Nagle
do pokoju wbiegła Zuza, trzymając w dłoniach czekoladową muffinkę z wetkniętą
po środku różową świeczką.
-
Sto lat sto lat sto lat! – zaintonowała nieudolnie i podstawiła jej muffinkę
pod nos. – Pomyśl sobie jakieś zajebiste życzenie i zdmuchnij.
Lena
spojrzała na przyjaciółkę z pobłażaniem i uśmiechnęła się do niej krzywo.
-
No już, już – ponagliła ją Zuza. – Cała świeczka zaraz zniknie, jak będziesz za
długo myśleć.
Lena
zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech i dmuchnęła w dogrywający już płomień.
-
Cudnie. Mam nadzieję, że życzenie było naprawdę przednie. Wiesz, jak ciężko było
znaleźć jedną świeczkę?
-
Nie martw się. Twoje trudy nie poszły na marne, moje życzenie było przednie jak
cholera. – Zuza pokiwała z zadowoleniem głową i wyjęła z muffinki resztki świeczki. – Wakacje w
ciepłym kraju. Pod prażącym słońcem, w cieniu rozłożystych palm…
-
Ojej no. – Syknęła i uśmiech natychmiast spełzł z jej ust. – Po coś mi to powiedziała? Teraz się nie spełni.
-
Jakim cudem miałoby się spełnić, nawet gdybym ci nie powiedziała?
Zuza
wzruszyła ramionami: - Na tym właśnie polega magia urodzinowego życzenia. O
proszę! – zawołała triumfująco, wyciągając w jej stronę oczyszczone z wosku
ciastko.
-
Na pół? – zaproponowała Lena.
-
Na pół – zgodziła się Zuza i pobiegła do kuchni po jeden z tępych nożyków.
Spałaszowały
muffinkę ze smakiem i wymieniły rozbawione spojrzenia.
-
To jeszcze nie wszystko! – Zuza wyciągnęła z kieszeni swetra trzy prostokątne
kartoniki i podała je solenizantce. – Dwie karty podarunkowe o łącznej wartości
stu złotych. Do księgarni – dodała, widząc jej spojrzenie. – I zniżka do
Starbucksa w Galerii Bałtyckiej! Kiedy my wszyscy pójdziemy do pracy jak
normalni ludzi, ty będziesz raczyć się urodzinową kawą.
-
Akurat dzisiaj?
Zuza
wydęła usta. – No… Zniżka jest ważna do dzisiaj. A poza tym, to dzisiaj masz
przecież urodziny, prawda? Jutro kawa już nie byłaby urodzinowa.
-
No tak. Masz rację.
-
Wiem.
Lena
schowała kartoniki do kieszeni szlafroka: - Nie musiałaś, wiesz?
Zuza
znowu wzruszyła ramionami: - Chciałam. Pamiętaj, że dla zaradnego studenta,
zdobycie kart podarunkowych i zniżek nie jest wielkim wyzwaniem.
-
I tak nie musiałaś. – Zuza wydęła z niezadowoleniem usta. – Ale lubię to
bardzo. A zwłaszcza fakt, że mogę bezkarnie wydać na książki całe sto złotych.
Zuza
zaśmiała się pod nosem: - Tak podejrzewałam.
Nagle
w drzwiach mignął im Marek w samych bokserkach. Zuza zerwała się z łóżka i
wydarła na całe gardło: - Moja kolej! Natalia nie waż się wleźć do łazienki! –
Po czym zniknęła za drzwiami jej pokoju.
Lena
zakopała się pod kołdrą i oparła plecami o ścianę. Spojrzała kątem oka na mały
kalendarz stojący na parapecie. Od wyników badań histopatologicznych dzieliło
ją tylko jedenaście dni. I potem – być może – będzie mogła wreszcie porządnie
odetchnąć. Jakikolwiek miałby być rezultat – świadomość tego, że nic jej nie
dolega, albo że dolega jej aż nadto, była zdecydowanie lepsza niż to
zawieszenie pomiędzy jednym a drugim. Chciała po prostu wiedzieć. Tyle.
Jedenaście dni. Wytrzyma.
2.
Dochodziła
już druga, kiedy wreszcie udało jej się dojechać do Wrzeszcza i skierować w
stronę ogromnego budynku. Pogoda nie zachwycała. Od rana przez niebo przewalały
się ciężkie ołowiane chmury gnane przez silny wiatr, który szczypał w policzki
po letnich upałach. Słabe promyki słońca, nieśmiało wyglądającego spoza swojej
pierzynki, oświetlały co jakiś czas mokre chodniki i kolorowe parasolki sterczące
nad spieszącymi ludźmi, nie dając jednak ciepła, które zapewniało jeszcze kilka
tygodni wcześniej.
Lena
pospiesznie weszła do środka, otrzepując skórzaną kurtkę z drobnych kropel i
poprawiając na szyi długą chustę. Pospiesznie związała wilgotne włosy w kucyka
i z entuzjazmem pospieszyła na drugie piętro. Ludzie włóczyli się po pasażach
samotnie lub w grupach, zerkając ukradkiem na lśniące wystawy – obwieszone
nowościami manekiny, kolorowe plakaty informujące o „wielkich letnich
wyprzedażach”, jubilerskie błyskotki pilnowane przez elegancko ubrane kobiety.
Lena mijała to wszystko, uparcie patrząc przed siebie. Nigdy nie rozumiała
ludzi, którzy przychodzili do centrów handlowych na spacery, żeby „sobie
popatrzeć”. Jaki to miało sens? Wzbudzało tylko frustrację faktem, że nie można
było sobie na wiele pozwolić; że nie można było sobie pozwolić na nic. A
frustracje były niebezpieczne, bo prowadziły do wyciągania błędnych wniosków,
typu: jestem biedny, bo nie stać mnie na buty za kilkaset złotych; jestem
nieszczęśliwa, bo stać mnie tylko na jedną sukienkę; jesteśmy biedni i
nieszczęśliwi i to wszystko wina państwa i ludzi wokół mnie. Złapani w macki
konsumpcjonizmu, nawet nie zdawali sobie sprawy, że są obiektami wierutnej
manipulacji.
-
Caramel Macchiato Grande – powiedziała, kiedy wreszcie dotarła na miejsce. – Na
wynos.
Po
czym oparła się o drewniane siedzisko niedaleko kasy. W momencie kiedy z uwagą
nakładała na swój kubek plastikową pokrywkę, ze sklepu sportowego zaledwie
kilka metrów od niej, wyszła roześmiana grupa składająca się z nieprzeciętnie
wysokich osobników. Lena spojrzała z przerażeniem na ich ciemne bluzy, na
których widniało logo Plusa.
-
I wtedy wrzeszczę na całe gardło, że to przecież był aut. Że jak można być tak
ślepym, żeby tego nie dostrzec. I że bloku też nie było. I jakim trzeba być idiotą,
żeby myśleć inaczej. I potem podchodzi do mnie Winiar i mówi: Ty, ale przecież
Misiek się przyznał.
Cała
grupa wybuchła zgodnym śmiechem i zaczęła powoli toczyć się w jej stronę. Lena
poczuła, jak zaczynają jej drżeć ręce, kiedy bezskutecznie usiłowała przymocować
pokrywkę na papierowy kubek. Nie wiedziała, czy była to tylko iluzja wywołana
nagłym stresem, czy może coś rzeczywistego, ale miała wrażenie, że wśród
śmiechów całej grupy, słyszy ten jeden głos, którego miała nadzieję nie
słyszeć. Ogarnięta paniką chwyciła ze zdecydowaniem kubek z kawą w jedną rękę,
a pokrywkę w drugą i chowając pół twarzy w swojej ogromnej chuście, zaczęła się
wycofywać na drugą stronę pasażu.
-
Bartek, a jak się czujesz po wczoraj, co?
-
A weź daj spokój.
Cała
grupa znowu wybuchła gromkim śmiechem.
-
Tego jeszcze nie było – zaczął jeden z nich, przekrzykując nawracające wybuchy
śmiechu. Lena zatrzymała się na moment po drugiej stronie kawiarni i przełożyła
kubek do drugi ręki, bo opuszki tej pierwszej zaczęły niebezpiecznie szczypać
pod wpływem znajdującej się w nim kawy. – Żeby ktoś w negliżu cię…
Nagle
poczuła jak coś masywnego wpada na nią od tyłu. Nie miała nawet czasu, żeby
złapać równowagę. Pochyliła się do przodu, zrobiła kilka kroków i zanim zdążyła
się złapać barierki, chlusnęła sobie gorącą kawą w szyję, szczęśliwie omijając
większość twarzy. Za jej plecami zapadła grobowa cisza. Lena zamrugała
energicznie oczami i upuściła pusty kubek na podłogę.
-
O kurwa – powiedział ktoś tuż nad jej głową. – Przepraszam.
Baristka
natychmiast przybiegła do niej z naręczem serwetek, głupio pytając, czy coś się
stało. Nie, oczywiście, że nic się nie stało – pomyślała z przekąsem. – Skąd to
pani w ogóle przyszło do głowy? Zawsze zamawiam kawę, żeby potem zrobić sobie z
niej prysznic w samym środku centrum handlowego. Co panią tak dziwi? Dzień jak
co dzień.
-
W porządku – odpowiedziała na kolejne przeprosiny dochodzące zza pleców. – Nic
się nie stało – dodała bez przekonania.
Kiedy
usiłowała odkleić od szyi mokrą chustę, przed oczami zamajaczyła jej zmartwiona
twarz w okularach bez oprawek.
-
Dobrze, że nie poszło pani tak całkiem w twarz – ocenił, krytycznie jej się
przyglądając.
-
Aha.
Otrzepała
mokrą rękę i zdjęła z siebie ubranie wierzchnie.
-
Ja potrzymam – zaoferował się.
Lena
podała mu z ociąganiem ubranie i wykrzywiła usta w nieszczęśliwym grymasie.
Żeby sięgnąć po serwetki i wytrzeć ociekający policzek, musiała odwrócić się w
stronę milczącej teraz grupy. Poczuła, jak jej policzki pokrywają się ciemnym
rumieńcem.
-
Dziękuję – odrzekła i powoli odwróciła się w stronę baristki. Sięgnęła po
serwetki i rzuciła jej pełne wdzięczności spojrzenie.
Kiedy
wycierała policzka, usłyszała jak ktoś energicznie strzepuję jej kurtkę i mówi
niepewnie: - Nie jest tak źle…
-
Poza tym, że wyglądam, jakbym nie zdążyła do toalety, to owszem.
Wszyscy
jak jeden mąż spojrzeli w dół. Część kawy, która spłynęła po skórzanej kurtce,
utworzyła ciemne plamy na górnej części jej ud. Lena z całych sił starała się
nie patrzeć w tym jednym kierunku, który przerażał ją najbardziej, i na który
była teraz bezlitośnie wystawiona.
Sprawca
podrapał się po głowie i wykrzywił usta w półuśmiechu, półgrymasie.
-
Kupiłbyś chociaż pani nową kawę – odezwał się któryś z nich.
Lena
podniosła nieśmiało wzrok znad blatu zastawionego białymi kubkami i pierwszy
raz spojrzała wprost na grupę. Wszyscy byli ubrani jednakowo w granatową bluzę
i dżinsy. Lena przeskanowała przelotnie ich twarze i zatrzymała się na jednej z
nich. Tam również gościły okulary bez oprawek.
-
Tak, oczywiście, jasne. Co pani… piła?
Patrzyła
przez moment w te pozbawione wyrazu oczy schowane za średniej wielkości
szkłami, po czym wrzuciła mokre serwetki do kosza na śmieci.
-
Nie trzeba.
-
Trzeba – powiedział stanowczo i podał jej kurtkę. – Chociaż tyle mogę zrobić.
Po
uzyskaniu niezbędnych informacji podszedł stanowczo do kasy. Lena jeszcze raz
strzepnęła kurtkę i widząc, jak grupa wycofuje się pod witrynę sklepu z butami,
poszła niepewnie za nim. Wbrew sobie non-stop zerkała w ich stronę, usiłując
wyłowić tę jedną twarz. Twarz, która za każdym spojrzeniem, wydawała się
obojętna.
-
Kogo pani tam tak wypatruje?
Lena
szybko przywdziała koślawy uśmiech i potrząsnęła głową.
-
Nikogo. Podziwiam fenomen polskiej siatkówki.
-
Ha! – wykrzyknął triumfalnie, płacąc za kawę. – A więc wie pani, kim jesteśmy.
-
Oczywiście, że wiem. Wnukom będę opowiadać, że Michał Kubiak oblał mnie kawą.
Albo… - zawahała się. – W sumie, że oblałam się kawą przy Michale Kubiaku.
Zaśmiał
się głośno i szczerze, chowając do kieszeni portfel.
-
Jeszcze raz przepraszam.
Wzruszyła
ramionami: - Zdarza się. Wygracie mecz z Turcją i będziemy kwita.
-
Zgoda – przytaknął i podał jej chustę.
Pachniała
wilgocią i kawą. Chwyciła ją niepewnie i przewiesiła ostrożnie przez torebkę.
Rzuciła za nim jeszcze jedno ostatnie spojrzenie, kiedy oddalał się wraz z
towarzyszami w stronę stoisk gastronomicznych. Czuła w sercu dziwną pustkę i
nie wiedziała dlaczego. Przecież zdawała sobie sprawę, że wrócił do swojego
świata, do którego ona nie miała wstępu. Przecież zdawała sobie sprawę, że od
ich ostatniego spotkania minął ponad miesiąc. Przecież było tak, jak chciała.
Było tak, jakby się nigdy nie znali.
Z
przesadną starannością umocowała na kubku plastikową pokrywkę i udała się w
kierunku wyjścia. Pal licho karty podarunkowe i książki. Zakupy może zrobić
także w Sopocie. Szła i uciekała zarazem. Uciekała najszybciej jak się dało, bo
nie wiadomo dlaczego czuła, że musi uciekać.
3.
Do
Sopotu pojechała dopiero około szóstej, kiedy słońce zaczęło śmielej wyglądać
zza chmur. Choć drzewa wciąż ociekały po przelotnych kapuśniaczkach przez cały
dzień nawiedzających Trójmiasto, powietrze wreszcie przestawało smakować ciężko
od wszechogarniającej wilgoci. Lena spacerowała wzdłuż Monciaka, trzymając w
ręku siatkę pełną książek. W księgarni, do której wstąpiła na samym początku,
pozgarniała chyba z dziesięć przecenionych tytułów, wydając dokładnie 99
złotych i 95 groszy. Myślała o tym osiągnięciu z dumą godną zdobycia medalu
olimpijskiego. Cóż, priorytety.
Mimo
że ból w boku już od godziny starał się coraz bardziej dokuczliwy, pchała swoje
ciało do przodu, dalej i dalej, aż weszła na molo i zaczęła niezręcznie wymijać
plączące się pod nogami dzieci i spacerujące leniwie pary. Od czasu operacji
dostrzegała znacznie więcej i choć jej zmysły przytępione były przez chroniczny
strach przed możliwościami, jakie pociągało za sobą jutro, chciała także robić
więcej. Chodzić, odkrywać, patrzeć, chłonąć. Świat nagle wydał jej się ogromny.
Dlaczego był tak przerażająco ogromny?
Lena
przemknęła obok robiących sobie zdjęcie nastolatków i przypadkiem zahaczyła o
wystający z balustrady kant. Kiedy tylko pociągnęła za siatkę, zdała sobie
sprawę, że popełniła fatalny błąd. Cienki materiał rozerwał się na pół i ledwie
zdążyła go schwycić tak, aby jego zawartość nie wylądowała na drewnianych deskach, po których
beztrosko spacerowały gołębie. Chwilę jednak później, usiłując objąć wszystkie swoje zdobycze, ktoś szturchnął ją mocno w prawie ramię i wszystko w hukiem
wylądowało na ziemi.
-
Jezu – mruknęła pod nosem. – Uważaj jak leziesz! – zawołała, ale kiedy
podniosła głowę i jej spojrzenie napotkało sprawcę bałaganu, zdała sobie sprawę,
że popełniła kolejny fatalny błąd. Na nic zdały się ucieczki. Znowu stanęła
twarzą w twarz z granatową bluzą z logo Plusa i okularami bez oprawek. Tylko
tym razem ich właściciel dobrze wiedział, kim jest.
-
Przepra… - zaczął, ale urwał w pół słowa, kiedy zobaczył jej twarz.
Lena
spuściłą głowę, z trudem powstrzymując potok niecenzuralnych słów cisnący jej
się na usta. Kurwajapierdolewdupejeżatlenionegojegomać.
-
Przepraszam – wymamrotał, spoglądając nerwowo na kolegów.
Wzruszyła
tylko ramionami i schyliła się, żeby pozbierać porozrzucane po ziemi książki.
Bartka zapiekły policzki, kiedy poczuł na sobie ich zdziwione spojrzenia.
-
Czekaj, pomogę ci – powiedział wreszcie, przerywając niezręczną ciszę i również
kucnął nad powstałym bałaganem.
-
Poczekamy na ciebie przy wejściu – odezwał się po chwili Michał i zaczął
popychać resztę w kierunku wejścia na molo.
Lena
przeklęła w myślach swoje zakupy, z których jeszcze pół godziny temu tak
absurdalnie się cieszyła. Wsadziła do torby rozdartą reklamówkę i zaczęła
układać w stosik wszystkie swoje zdobycze. Nie miała pojęcia, jak uda jej się
to wszystko wcisnąć do torby, ale w tej chwili mało ją to obchodziło. Jej
nadrzędnym zmartwieniem był fakt, że zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy
nachylała się osoba, której sama obecność wywoływała w niej dreszcze.
-
Spore zakupy – mruknął niechętnie, sięgając po skandynawski kryminał, który
wylądował pod ławką.
-
Karty podarunkowe – odrzekła cierpko, biorąc od niego książkę. Ich spojrzenia
spotkały się na moment, ale szybko odwrócili od siebie wzrok.
-
Masz dobrych przyjaciół. Albo coś.
-
Dobrą okazję.
Lena
wcisnęła, co mogła do torby, a resztę przytuliła w objęciach do piersi. Pomimo
drętwienia w nogach, wciąż kucali, unikając swojego wzroku.
-
Dobrą okazję – powtórzył tylko i oparł łokcie o kolana.
-
Ludzie uwielbiają wydawać na ciebie pieniądze, kiedy stuka ci kolejny rok. Tak,
dobrą okazję.
Spojrzał
na nią i zmarszczył brwi: - Masz urodziny?
Lena
podniosła się z kucek, wciąż ściskając w objęciach naręcza książek pachnących
świeżością. Po raz pierwszy ten zapach przyprawiał ją o mdłości. Był dławiący i
nieprzyjemny, zupełnie jak ta absurdalna sytuacja, w której oboje się znaleźli.
Znowu tylko wzruszyła ramionami.
-
Też niedawno miałem urodziny – powiedział, również podnosząc się do pozycji stojącej.
-
I co sobie sprawiłeś? Samochód? Szwajcarski zegarek?
Zmarszczył
brwi jeszcze bardziej i wyprostował ramiona. Miała wrażenie, że płotek
wyznaczający granicę ich wzajemnych relacji, nagle przeistoczył się w mur
obronny, którego pomimo najszczerszych chęci nikomu nie udałoby się sforsować.
-
Zimny prysznic – odpowiedział chłodno.
Spojrzała
na niego ze zdziwieniem.
-
Napisałem do ciebie – dodał. – A ty mnie kompletnie zlałaś.
Mierzyli
się przez chwilę spojrzeniami.
-
A czego się spodziewałeś? – warknęła wreszcie i przestąpiła niecierpliwe z nogi
na nogę. – Że wyznam ci miłość, telefonicznie rzucę ci się na szyję i…
-
Czegokolwiek – przerwał jej i zacisnął usta.
-
Czegokolwiek – prychnęła. – Ja się spodziewałam czegokolwiek przez ten miesiąc,
kiedy się nie odzywałeś. Po tym jak zwiałeś do Wrocławia zamiast ze mną
szczerze porozmawiać.
-
Bo akurat chciałaś, żebym został – prychnął. – Nie rozśmieszaj mnie. Przyszłaś
do mnie pijana w sztok i zaczęłaś wyrzucać, jak to bardzo mnie nienawidzisz, i
jak to bardzo rozpieprzyłem ci życie. I ty mówisz o szczerej rozmowie?
-
Nie próbuj zwalać wszystkiego na mnie. Gdybyś był prawdziwym facetem, nie
brałbyś dupy w troki tylko dlatego, że usłyszałeś kilka nieprzyjemnych słów.
-
Odezwała się pani idealna. Pewnie gdybyś nie miała rąk zajętych przez te konsumpcjonistyczne
zachcianki, którymi tak pogardzasz, znowu dałabyś mi w twarz, co? Bo przecież
błędów się nie popełnia. Kto normalny popełnia błędy?
-
Oczywiście, bo najłatwiej powiedzieć, że wszyscy popełniają błędy i oczekiwać,
że to wszystko usprawiedliwia. Że każdy ma jakiś pieprzony obowiązek, żeby
przymknąć na to oko, puścić w niepamięć, pogłaskać po główce i powiedzieć, że
wszystko będzie dobrze. Bo przecież każdemu może się zdarzyć, bo przecież to
nie twoja wina.
-
Ile razy mam powtarzać, że to wszystko nie było rezultatem jakiegoś diabelnego
planu?
-
A ile razy ja mam powtarzać, że to nic nie zmienia? Swoją drogą jestem ogromnie
ciekawa, jak twoja dziewczyna zareagowała na te rewelacje. – Bartek zacisnął
usta. – Oczywiście zakładając, że w ogóle jej powiedziałeś.
-
Nie twój zasrany interes, czy jej powiedziałem.
-
Innymi słowy nie powiedziałeś. I jakoś specjalnie mnie to nie dziwi.
-
No proszę, mów dalej, jakim to jestem okropnym człowiekiem. Proszę, wyrzuć to z
siebie.
-
Jesteś – tupnęła ze złością nogą, tracąc nad sobą panowanie. – Jesteś. I jest
to tym gorsze, że przez ciebie cały obraz siatkówki zbrzydł i spospoliciał.
Miałeś być wyjątkowy. Miałeś być wyjątkowy tak jak sam sport. A okazałeś się
zwykłym facetem.
-
Jestem zwykłym facetem – przerwał jej niecierpliwie. – Jestem zwykłym
człowiekiem. Sama mnie prosiłaś, żebym zrzucił maskę, przez pryzmat której
widzą mnie kibice. A kiedy stałem się sobą i wyszło na jaw, że nie jestem
idealny, zaraz zaczęły się twoje frustracje.
-
Nie to miałam na myśli, mówiąc, że jesteś zwykłym facetem.
-
Gówno prawda. Dokładnie to miałaś na myśli. – Lena otworzyła usta, żeby coś
powiedzieć, ale wszedł jej w słowo. – Ty też miałaś być wyjątkowa. Miałaś być
kimś, przed kim nie musiałbym niczego ukrywać. Miałaś być kimś, przy kim mógłbym
być sobą. A okazałaś się nie lepsza od tych wszystkich ‘hotek’, które marzą o
romantycznych bzdetach i gówno wiedzą o rzeczywistości.
-
Odezwał się ktoś, kto żyje w swoim małym siatkarskim świecie i wszystko widzi
przez pryzmat swojej sławy.
-
W dupie mam swoją sławę – odpowiedział poirytowany.
-
To dlaczego wszystkich osądzasz pod jej kątem? Dlaczego sądzisz, że moje
frustracje wynikają tylko z jakichś chorych fantazji? Myślisz, że granie na dwa
fronty przez jakiegokolwiek innego faceta byłoby spoko i git? – Bartek wypuścił
głośno powietrze i spojrzał na czekających przy wejściu kolegów. – Masz rację.
Mam niewyobrażalną ochotę dać ci teraz w twarz.
-
Nie wiem, po co w ogóle rozmawiamy – powiedział po chwili przez zaciśnięte
zęby. – To nie ma najmniejszego sensu.
-
No to idź. Nie krępuj się. Już raz to dzisiaj zrobiłeś. No idź – powiedziała
podniesionym głosem i gdyby jej ręce nie były zajęte przez książki, popchnęłaby
go w stronę wyjścia. – Idź, żyj jak ci się podoba i daj wreszcie o sobie
zapomnieć.
Bartek
spojrzał na nią ze złością.
-
No idź!
Odwrócił
się od niej na pięcie, wsadził ręce do kieszeni i pomaszerował w kierunku
czekających na niego kolegów. Jeden z nich, o coś go zapytał, ale Bartek minął
ich obojętnie i szybkim krokiem zniknął za zakrętem.
Lena
pomasowała energicznie lewy bok, po czym usiadła na ławce obok przygarbionego
staruszka mierzącego ją krytycznym spojrzeniem. W głębi ducha miała nadzieję,
że Bartek jednak zostanie, że jakoś się dogadają, że uda im się zatrzeć chociaż
to nieprzyjemne wrażenie z przedpołudnia. To wszystko. Wcale nie zależało jej
na „romantycznych bzdetach”, ale skoro już się spotkali, miała nadzieje, że
wyjaśnią sobie parę spraw i wreszcie będzie mogła spojrzeć na to wszystko z
poczuciem pewnego dopełnienia. Spojrzała na mewę spacerującą opodal po
drewnianych deskach. Chciałaby być mewą. Te wszystkie emocjonalne człowiecze
bzdury były do dupy.
4.
-
Zuza spóźni się na nasze celebracje – powiedział Marek, wchodząc zamaszystym
krokiem do kuchni i taszcząc na ramieniu torbę wypełnioną zakupami.
-
Komuś tu chyba dobrze poszedł egzamin z biofizyki – Lena uśmiechnęła się do
niego słabo i położyła łokcie na stole.
-
Ale ja nie o tym – powiedział, rzucając jej przelotne spojrzenie. – Celebrujemy
fakt, że za rok będziesz ćwiećwieczną babcią.
„Zobaczymy”
pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos.
-
Patrz, co mam! – Marek teatralnie wyjął z torby długą jasną butelkę. – Wino!
Napijemy się za twoje zdrowie!
Lena
oparła brodę na dłoni i westchnęła.
-
Trochę entuzjazmu, dziewczyno. To wino kosztowało mnie prawie trzydzieści
złotych. Nie smęć.
Przez
chwilę w pomieszczeniu panowała absolutna cisza.
-
Powiedz mi – zaczęła wreszcie Lena – jakie statystycznie są szanse, że dwoje
ludzi spotyka się przypadkiem dwa razy w ciągu jednego dnia? Powiedzmy, w miejscu rozmiarów
Trójmiasta?
-
0,00047% - wypaliła Natalia, wpijając w nią swój wzrok.
Lena
spojrzała na nią zdziwiona.
-
Naprawdę?
-
Nie. A uwierzyłaś mi?
Marek
pokręcił głową, mocując się w korkiem.
-
Powiedz, że tak to da ci spokój.
-
Ale że co, bo ja nie rozumiem.
-
To taka symulacja procesu. W zeszłym semestrze nie bardzo jej szło i teraz
stresuje się początkiem zajęć.
-
Oczywiście, że mi szło – odparowała Natalia, rzucając mu ostre spojrzenie. – Nie moja
wina, że ci idioci nie znają się na blefie.
-
Oczywiście, że się nie znają, skarbie.
-
Cholerni amatorzy.
Lena
z trudem powstrzymała uśmiech i wzięła do ręki kieliszek wypełniony
jasnoróżowym płynem.
-
A jakie jest prawdopodobieństwo, że od wina będę jutro na kacu? – zapytała,
patrząc na nią z ukosa.
-
Żadne – odpaliła ponownie Natalia. – Prędzej dostaniesz zatwardzenia.
Marek
zakrztusił się winem, a Lena wybuchła gromkim śmiechem.
-
Nie wiem, o co im chodzi – powiedziała później, ocierając mokre policzki. – Ja
tam uważam, że jesteś bardzo przekonująca.
Pod wpływem alkoholu Lenie udało się wyprzeć z pamięci co poniektóre słowa, które padły tego dnia; wypowiedziane z niechęcia, jakiej do tej pory jeszcze nie znała. A kiedy wreszcie położyła się spać, czuła dziwny wewnętrzny spokój. Ból po lewej
stronie podbrzusza przytępił alkohol, a w głowie przyjemnie szumiało. Brakowało
jej tylko jednego. Pewności. W jej wszystkich możliwych wymiarach. Czuła pod skórą
czyjąś obecność. I czuła, że ciężko ją będzie stamtąd wykurzyć. Zwłaszcza, że
przez najbliższy tydzień będzie na wyciągnięcie ręki.
-
Cholercia – powiedziała do siebie, przywdziewając głupawy uśmiech. A potem
zasnęła.
Jak pisałam, moje
plany dotyczące dodawania jednego rozdziału co tydzień runęły pod naporem
kolokwiów i zaliczeń, a nie chciałam wrzucać „byle czego”. Najmocniej
przepraszam. Postaram się to nadrobić podczas świąt. Zobaczymy, czy czas i wena
dopiszą.
Względem Mistrzostw
Europy w tym opowiadaniu – zamienię Danię na Bułgarię, bo potrzebuję potencjału
bułgarskiej publiczności na samo zakończenie (które nawiasem mówiąc już jest
gotowe i czeka na swoją kolej!).
Trzymajcie się
ciepło! Święta już blisko! :)
Etykiety: bartek, lena, pierwsze, siatkówka |
wooden minds.
You made me forget myself and I thought I was someone else. Someone good. powrót | posłuchaj | blogskins Lena & Bartek
And arbitrary blackness gallops in: I shut my eyes and all the world drops dead. ~Sylvia Plath prolog rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX rozdział X rozdział XI rozdział XII rozdział XIII rozdział XIV epilog Celina & Andrzej
~Edith Piaf prolog rozdział I Czytam
czy zostaniesz? brave soldiers voy contigo |