2.3.
czwartek, 2 października 2014 10:13
Rozdział II

- Gdzie leziesz, idiotko – mruknęła pod nosem, wpatrując się w ekran swojego laptopa. Skrzywiła się, kiedy w jej słuchawkach rozległ krzyk zapędzonej w róg ofiary. – Sama tego chciałaś – powiedziała, obserwując barczystego mężczyznę, który kroczył stanowczo acz bez pośpiechu w stronę – jakże oczywistego – schronienia młodej dziewczyny ze świeżo nałożonym błyszczykiem i wyeksponowanym biustem. Stanął złowrogo w drzwiach, przesuwając grubym palcem po framudze, podczas gdy dziewczyna wręcz krztusiła się w szafie od płaczu. Film skończył się gwałtownym cięciem, kiedy obłąkany oprawca znalazł wreszcie swoją ofiarę. Jej krzyk pobrzmiewał jeszcze pośród napisów informujących o reżyserii i obsadzie, zapewne mając za zadanie przedłużyć tę wątpliwą przyjemność, jaką było oglądanie filmu. W rzeczywistości przedłużał tylko rozdrażnienie wynikające z naprawdę złego aktorstwa.
Celina wyciągnęła z uszu słuchawki i przetarła oczy. Zegarek w laptopie wskazywał godzinę 3:36.
Szczerze powiedziawszy, nawet nie brała pod uwagę tego, żeby wreszcie pójść spać. Bała się zamknąć oczy. Podświadomość – tylko w tym tygodniu, w ciągu zaledwie pięciu dni – zdradziła ją już pięciokrotnie. Zamiast, jak to zwykle bywa, pozwolić jej na pogrążenie się w czarnym niebycie, zamiast pomóc jej choć na moment przestać istnieć, ta każdej nocy serwowała jej dania najwyższej klasy i jakości. Przystawką był strach, daniem głównym przerażenie, zaś deserem świadomość nieuchronnego upadku. Co noc śniło jej się to samo, czy może raczej śniły jej się różne wariacje tego samego. I słowo „wariacje” nie jest tu wcale przypadkowe, bo istotnie było to istne „wariactwo”. Od dwóch miesięcy nie miała koszmarów. Nie miała żadnych snów. A tu nagle… Pewnego dnia… Wszystko diabli wzięli. Celina z westchnieniem wyłączyła laptopa i odłożyła go na drewnianą podłogę. Od sobotniego poranka dzieliły ją jeszcze jakieś cztery godziny. Cztery długie okropne godziny. Po których nastąpi takich całe dwanaście. I potem kolejne. I kolejne. I tak do poniedziałku. Najchętniej wzięłaby w pracy dodatkową zmianę, ale jak na złość nikt nie chciał skorzystać z możliwości wolnej soboty. Absolutnie nikt. Wszyscy woleli spędzić ją na roznoszeniu jedzenia i użeraniu się z upierdliwymi gośćmi, tym samym przyczyniając się do jej nieszczęścia. Wciśnięto jej na siłę 48 godzin wolnego, a ona nawet nie mogła przespać chociaż tych szesnastu przepisowych. Ze zgrozą pomyślała o całej reszcie. Dobrze chociaż, że niedzielne popołudnie miała zajęte korepetycjami z francuskiego, ale co z sobotą? Poza paroma sprawunkami na mieście, naprawdę nie miała pojęcia, co może zrobić. A spędzenie całego tego czasu w łóżku, w którym od tygodnia tak okrutnie się męczyła, nie wchodziło w grę. Wyciągnęła spod poduszki komórkę.
„Ten mecz to wciąż aktualne?” wystukała szybko na klawiaturze. Przez moment nie wiedziała, czy powinna wcisnąć „wyślij”. Nie miała pewności, czy nie wkopie się przypadkiem w coś jeszcze gorszego niż oglądanie tanich horrorów na pirackich stronach internetowych. Może nie. Może nie będzie aż tak źle. A czas będzie płynął w drodze na miejsce i w drodze z powrotem. Sam mecz też pewnie trochę potrwa. Zawsze to jakieś parę godzin. „Pieprzyć to” pomyślała i pospiesznie wcisnęła mały kwadratowy guzik.
Strzepnęła energicznie poduszki i położyła się na wznak, krzyżując ręce na piersiach. Spróbuje zasnąć. Musi przecież chociaż trochę pospać. Zamknęła oczy. Pod powiekami natychmiast zamajaczyły rysy męskiej twarzy zniekształcone już trochę przez upływ czasu. Gwałtownie je uniosła, ale oczom wcale nie ukazało się wnętrze pogrążonego w ciemnościach pokoju, ale bryła lodu. Po raz kolejny wspinała się po lodowcu i po raz kolejny czuła w piersiach ten dławiący strach, i tę przeklętą pewność, że cokolwiek trzyma ją przy życiu, czy to czekan wbity w gładką taflę lodu, czy raki osadzone tak solidnie, jak tylko się da, czy lina przytwierdzona w jakimś nieznanym jej punkcie na szczycie ukrytym w chmurach, że cokolwiek to jest, wyśliźnie jej się z dłoni, pęknie, lub po prostu rozpłynie w powietrzu, a ona znów będzie spadać przez kilka przeraźliwie długich chwil, zanim zderzy się ze skalistą powierzchnią. Coś kapnęło jej na głowę i przytuliła się jeszcze bardziej do ściany lodu, mając w pamięci lawinę, która przygniotła ją tysiącami ton śniegu, dusząc i dusząc, i nie powalając zaczerpnąć nawet płytkiego oddechu, dopóki nie obudziła się z siniejącymi ustami i walącym w piersiach sercem. Spojrzała bojaźliwie w górę, ale wciąż były tam tylko chmury. Gęste i nieprzeniknione. Nagle coś zaczęło ją szarpać za kostkę.
- To ty, to ty, to ty – słyszała w głowie męski głos i zacisnęła oczy.
A potem nie wiedziała kiedy i dlaczego, ale jej ciało znowu zaczęło spadać. I spadało długo, obracając się we wszystkie strony targane przez gwałtowne podmuchy wiatru, by wreszcie upaść z mrożącym krew w żyłach gruchotem.
Obudziła się, automatycznie odbijając się plecami od materaca. Odrzuciła na bok kołdrę, starając się uspokoić oddech. Nie zniesie tego dłużej. Po prostu nie zniesie. Nie da rady.
Telefon zawibrował pod poduszką.
„Jasne! Bądź pod halą o 14:15. Znajdę cię.”
Zegarek wskazywał godzinę 6:28. Celina wygramoliła się z łóżka i powłócząc nogami, udała się do łazienki. Potrzebowała zimnego prysznica. Bardzo zimnego. Lodowatego.

Przed halą kotłowały się już tłumy ludzi, kiedy wreszcie dotarła na miejsce. Z nieba siąpił lekki kapuśniaczek, ale specjalnie jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Chłód pomagał jej utrzymać oczy otwarte. Te kilka nieprzespanych nocy wreszcie zaczęło dawać jej się we znaki i gdyby teraz usiadła w jakimś wygodniejszym fotelu, prawdopodobnie natychmiast odpłynęłaby wprost w objęcia własnych koszmarów. Beata pojawiła się kilka minut później, przepychając się pomiędzy grupkami ludzi i machając do niej energicznie.
- Już myślałam, że się nie zdecydujesz – powiedziała na powitanie i przyciągnęła ją do siebie przyjaźnie. – Nie wyglądasz najlepiej – dodała, kiedy jej wzrok padł na jakże atrakcyjne sińce pod oczami. – Dobrze się czujesz?
- Jasne. – Beata spojrzała na nią podejrzliwie. – Nie za dużo ostatnio sypiam.
- No widzę…
- To nic – przerwała jej i zmusiła swoje usta do krzywego uśmiechu. Najważniejsze to sprawiać wrażenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. To może oszczędzić wielu niewygodnych pytań. Wiele niewygodnej uwagi.
- No to chodź.
Beata poprowadziła ją do wejścia, gdzie jej torba została porządnie przetrzepana, a następnie, zamiast dać jej bilet albo chociaż wskazać miejsca, zostawiła u podstawy szerokich schodów i podeszła do band reklamowych, przy których rozgrzewał się Paweł. Typowe. Celina założyła ręce na piersiach, odwróciła się od ich rozanielonych twarzy i zaczęła się przyglądać ludziom wypełniającym trybuny. Wszyscy mieli na sobie coś żółto-czarnego: koszulkę, szalik, czapkę. Niektórzy nałożyli nawet na głowy żółto-czarne peruki, inni wymalowali na policzkach żółto-czarne serduszka. Przepchnął się obok niej jakiś krępawy facet, dźwigając przed sobą ogromny bęben. Grupka zgromadzona w najbliższym sektorze już klaskała ile sił w rękach, krzycząc coś jednogłośnie, jednomyślnie, solidarnie. „Boże, zupełnie jak jakaś sekta.”
- Ha! A jednak przyszłaś – usłyszała za sobą i odwróciła się w stronę boiska. Przy krzesłach stał Andrzej, popijając jakiś żółtawy płyn z ogromnej butelki. – I to chyba po całej nocy balowania – dodał, kiedy zobaczył jej twarz.
Czy naprawdę aż tak było widać, że nie sypia ostatnio najlepiej?
- Nie, nie jest aż tak źle! – rzucił szybko, zupełnie jakby czytał jej w myślach. – Wcale nie wyglądasz, jakbyś właśnie wróciła z imprezy. Wyglądasz całkiem normalnie. – Czy to miało ją jakoś pocieszyć? – Po prostu… - Celina zacisnęła usta. – Po prostu mnie nie słuchaj. To te emocje przed meczem. Gadam od rzeczy.
- Trudno się nie zgodzić.
- Wiesz co – powiedział, zakładając ręce na piersi, zupełnie jakby ją małpował. – Uprzejmą rzeczą byłoby w tym momencie zaprzeczyć.
- Nie jestem uprzejmym człowiekiem.
- Tak – westchnął. – Tak, zauważyłem.
Gdyby ta rozmowa miała miejsce parę miesięcy wcześniej, prawdopodobnie zrobiłoby jej się głupio. Pewnie dopadłyby ją wyrzuty sumienia, że traktuje w ten sposób innego człowieka i że to właśnie w ten sposób jest przez niego odbierana. Ale że to wszystko miało miejsce w dniu dzisiejszym, Celina nie poczuła zupełnie nic. Rozplotła jednak ręce i zwiesiła je po bokach. Nie wiedziała dlaczego.
- No trudno – powiedział znowu szybko, jakby ten gest zasugerował mu, że jego uwaga mogła ją zaboleć. – W końcu nie każdy może być taki czarujący jak ja. – Ktoś zawołał go z boiska naglącym tonem. - Tak czy inaczej, fajnie, że jednak przyszłaś.
- Specjalnie, żeby zrobić sobie z tobą zdjęcie, elegancie na cztery fajery – powiedziała z przekąsem, ale on zamiast się nachmurzyć, uśmiechnął się tylko szeroko, ukazując rząd białych zębów.
- W takim razie będę czekać – powiedział, odstawiając butelkę na miejsce. – I nie pozostaje mi chyba nic innego, jak życzyć ci powodzenia.
Celina rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
- Ty mnie powodzenia?
- No tak. – Puścił do niej oko. – Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko się dopchać do pierwszego rzędu.
Kiedy odwróciła się z powrotem w stronę trybun, napotkała roześmiany wzrok Beaty, która siedziała już na swoim miejscu w piątym rzędzie obok nastolatka z przydługą grzywką, wpatrującego się uparcie w ekran swojego iPhone’a. Jej usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a obie brwi podskoczyły do góry. Celina nie była pewna, co to dokładnie miało oznaczać, więc zasznurowała tylko usta i wspięła się stanowczym krokiem po szerokich schodach.
- Nie zapytam, czemu się tak szczerzysz – powiedziała, kiedy usiadła na swoim miejscu, a Beata wciąż uparcie wlepiała w nią swoje roześmiane oczy.
- W porządku. Ja natomiast nie przestanę się szczerzyć.
Celina utkwiła wzrok w jakimś nieokreślonym punkcie po drugiej stronie hali. Tablica z wynikami wskazywała godzinę 14:38. Połowę soboty miała już za sobą.
- On jest wolny, wiesz? – Celina natychmiast odwróciła głowę w stronę Beaty i uniosła do góry brwi. – Mam na myśli, że nikogo nie ma w tej chwili. – Aha. I co z tego? – Lubisz go?
- Nie znam go? – odpowiedziała po chwili milczenia.
Beata machnęła ręką, jakby to nie miało najmniejszego znaczenia.
- Ale czy go lubisz?
- Nie znam go – powtórzyła uparcie. – Nie znam i tyle.
- A chcesz poznać? – Celina wypuściła głośno powietrze. W tej chwili najgłupsze horrory na świecie wydawały jej się o niebo lepsze od tego meczu. – Bo ja mogłabym coś zorganizować, wiesz… - Jej głos utonął w ogłuszającym aplauzie kibiców, kiedy zawodnicy zaczęli wybiegać po kolei na boisko. – Moglibyśmy pójść w czwórkę na jakąś kolację czy do kina! – krzyknęła Celinie do ucha. No, i co jeszcze? – Andrzej to naprawdę fajny facet. Polubiłabyś go.
Celina już chciała powiedzieć coś dostatecznie nieprzyjemnego, żeby uciąć te dyskusje, czy może raczej ten monolog, te koncepcje nie mające żadnego logicznego podparcia, kiedy nagle jej ucho rozdzwoniło się w przeszywającym bólu. Odwróciła się gwałtownie w stronę faceta z ogromnym brzuchem na kolanach i trąbką w ustach.
- Panie, no co Pan! – wrzasnęła w nadziei, że uda jej się przekrzyczeć gwizdy i pozostałych trąbiących. Na niewiele się to jednak zdało, bo facet był zbyt zaabsorbowany meczem, żeby zwrócić uwagę na jej wrogie werbalne zaczepki. Wziął tylko kolejny głęboki oddech i ponownie dmuchnął w czerwony kawałek plastiku, wydobywając z niego świdrujący czaszkę dźwięk. Celina wydęła z niezadowoleniem usta. Dosłownie sekundę później kobieta siedząca obok niej, kobieta z opaską na głowie, opaską, z której odstawały na sprężynkach dwie czarne kulki, wrzasnęła:
- Raz!
Celina przylgnęła do Beaty, kiedy kobieta wrzasnęła jeszcze głośniej „DWA!”. Jej „trzy” utonęło w donośnym aplauzie całej publiczności.
- Nie spinaj się tak – krzyknęła jej do ucha Beata. – Daj się porwać atmosferze!
- Nie wiem, czy to bezpieczne – mruknęła pod nosem.
- Patrz, Andrzej wchodzi – zawołała, dając jej w bok dwuznacznego kuksańca i wskazując palcem wysokiego, chociaż to może nie najlepsze określenie, bo wszyscy byli wysocy, ale niech będzie, wysokiego zawodnika z mocnym zarostem.
- Słuchaj, ile to tak w ogóle trwa?
- Co? Mecz? – Beata spojrzała na nią z konsternacją, by po chwili wyszczerzyć zęby w uśmiechu. – To taki żart?
Celina zarechotała z właściwą sobie emfazą.
- Nie – odpowiedziała z poważną miną. – Całkiem poważnie pytam.
- Cóż… Wiesz, to zależy… A spieszysz się gdzieś? W najlepszym wypadku to może potrwać nawet dwie i pół godziny. – Idealnie. Im więcej czasu zleci, tym lepiej. Beata machnęła ręką. – Nie ma sensu Ci tego tłumaczyć. Po prostu patrz i oglądaj.
- Ale powiesz mi, jak się skończy? – Beata obrzuciła ją spojrzeniem pełnym konsternacji. – Tym razem to był żart.
Ale jej chyba nie wydał się śmieszny, bo wciąż patrzyła na nią tym samym skołowanym wzrokiem, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Celina wzruszyła ramionami. No dobrze, może rzeczywiście ten żart wcale nie był śmieszny. Przeniosła wzrok na boisko, po którym biegali zawodnicy w żółto-czarnych i czerwono-czarnych koszulkach, pokrzykując na siebie raz po raz. Celina chciała zapytać, której drużynie tak właściwie kibicują, ale uznała, że to pytanie zostałoby również sklasyfikowane jako nieśmieszny żart, więc zacisnęła tylko usta i starała się wyłowić z tłumu twarz Pawła lub Andrzeja. Mężczyzna siedzący za nią ponownie dmuchnął w swoją trąbkę tuż nad jej uchem. Przez moment miała wrażenie, że popękają jej bębenki. Głos spikera już teraz dziwnie się od niech odbijał, zupełnie jakby dźwięki dochodziły do niej przerywanymi falami i jej uszy nie były w stanie ich wszystkich zarejestrować.
- Ja uwielbiam ją! – wrzasnęła w pewnym momencie Beata i dopiero po chwili dotarło do niej, że cała hala dudni od muzyki. – Ona tu jest i tańczy dla mnie! – krzyczała dalej Beata. – Bo dobrze to wie, że porwę ją i w sercu schowam…
„To będzie długie popołudnie” pomyślała, kiedy Beata wzięła ją pod ręką i zaczęły się kołysać w rytm piosenki.

- Spotkamy się na zewnątrz! – zawołała Beata, kiedy mecz się skończył, po czym pospiesznie udała się dwa rzędy wyżej i zaczęła rozmawiać z przysadzistą kobietą, która machała energicznie rękami.
Celina zeszła po szerokich schodach i zaczęła się przepychać przez tłum skupiony tuż przy bandach reklamowych. Ludzie, czy raczej młode dziewczyny, wszystkie w ten czy innym sposób ubrane stosownie do okazji, wyciągały przed siebie lśniące fotografie lub puste kartki wyrwane z zeszytu, wykrzykując coś w niebogłosy. Celina dwukrotnie oberwała wyciągniętym wysoko łokciem, którym jakaś niewiasta machała w tę i z powrotem, starając się zwrócić na siebie uwagę. Kiedy wreszcie dostrzegła światełko na końcu tunelu, ktoś pchnął ją mocno wprost w rozhisteryzowany tłum i gdyby nie mała szczelina pomiędzy dwoma osobnikami, które właśnie robiły sobie zdjęcie z jednym z zawodników, wylądowałaby na kolanach pośród dziesiątek depczących wszystko wokół stóp. Celina chwyciła się bandy reklamowej i z trudem podniosła do pionu, stając twarzą w twarz, czy raczej twarzą w pierś, z jednym z winowajców tego całego zamieszania. Podniosła do góry wzrok, żeby obrzucić go oburzonym spojrzeniem, ale kiedy zobaczyła, kogo ma przed sobą, oczy urosły jej do rozmiarów pięciozłotówek.
- Nie wiedziałem, że aż tak bardzo zależy ci na tym zdjęciu – powiedział Andrzej, biorąc od niej telefon, który ściskała kurczowo w prawej dłoni. – No to uśmiech! – zawołał, przysuwając się do niej i wyciągając przed siebie swoją długą rękę z komórką na końcu. Celina zasznurowała nerwowo usta. – Taa…aak – powiedział, kiedy spojrzał na zdjęcie. Jego uśmiech mocno kontrastował z widniejącą obok miną, która zdawała się mówić „zgiń”. – Samojebka najszczęśliwszej dziewczyny na świecie, co?
Oddał jej telefon, po czym schwycił czarnego markera, którym wymachiwała dziewczyna obok i zaczął z uwagą podpisywać połyskujące w świetle lamp zdjęcia. Celina z trudem wydostała się z tłumu, otrzymując jeszcze po drodze kilkanaście oburzonych spojrzeń i pełnych irytacji kuksańców, zupełnie jakby sama, z własnej woli, się tam wepchnęła.
- No Jezu! – zawołała, kiedy ktoś dźgnął ją mocno między łopatki.
Chwilę później udało jej się wydostać z hali i z ulgą zaczerpnęła zimnego listopadowego powietrza.
- Myślałam, że przepadłaś – odezwała się tuż nad jej uchem Beata. Celina podskoczyła. – Wybacz.
Wzruszyła tylko ramionami, jakby chciała powiedzieć „To nic”, i wykrzywiła usta w czymś, co pewnie miało być uśmiechem
- Dzięki za bilet – powiedziała, kiedy udało jej się zapiąć wszystkie guziki płaszcza. – Było naprawdę fajnie – dodała, mając nadzieję, że zabrzmiało to dość szczerze.
- Idziesz już? – Beata owinęła szyję długim szalem i spojrzała na zegarek. – Nie poczekasz ze mną na Pawła? Jeszcze nie ma osiemnastej. Może byś poszła z nami coś zjeść?
Celina przestąpiła z nogi na nogę. Miała dwie opcje na ten wieczór: spędzenie kolejnych godzin na oglądaniu tanich horrorów lub przebywanie w towarzystwie dwójki zakochanych niczym jakaś wiktoriańska przyzwoitka. Nie wiedziała, która opcja jest gorsza. Obie wydawały się jednakowo nieprzyjemne, aczkolwiek tanie horrory pozwalały jej ograniczyć ludzkie towarzystwo do absolutnego minimum.
- Może innym razem. Dzięki.
- Innym razem? Obiecujesz? – Beata złapała ją za ramię. Miała ten irytujący zwyczaj. – Bo będę trzymać cię za słowo, wiesz?
Celina patrzyła na nią przez dłuższą chwilę, marszcząc czoło.
- Dlaczego? – Beata spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
Cofnęła rękę. Wydawała się urażona.
- Naprawdę mnie o to pytasz? Serio?
Celina wzruszyła lekko ramionami.
- To tylko zwykłe pytanie.
- Zwykłe pytanie? – powtórzyła za nią Beata, zdawać by się mogło, jeszcze bardziej urażona. – Zwykłe? No ok. W porządku. Może rzeczywiście powinnam odświeżyć Ci pamięć. Bo chyba od naszego ostatniego spotkania ktoś Ci ją całkowicie wymazał.
- O czym ty mówisz?
- Dawno, dawno temu, za górami, za lasami – podjęła z nieukrywaną kpiną w głosie. – W dalekiej Łodzi studiowałyśmy razem stomatologię. Tam razem kułyśmy do egzaminów, razem biegałyśmy na fitness, razem upijałyśmy się po kolokwiach. Bez względu na wynik. A potem… - Zawiesiła głos w udawanym napięciu. – Zniknęłaś. Przepadłaś jak kamień w wodę. Zostawiłaś mnie całkiem samą i to bez słowa wyjaśnienia. – Jej głos zaczął drżeć. – To na moim ramieniu płakałaś, kiedy twoja mama zginęła w tym wypadku. To mnie prosiłaś o pomoc, kiedy ojciec zaczął pić. Możesz mnie nazwać naiwną idiotką, ale sądziłam, że to coś znaczy. Że taka przyjaźń nie skończy się, ot tak. Z powodu jakiegoś faceta.
Celina wbiła w nią swoje spojrzenie.
- To nie był jakiś facet.
- Tak wiem, to był ten jedyny. Gdzie jest teraz, co?
- Nie mów tak – wycedziła przez zęby. – Nie mów tak o nim. Nie masz pojęcia, co się stało.
- Bo nigdy mi nie powiedziałaś! – Stojąca opodal grupka odziana w żółto-czarne szaliki spojrzała na nich ze zdziwieniem. Beata zaczerpnęła głośno powietrza. – Po prostu pewnego dnia przestałaś się odzywać. A po sesji wyjechałaś z Łodzi. Nie odbierałaś telefonu. Nie odpowiedziałaś na żadną z dziesiątek wiadomości, jakie ci wysłałam. Nic. Zupełnie jakbyś zapadła się pod ziemię. Zupełnie jakbyś przestała istnieć. – Celina spuściła oczy i zaczęła wpatrywać się w czubki swoich ciemnobrązowych butów. – Ty wiesz, jak to bolało? – Zacisnęła pięści, żeby opanować drżenie rąk. – Porzuciła mnie moja najlepsza przyjaciółka. – Jej policzki zaczęły przybierać karmazynowy odcień. – Porzuciła mnie osoba, którą kochałam jak siostrę.
Zapadła cisza. Słychać było tylko rozmowy unoszące się nad rzednącym tłumem kibiców wciąż niczym rzeka wypływających z hali.
- Nie mów tak – powiedziała wreszcie Celina przez ściśnięte gardło. – Proszę.
- Dlaczego? Może chcesz mi powiedzieć, że to nieprawda? – Cisza. – Kiedy na Ciebie wpadłam tydzień temu, to wszystko… te wszystkie miesiące jakimś cudem przestały mieć znaczenie. Wbiłam sobie do głowy, że najprawdopodobniej miałaś swoje powody. I jakiekolwiek by one nie były, od tego w końcu są przyjaciele, żeby przymknąć na nie oko, żeby być blisko i wspierać siebie nawzajem bez względu na okoliczności. Prawda? – Celina wciąż milczała. – Co byłby ze mnie za przyjaciel, gdybym nie spróbowała wyciągnąć do ciebie ręki? Wiesz, co zabolało mnie najbardziej? Że za każdym razem odpychałaś tę rękę ze złością, tak jakbym to ja zrobiła coś złego.
- Ja nie nadaję się na przyjaźń – wykrztusiła wreszcie z siebie Celina. – Już nie.
- Oczywiście, że się nadajesz – odfuknęła na to Beata, teraz już z wyraźną pretensją w głosie. – Ty po prostu zdecydowałaś, że tak będzie łatwiej. Nie wiem, dlaczego… Nie wiem… I nie będę pytać. Ale jedno ci powiem. Nie pozwolę ci drugi raz zniknąć. – Celina spojrzała na nią w osłupieniu. Nie tego się spodziewała. – Nie pozwolę, słyszysz?
Celina ponownie wbiła wzrok w czubki swoich butów.
- Miałaś w ogóle w planach odezwać się do mnie? – odezwała się znowu Beata, patrząc na nią z nadzieją. – Kiedyś? Kiedykolwiek? Jeśli byśmy na siebie nie wpadły?
„Tak” chciała odpowiedzieć, „Oczywiście!”. W głębi duszy jednak wiedziała, że to nieprawda, więc nie odezwała się ani słowem. Zacisnęła tylko usta w wąską linijkę i spojrzała Beacie prosto w oczy. Wyzywająco. Niech wie, co z niej za człowiek. Zły. Nieprzystępny. Fałszywy. Któremu nie można ufać. Niech wreszcie zda sobie z tego sprawę. Niech nie stara się odbudować czegoś, co już dawno straciło rację bytu.
- Becia! – zawołał za nimi jakiś męski głos. Celina spojrzała przez ramię i ujrzała Pawła szybko zmierzającego w ich stronę. – Gotowa?
Beata szybko otarła łzę, która ukradkiem spłynęła jej po policzku i wykrzywiła usta w uśmiechu.
- Jasne.
- Idziesz z nami, Cela? – zapytał. – W knajpie dwie ulice stąd serwują najlepsze na świecie pierogi z kapustą i grzybami. Niebo w gębie, daję słowo.
- Innym razem – odpowiedziała za nią Beata, biorąc go pod rękę. – Celina dzisiaj nie może. Prawda?
Celina otworzyła usta, ale głos zwyczajnie uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Głupiego „tak” lub „nie”. Głupiego „przepraszam”. Nic. Stała tam tylko, jak niemowa, splatając nerwowo ręce.
- No trudno – powiedział w końcu Paweł i uśmiechnął się do niej dobrodusznie. – Nie przejmuj się. Jestem pewny, że będzie jeszcze mnóstwo okazji.
Oboje wyminęli ją, kierując się w stronę przejścia dla pieszych.
- Ale na mecz to przychodź częściej! – zawołał jeszcze przez ramię. – Dawno już nie wygraliśmy z Resovią 3:0!

Sekundy zamieniły się w minuty, a minuty w godziny. Całkiem niespostrzeżenie. Zupełnie jakby straciła przytomność, ale jej stopy wciąż twardo trzymały się chodnika. Tak naprawdę nie wiedziała, ile czasu spędziła pod halą. Wciąż było zimno i ciemno, a stara odrapana latarnia uliczna roztaczała wokół siebie żółte kręgi. Tylko wszyscy ludzie gdzieś poznikali i zrobiło się jakoś osobliwie pusto. Wszechobecnej ciszy nie zakłócał nawet warkot silnika. Okolica wydawała się opuszczona. Bezludna. Zupełnie jak w apokaliptycznym filmie, w którym cała ludzkość rozpłynęła się w powietrzu, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Puf. Tak umiera człowiek.
Celina zmusiła się do zrobienia pierwszego kroku. Następnie drugiego. I zanim się obejrzała, pędziła już przed siebie ulicą Kwiatową, jakby ją kto gonił z tasakiem w ręku. Wiedziała, że ma ochotę się rozpłakać. Świadczyły o tym wciąż rozpalone policzki i to uciążliwe dławienie w gardle, które sprawiało, że co jakiś czas wydawała z siebie bliżej nieokreślone dźwięki. Jednak jej oczy wciąż były suche. Nie zawitała w nich ani jedna łza. Przecięła pospiesznie jezdnię i zaczęła biec. Biec przed siebie, ile sił w nogach. Co jakiś czas mijała ludzi, którzy obrzucali ją zdumionymi spojrzeniami, jakby nigdy nie widzieli biegnącego człowieka. Biegnącej dziewczyny. Boże, co w tym znowu takiego dziwnego? Niech lepiej zajmą się własnymi dziwactwami. Przecież każdy jakieś ma. Odchylenia, anomalie, zboczenia. Po co zajmować się cudzymi?
Zatrzymała się dopiero, kiedy zabrakło jej tchu. Tuż przed oświetloną szybą knajpy, nad której drzwiami wisiał mały drewniany szyld z napisem „Swojskie jadło”. W środku przy niewielkich kanciastych stolikach tłoczyli się ludzie, zaśmiewając się z tandetnych żartów i pałaszując pewnie całkiem przeciętne jedzenie. Celina nimi pogardzała. Ich potrzebą przebywania w towarzystwie. Ich potrzebą akceptacji. I pogardzała również sobą z tego tylko powodu, że pozwalała sobie na pogardę względem nich. Kark jej zesztywniał, kiedy dostrzegła Beatę i Pawła przy małym stoliczku pod ścianą ze splecionymi dłońmi i spojrzeniami. Nie odrywali od siebie wzroku nawet na moment. Jakby w tej knajpie byli całkiem sami. Jakby cały świat przestał istnieć.
- Przestań – rozkazała sobie szeptem, czując jak wilgotnieją jej oczy. – Przestań.
Zacisnęła ze złością pięści i odwróciła się od okna na pięcie.

- Przestań – powtórzyła już nieco głośniej, po czym znowu pognała przed siebie. Ile sił w nogach.


Ten rozdział przeleżał na dysku ponad trzy miesiące. To nie tak, że porzuciłam to opowiadanie. Po prostu po pierwszym rozdziale, z którego byłam bardzo zadowolona, drugi wydał mi się mocno przeciętny i to skutecznie mnie zniechęciło. 
Jednak przez cało lato od czasu do czasu pod poprzednim opowiadaniem wyskakiwał jakiś komentarz, a według statystyk sporo osób wciąż odwiedza tego bloga, więc postanowiłam jednak dać temu rozdziałowi szansę i pociągnąć to opowiadanie dalej. Zwłaszcza, że cała koncepcja wciąż siedzi mi w głowie.
P.S. Myślę również o jednoparcie o Lenie i Bartku. Dziwnie mnie do nich ciągnie. Jeśli chcielibyście jeszcze o nich poczytać, dajcie mi znać :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (1)