1.13.
sobota, 18 stycznia 2014 10:09
Rozdział XII
26.09.2013

Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że nie istnieją rzeczy niemożliwe. Spełnianie marzeń było oczywistą oczywistością, a ja wierzyłam, że jeśli człowiek naprawdę czegoś pragnie, jest w stanie to osiągnąć. Teraz jednak rozumiem strach, rozumiem rozczarowanie, rozumiem zgorzknienie. Bo nikt mi nie powiedział, że im więcej ryzykujesz, tym więcej tracisz. Bo nikt mi nie powiedział, że marzenia mogą się nie spełnić. Bo nikt mi nie powiedział, że człowiek głównie się boi. I cały światopogląd diabli wzięli.

1.

Było siedem po piątej, kiedy obudził ją dzwonek do drzwi. Usiadła i rozejrzała się po pokoju przez półotwarte oczy. W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Wszyscy jeszcze głęboko spali. Lena spuściła nogi w dół i ziewnęła potężnie. Zacięty mecz poprzedniego wieczoru, który trzymał kibiców na hali w ciągłym napięciu przez pięć długich setów, sprawił, że wróciła do domu po pierwsze późno, a po drugie w stanie swoistego upojenia, które nie pozwalało jej zamknąć oczu dopóki zegar nie wybił godziny drugiej w nocy. A kiedy wreszcie czuła, że odpływa w krainę snów, zadzwonił Bartek i półprzytomnie przegadali ze sobą kolejną godzinę. Gdyby nie to, że niedługo i tak musiała wstać, również nie fatygowałaby się do drzwi. Z trudem dźwignęła się do pozycji stojącej i zarzuciwszy na ramiona powyciągany sweter, poczłapała do przedpokoju. Dźwięk dzwonka ponownie rozległ się w mieszkaniu.
- O Jezu. No już przecież idę – mruknęła pod nosem.
Otworzyła drzwi i wystrzeliła wrogim spojrzeniem w przybysza.
- A pan tu czego? – zapytała stojącego w progu Bartka. – Wie pan, która jest godzina?
- O siódmej mamy samolot.
- I przyjechał pan specjalnie, żeby mnie o tym poinformować?
Bartek uśmiechnął się i wyjął z kieszeni dwa bilety.
- Pan przyjechał ci to dać.
Lena przetarła oczy dłonią i szczelniej owinęła się swetrem.
- Na finały – powiedział. – Dla ciebie.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko wszedł jej w słowo.
- Jesteś moim błędem komunikacyjnym.
- Słucham?
- Cząstką oceanu cytoplazmatycznego na planecie Solaris.
Pamiętał. Lena oparła głowę o drzwi i spuściła oczy, tłumiąc śmiech.
- Dla którego mógłbym poświęcić zdrowe zmysły i oddać się szaleństwu.
Bartek oparł się o framugę drzwi i schylił lekko, żeby zajrzeć jej w oczy.
- Tym razem wytaczasz ciężkie działa, co?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Lena podniosła głowę i spojrzała na niego z rozbawieniem.
- Czarujesz, bo masz mało czasu – powiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste.
- No czasu rzeczywiście nie mam za dużo – przyznał. – Co wcale nie oznacza, że reszta nie jest szczera.
Lena poczuła jak miękną jej kolana.
- Przyjedziesz? – zapytał.
- Nie wiem. Nie wiem, jak będzie z pracą.
Jedna brew Bartka uniosła się do góry.
- Liczyłem na bardziej zdecydowaną odpowiedź.
- Kiedy to wcale nie jest takie proste.
- Daj rękę.
Bartek ujął jej podniesioną dłoń i położył na niej bilety. Zacisnęła usta. Przecież nie mogła mu obiecać, że przyjedzie. Wyniki. Praca. Samolot. Hotel. Pieniądze. Na samą myśl o tym wszystkim robiło jej się niedobrze.
- Przyjedź. Proszę – powiedział, cofając swoje ręce.
- Postaram się. Postaram się z całych sił – dodała, widząc jak marszczy czoło.
- Obiecujesz?
- Z całych sił i jeszcze bardziej.
Nachylił się nad nią i ich usta się złączyły. Lena zastanawiała się, czy to kiedykolwiek wyda jej się rzeczywiste i prawdziwe. Czy kiedykolwiek uwierzy, że to się dzieje naprawdę. Czy kiedykolwiek uda jej się doświadczyć tego bez poczucia surrealizmu, bez wrażenia, że stoi gdzieś obok i jest tylko obserwatorem.
- Muszę już iść – powiedział, trącając jej nos swoim. Lena pogłaskała go po szorstkim policzku.
- Też mogłabym dla ciebie zwariować. Nawet dla tych paru nieprawdziwych chwil.
- Dwie cytoplazmy na obcej planecie.
- Brzmi jak marzenie – zaśmiała się.
Bartek stał nieruchomo, wciąż się nad nią nachylając.
- Naprawdę muszę już iść – westchnął.
Lena odsunęła się od niego i delikatnie popchnęła go w kierunku klatki schodowej.
- Sio.
Stał tam uparcie jeszcze przez kilka chwil, po czym powiedział z naciskiem:
- Będę na ciebie czekał.
I włożywszy ręce do kieszeni, pospiesznie zbiegł po schodach.

2.

Przez całe przedpołudnie Lena chodziła dziwnie podładowana. Myślała o opcjach i możliwościach, i o sposobach, które pozwoliłyby jej wykpić się od zobowiązań. Była jednocześnie podekscytowana i śmiertelnie przerażona. Chciała jednocześnie lecieć i zakopać się pod kołdrą. Być tu i tam. Przenieść się do Bułgarii bez konieczności płacenia za lot, za hotel; bez konieczności przechodzenia przez te wszystkie etapy, które przyprawiały ją o mdłości. Zobowiązania i samodzielność były do kitu. Były tak do kitu, że już bardziej się nie dało. A SMS-y, które Bartek serwował jej regularnie przez cały dzień, wcale nie pomagały:

No to wylądowaliśmy. Teraz czekam na ciebie.
Bo będziesz, prawda?
Prawda?

Ty weź mnie przestań naciskać.

Ktoś musi, skarbie.

Nie mów do mnie skarbie, jak mnie naciskasz.

To jak mam do ciebie mówić?

Jakoś inaczej.

Lenka?

Nikt nie mówi do mnie Lenka.

To dobrze czy źle?

Sama nie wiem.
Ale jeśli ty możesz mnie zwyzywać skarbami i Lenkami, to ja też chce.
Jak mam na ciebie mówić?

Nie wiem.
Bartek?

Nie.

Co ci przeszkadza w Bartku?

Co ci przeszkadza w Lenie?

Jest bezosobowa.

No właśnie.
Mniej więcej.

Lenko.

Bartusiu.

Nie, tak nie mów.
Mama tak do mnie mówi.
Nie chcę, żebyś mi się kojarzyła z mamą.
To by było dziwne.

Dobrze, kochanie.

Kochanie też do mnie mówi.

To może zacznijmy od tego, jak do ciebie nie mówi.

Krasnalu.

Z oczywistych względów.
Będziesz olbrzymem.

Jestem olbrzymem.

A to swoją drogą.

Dobra. Niech ci będzie.
Ja zostaję przy Lence.

Nie będę się sprzeciwiać.

Nasz pierwszy wspólny konsensus.

Czekaj, zapiszę w kalendarzu.
No to żeś się wkopał w rocznicę konsensusu.

E tam.

Teraz będziesz musiał mi kupować rocznicowe kwiaty.

Z chęcią.

Ale tak naprawdę to tego nie rób.
Bo to był żart.

Z rocznicy konsensusu się nie żartuje.

Sorry.

A tak na marginesie.
Lenko.
Będziesz, prawda?

3.

Kiedy późnym popołudniem wróciła z pracy, mieszkanie wypełniała kakofonia rapu z nowego stereo, które Tomek przytachał ze starego mieszkania wraz z innymi tobołami zagracającymi teraz kuchnię, przedpokój i wszelkie możliwe kąty mieszkania. Lena z niechęcią zajrzała do kuchni, w której przypalał się sos do spaghetti, a Zuza z Tomkiem obłapywali się pod oknem, nie zwracając uwagi na tak prozaiczne sprawy jak obiad. Szybko zawiesiła kurtkę na obładowanym wieszaku i zamknęła się w pokoju. Dudnienie muzyki było jednak równie dokuczliwe jak na zewnątrz.
- Można oszaleć, co?
Marek szybko wszedł do jej pokoju i ostentacyjnie trzasnął drzwiami.
- Oszaleć! – krzyknął przez ramię, ale jego protest nic nie zmienił. Muzyka wciąż roztaczała swoje dudniące kręgi.
Marek zgarbił się lekko i wsadził ręce do kieszeni: - Mam przez weekend tyle do zrobienia, a nie wiem nawet, jak zrobię cokolwiek. Jeśli ten koleś nie zniknie z tego mieszkania do końca miesiąca, to słowo daję, ja to zrobię.
- To radzę, żebyś już zaczął szukać nowego lokum, bo Tomek raczej się stąd nie ruszy. Wczoraj przywiózł plazmę ze starego mieszkania. To się robi naprawdę poważne.
- Cóż…
- Ale jakbyście z Natalią znaleźli coś fajnego, to proszę, weźcie mnie ze sobą.
Marek zarechotał i podrapał się po głowie.
- Masz to jak w banku.
Przez chwilę nic nie mówili, uśmiechając się do siebie porozumiewawczo.
- Lena? – powiedział wreszcie, znowu chowając ręce do kieszeni.
- No?
- To jedziesz czy nie?
Lena wybałuszyła na niego oczy: - Co? Gdzie? – Marek wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu. – Skąd o tym wiesz?
- Usłyszałem.
- Usłyszałeś?
- No tak. Nie mogłem spać, więc wyjadałem resztki z lodówki.
Lena wypuściła głośno powietrze.
- Ja nie wiedziałem, że masz takie znajomości.
- Powiedz, co chcesz powiedzieć i przestań się nade mną pastwić.
Marek wzruszył ramionami: - Chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś nie tchórzyła.
- Z czym mam nie tchórzyć?
- Z wyjazdem.
Zmierzyła go zmęczonym spojrzeniem: - To nie jest takie proste.
- Może. – Ponownie wzruszył ramionami. – Ale wszystkie trudności da się jakoś pokonać.
Nagle komórka zaczęła skakać po powierzchni biurka. Lena wzięła ją do ręki i zacisnęła usta, widząc imię wymrugiwane na wyświetlaczu.
- Powiedz mu, że będziesz. – Marek chwycił za klamkę drzwi jej pokoju i uśmiechnął się przez ramię. – Nie tchórz, Lena. Nie warto.
- Cześć – rzuciła do słuchawki, kiedy zniknął za drzwiami.
- Jak minął dzień, Lenko?
Lena przycupnęła na niewygodnym krześle przy biurku i już chciała odpowiedzieć, kiedy do pokoju  nagle wpadła Zuza. Brązowe loki sterczały jej we wszystkie strony.
- Masz może gumki?
Lena spojrzała na nią, marszcząc ze złością brwi.
- Nie, nie mam gumek – rzuciła ze zniecierpliwieniem. – W przeciwieństwie do ciebie nie trzymam pod łóżkiem pudła prezerwatyw.
Zuza patrzyła na nią przez chwilę bez słowa.
- Chodziło mi o gumki do włosów – wydukała wreszcie.
Lena czuła, jak cała jej twarz, z szyją i dekoltem włącznie, oblewa się soczystym rumieńcem.
- A nie… gumek do włosów też nie mam…
- No trudno. – Zuza wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Bartek ryknął śmiechem prosto w słuchawkę.
- Siedź cicho, Bambino – fuknęła do telefonu, chowając czerwoną jak burak twarz w poduszce.

4.

Przez otwarte okno na klatce schodowej przeciskała się wilgoć zimnego wrześniowego wieczoru. Lena wspięła się po stromych schodach na drugie piętro i stanęła przed dębowymi drzwiami mieszkania, które kiedyś było jej domem. Na złotej plakietce na wysokości oczu wygrawerowano pętlastym pismem „Jan i Anna Zawistowscy”, trofeum zdobyte jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, o którego likwidacji mama nawet nie chciała słyszeć. Lena przystąpiła z nogi na nogę i nerwowo zamrugała powiekami. Rodzice źle znieśli jej wyprowadzkę. Zawsze trzymali ją pod szklanym kloszem, osłaniając od wszelkich problemów i ludzi potencjalnie problematycznych. Twierdzili, że to dla jej dobra, że dzięki temu uniknie wielu rozczarowań. Tyle tylko, że nie brali pod uwagę tego, że pod ich stałą opieką, karmiona wymówkami i logicznymi uzasadnieniami, aby nie podejmować ryzyka, wyzwania omijać szerokim łukiem i nie szukać życia poza ścianami własnego domu, zaczęła dziczeć. Bać się wszystkiego, co nie było znajome. Bać się ludzi, którzy jeździli tym samym autobusem. Bać się życia.
Kiedy Zuza dostała po dziadkach mieszkanie i zaproponowała jej jeden z trzech pokojów, w domu rozpętało się prawdziwe piekło. Mama ryczała na każde wspomnienie o wyprowadzce, krzycząc na całe gardło: „Źle ci z nami? No źle?” albo „Mam cię tylko jedną. Jedną jedyną!”, zupełnie, jakby chciała wyjechać na drugi koniec świata. Ojciec za bardzo bał się cokolwiek powiedzieć, więc jedynie kiwał potakująco głową, posyłając jej od czasu do czasu zmartwione spojrzenie. W dniu wyprowadzki miała wrażenie, że ciągnie za sobą trumnę, a nie torbę z ciuchami.
Jej dłoń zawisła nad powierzchnią drzwi. Wzięła jeden głęboki oddech i zapukała. Słyszała – a może tylko wydawało jej się, że słyszy – ciche szuranie kapci o puszyste dywany, by po chwili stanąć twarzą w twarz z ostatnią nadzieją na wyjazd.
- Cześć, mamo.
Kilkanaście minut później siedziała już w fotelu, ściskając w dłoniach kubek gorącej herbaty z cytryną. Miała wrażenie, że niezręczny uśmiech wręcz przykleił jej się do ust i cokolwiek robiła, on zwyczajnie nie chciał z nich zejść.
- Jak się czujesz? – zapytała mama, siadając w fotelu naprzeciwko niej.
- W porządku.
- A z tymi twoimi sprawami…
- Też w porządku – przerwała jej.
- No dobrze. Nie denerwuj się. Wyniki masz w sobotę, tak?
Lena pokiwała niechętnie głową. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
- Mamo… - zaczęła wreszcie. Knykcie aż zbielały od ściskania kubka z herbatą. – Ja właściwie przychodzę z pewną sprawą…
- Domyśliłam się.
- Tak?
- Ostatnimi czasy masz dla nas czas tylko przy okazji ‘pewnych spraw’.
- To nieprawda.
Znowu zapadła cisza.
- No to co to za sprawa? – ponagliła ją, upijając łyk czarnej kawy.
- Ja… - Lena urwała. Czuła, jak robi jej się duszno.
- Potrzebujesz pieniędzy, tak?
- Mamo… ja… poznałam kogoś – wykrztusiła wreszcie i rzuciła matce płochliwe spojrzenie. Na jej twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie.
- Och. Aha.
- Tak.
- Znam go? – Lena nie odpowiedziała. – Poznam go?
- To siatkarz.
- Och – powtórzyła tylko i zmarszczyła podejrzliwie brwi. – Aha?
- Bardzo mu zależy, żebym pojechała na finały mistrzostw Europy.
- A to on gra?
- No tak.
- To nie jest jakiś pokręcony sposób, żeby zafundować ci wakacje, prawda?
Lena czuła, jak cała jej twarz oblewa się rumieńcem: - Oczywiście, że nie! I nie zamierzam tych pieniędzy tak po prostu wziąć. Oddam wam. Oddam wszystko.
- Zakładając, że ci je damy.
- Ja… no tak. Oczywiście.
Mama odstawiła filiżankę z kawą na niski stoliczek zawalony codzienną prasą i spojrzała na córkę ze zmartwieniem.
- Lena, ja nie wiem, czy to jest odpowiedni moment, żebyś gdzieś wyjeżdżała. Twoje zdrowie jest jednym wielkim znakiem zapytania. Testy…
- Chrzanić testy.
- Nie mów tak.
- Sama mi mówiłaś, że to czysta formalność. Że nie ma się, czym martwić. Że wszystko będzie w porządku.
- Bo będzie.
- No więc nie rozumiem, dlaczego te formalność mają mnie teraz jakoś ograniczać. Wyniki przecież się nie zmienią, jeśli wyjadę. Będą jakie będą.
Lena również odstawiła kubek na stolik i splotła ręce.
- Mamo, proszę. To dla mnie naprawdę ważne.
Pajęcze sieci zmarszczek wokół ust rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.
- Co? Myślisz, że to może być miłość po grób? Ledwie się znacie, dziecko.
- Nie ważne, czy to może być miłość po grób, mamo. W tej chwili to jest miłość po grób. I nic tego nie zmieni.
- A on wie, że jesteś jak tykająca bomba?
Lena spuściła oczy i wbiła wzrok w swoje zielone skarpetki.
- Nie musi teraz tego wiedzieć.
- Rozumiem.
Lena wystrzeliła w nią wzrokiem.
- Nie rozumiesz – powiedziała twardo. – To nie takie proste. Mistrzostwa Europy nie dzieją się codziennie. On musi być skoncentrowany. Nie może się teraz zajmować duperelami.
Mama spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym chwyciła mocno za dłonie.
- To nie są duperele, Lena – powiedziała na to podniesionym głosem. – Twoje życie i zdrowie to nie są duperele!
- Moje życie i zdrowie mają się dobrze. Mamo… czuję się dobrze. Nigdy tak dobrze się jeszcze nie czułam. Mam ochotę na tak wiele rzeczy, które kiedyś albo mnie przerażały, albo wydawały się bezcelowe. Teraz jakby wszystko ma sens. Świat jest jakby bardziej kolorowy… większy. Mamo… Ja… Ja chyba jestem szczęśliwa.
Pokręciła z zatroskaniem głową, jakby chcąc powiedzieć, że wielu chorych tak właśnie odbiera życie, kiedy zdaje sobie sprawę, że nie zostało mu już go wiele. Ale to nie było tak. To nie tak.
- A nawet jeśli – podjęła znowu, czując jak drży jej głos. – A nawet jeśli coś rzeczywiście jest lub będzie nie tak, twoim zdaniem mam się położyć w łóżku, odciąć od świata i czekać na rozstrzygnięcie? Ja tak nie chcę. Ja chcę żyć.
- Nie mów tak.
- Jak?
- Jakbyś miała zaraz umrzeć.
Lena uśmiechnęła się cierpko.
- Jestem jak tykająca bomba. Masz rację. Ale wiesz co, teraz nic mi nie jest. A ja się postaram, żeby tak już zostało.
Przez chwilę panowała pomiędzy nimi napięta cisza. Lena poczuła jak uścisk na jej dłoni rozluźnia się.
- Prześlę ci pieniądze na konto – odezwała się w końcu mama. Wyciągnęła przed siebie drugą rękę i założyła jej jasny kosmyk za ucho.
- Oddam jak tylko…
- Daj spokój.
Dwie godziny później z ociąganiem wychodziła z ciepłych pokoi na wilgotną klatkę schodową, naciągając na ramiona skórzaną kurtkę. Mama przyciągnęła ją  jeszcze do swojej wysuszonej twarzy, szepcząc na ucho: „Jestem z ciebie dumna, córeczko.”, po czym złożyła na jej policzku delikatny pocałunek i zamknęła za sobą drzwi.

3.

Kości zostały rzucone.

I co?

Niech ci będzie.

Będziesz?

Tak.
Zawsze tam gdzie ty.
Widzimy się w sobotę.


No wreszcie udało mi się coś dodać! Pocieszam się faktem, że jeszcze tylko tydzień zajęć i zaliczeń, a potem już tylko sesja. Będzie dobrze.


P.S. Nie wiem, czy wiecie, ale zostały już tylko dwa rozdziały i epilog. Jakiego zakończenia się spodziewacie? Szczęśliwego czy dobijającego? Jestem ciekawa, ile osób się rozczaruje :D

Etykiety: , , ,



skomentuj (10)