2.4.
czwartek, 9 października 2014 07:24
Rozdział III

Bumbumbumbumbumbumbumbum.
Celina z trudem uchyliła powieki. Były na tyle ciężkie, że aby je podciągnąć, musiała wysoko unieść brwi, żłobiąc na czole podłużne zmarszczki. Wątłe światło listopadowego poranka natychmiast zaatakowało jej źrenice, zupełnie jakby spojrzała wprost w rozżarzoną do białości żarówkę. Z jękiem wcisnęła twarz w poduszkę, narzucając na głowę kołdrę.
Bumbumbumbumbumbumbumbum.
W głowie łupało od mechanicznych dźwięków dochodzących zza drzwi jej pokoju. Wystukiwały w jej trzewiach rytmicznie jakąś okropną, bolesną melodię. Celina naciągnęła na siebie jeszcze koc, ale to też nic nie pomogło. Uciążliwe łupanie wciąż rozsadzało jej głowę od środka.
Bumbumbumbumbumbumbumbum.
Ze złością, na jaką pozwalały jej ograniczone zdolności motoryczne, odrzuciła od siebie pościel i przysiadła na krawędzi łóżka. Kiedy ponownie udało jej się podnieść powieki, ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że tam gdzie kiedyś stała wąska szafa, teraz stały dwie… albo może jedna bardzo szeroka. Nie była pewna.
Bumbumbumbumbumbumbumbum.
Powoli dźwignęła się na nogi. Tępe pulsowanie w trzewiach na moment całkowicie pozbawiło ją wzroku. Widziała tylko złote plamki, które przemieszczały się po ciemnej płaszczyźnie, jak mikroby widziane okiem mikroskopu. Celina zamrugała desperacko, wyciągając ręce przed siebie. Ledwie jednak zrobiła jeden krok naprzód, kiedy jej stopa stanęła na czymś twardym i walcowatym, i wydając z siebie zduszone „uf!”, poleciała przed siebie, wymachując w powietrzu rękami. Gdyby jej pokój był ledwie dwa metry dłuższy, prawdopodobnie jej twarz zderzyłaby się drewnianymi deskami gołej podłogi, ale że nie dane jej było żyć w tak obszernej przestrzeni, wpadła tylko z łoskotem na drzwi i klapnęła tyłkiem o podłogę.
Bumbumbumbumbumbumbumbum.
Zderzenie sprawiło, że jej wzrok na moment się wyostrzył. Rozejrzała się zdezorientowana po pokoju. Na podłodze leżała prawie pusta butelka po Żubrówce Białej i rozszarpane opakowanie po słonych paluszkach. Celina zmarszczyła brwi. Nie mogła sobie nic przypomnieć. Wiedziała tylko, że jest niedziela. I sądząc po świetle wpadającym przed okno, nie minęło jeszcze południe.
Bumbumbumbumbumbumbumbum.
Z trudem ponownie dźwignęła się do pionu, narzuciła na ramiona szary sweter, który walał się gdzieś pod drzwiami razem ze stertą papierów i na galaretowatych nogach wyszła z pokoju. W kuchni łupanie jakby trochę się zmniejszyło, ale wciąż nie dawało o sobie zapomnieć. Miała wrażenie, że załzawione oczy zaraz wypłyną jej z oczodołów.
- Dobrze się czujesz? – usłyszała nagle nad sobą i podskoczyła ze strachu, bo niewiadomo dlaczego, nagle poczuła, że zrobiła coś, czego nie powinna i coś, czego nikt nie powinien być świadkiem. Spojrzała bojaźliwie w górę i jej oczom ukazała się Agata, jedna ze współlokatorek. Jej wzrok był pełen konsternacji. – Dobrze się czujesz? – powtórzyła, tym razem nieco głośniej. Jej głos zlał się z dudnieniem dochodzącym z korytarza za ich plecami. Celina pokiwała słabo głową.
- Co tak okropnie dudni? – wychrypiała, nalewając sobie wody do podłużnej szklanki.
Agata spojrzała na nią z politowaniem.
- Pralka – odpowiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste. Celina nachyliła się nad zlewem. W głowie rąbało jej jak młotem pneumatycznym, a powieki wydawały się zrobione z ołowiu. Ton ołowiu. – Tylko nie narzygaj – uprzedziła ją Agata, wychodząc z kuchni. – Wczoraj umyłam podłogę.
Celina wypiła duszkiem całą szklankę, potem następną, a potem jeszcze jedną. Pragnienie jednak nie było nawet w połowie tak uciążliwe, jak ból głowy. Szybko wycofała się z powrotem do swojego pokoju i opadła na dwie sflaczałe poduszki, masując sobie energicznie skronie. Zadzwonił telefon i Agata natychmiast wybiegła z pokoju. Jej kroki na drewnianej podłodze ważyły chyba sto razy więcej niż zazwyczaj. Bum. Bum. Bum. Halooo? Celina zakryła uszy dłońmi, ale to tylko sprawiło, że wszystkie dźwięki przeistaczały się w mdlący szum. Miała wrażenie, że zaraz puści pawia.
- …z literatury. Ty sobie wyobrażasz? Kobieta się nie pojawia przez dwa tygodnie, a potem wyskakuje z jakimś jebanym kolokwium. Dokładnie! Sto pieprzonych stron samej…
- Zamknij się – szepnęła do poduszki, ale trajkotanie dochodzące z korytarza nie ustawało.
Celina z wysiłkiem otworzyła oczy i z wyrzutem spojrzała na butelkę Żubrówki, która leżała przy łóżku. Czy ta ćwiartka wystarczy, żeby się spić i zasnąć? Podniosła się do pozycji siedzącej i objęła gwint ustami. Gardło zapiekło ją wściekle, ale ból głowy, jakby odrobinę się zmniejszył. Kolejny łyk sprawił, że zrobiła się głucha na korytarzowe konwersacje, a trzeci, że zapomniała o mdłościach. Kiedy opróżniła butelkę, ostrożnie schowała ją do torby, zupełnie jakby była jakimś obarczającym dowodem, którego należało się pozbyć. Którego nikt nie miał prawa zobaczyć. Przeczesała palcami swoje splątane rude włosy, czknęła i wyszła z mieszkania na listopadowy mróz.

Nie wiedziała, ile drogi ani czasu upłynęło, ale nagle znalazła się w samym centrum miasta, ściskając w objęciach swoją torbę i chwiejnym krokiem zmierzając w kierunku baru, w którym spotkała się zeszłego tygodnia z Beatą. Powody i cele wydawały się bez sensu, więc nawet nie zastanawiała się, co tam właściwie robi, skoro nie zamierzała ani pić, ani jeść, ani się uspołeczniać. Może pić. Może. Jeśli przyjmują karty kredytowe.
Przystanęła na chwilę przed drzwiami, żeby złapać pion, kiedy nagle drzwi otworzyły się, o mało nie miażdżąc jej nosa. Zachłysnęła się powietrzem i chyba przez moment nawet była trzeźwa.
- O kurde – powiedział, jakiś krępawy facet, który o mało się z nią nie zderzył. – Sorry.
Celina przepchnęła się obok niego do środka i zaczęła się rozglądać po zapchanym wnętrzu. Pora obiadowa. Weekend. Co za lenie. Wszyscy jedli na mieście. Tuż pod oknem siedziało dwóch wysokich mężczyzn, zajadających zupę i chrupkie pieczywo. Jeden z nich wydał się Celinie znajomy. Zaczęła się przepychać w tamtym kierunku, nie zwracając uwagi na wściekłe posykiwania ludzi „siedzących” jej na drodze. Kiedy dotarła na miejsce, jeden z mężczyzn podniósł znad talerza głowę i spojrzał na nią w osłupieniu.
- Ty jesteś Andrzej – powiedziała, siadając na dostawionym trzecim krześle i wlepiając w niego swoje przekrwione oczy.
- No – zdołał tylko po chwili wykrztusić.
- Ciebie nie znam – zwróciła się do drugiego mężczyzny w tlenionych blond włosach. – Fajną masz fryzurę – skomentowała, po czym zachichotała pod nosem.
- Dzięki? – odpowiedział na to niepewnie i spojrzał na swojego towarzysza z miną mówiącą: „To wy się znacie?”. Andrzej chciał machnąć lekceważąco ręką, ale w momencie kiedy podnosił ją do góry, Celina beknęła głośno, i ręka zawisła mu tylko w powietrzu.
- Spiłaś się czy jak? – zapytał wreszcie, widząc jak kołysze się na swoim miejscu, a jej usta wykrzywiają się w głupawym uśmiechu.
- Nieee… - powiedziała, dziwnie przeciągając sylabę. – Dopiero zamierzam. – Rozsunęła zamek swojej torby i zaczęła w niej grzebać, z zawzięciem czegoś poszukując. Butelki postukiwały o siebie jak szklane dzwoneczki. – Aha! – zawołała z triumfem, wyciągając mały czerwony portfel. – No to co, mordeczki. Napijmy się wódeczki.
Chłopak o blond włosach zaczął się trząść ze śmiechu, raz po raz rzucając Andrzejowi wymowne spojrzenia.
- Mordeczko – powiedział pieszczotliwie, po czym wsadził sobie do ust duży kawałek chleba. Andrzej kopnął go pod stołem.
- Wiesz co – zaczął ostrożnie, zwracając się do Celiny. – Może dzisiaj lepiej nie pij.
- Bo co? – rzuciła wrogo, zaciskając palce na portfelu.
Andrzej uśmiechnął się do niej niepewnie, po czym nachylił się nad stołem.
- Wiesz może, czy dziewczyna Pawła jeszcze jest w Bełchatowie? – zapytał kątem ust swojego towarzysza, posyłając zmarszczonym brwiom Celiny kolejny uśmiech.
- Skąd mam wiedzieć? – odpowiedział wyraźnie rozbawiony.
- Bo co? – powtórzyła już nieco głośniej. Kobieta siedząca przy sąsiednim stoliku odwróciła się w ich kierunku.
- Tutaj w niedzielę jest zawsze drożej – zmyślił szybko Andrzej. – Czyste zdzierstwo, wiesz. Szkoda pieniędzy. – Celina przyglądała mu się podejrzliwie. – Lepiej chodźmy… gdzieś indziej?
Zapanowała chwila ciszy. Oboje przyglądali jej się z uwagą. Andrzej poczuł, jak kolega kopie go pod stołem.
- No okej – powiedziała wreszcie od niechcenia, wstała ze swojego miejsca i zaczęła się znowu przepychać ku wyjściu.
Andrzej wepchnął sobie jeszcze do buzi kawałek chleba i zarzucił na ramiona kurtkę
- Jakaś hotka czy co? – zapytała blond towarzysz.
- Znajoma – westchnął, trzepnął kolegę w trzęsącą się od śmiechu głowę i skierował do wyjścia.
Kiedy wyszedł, przez chwilę wydawało mu się, że Celina gdzieś zniknęła. Ulga była jednak tylko chwilowa, bo jak się okazało, przeszła ledwie kilka metrów w stronę skrzyżowania i stanęła pod Żabką, usiłując zajrzeć do środka.
 - Celina – zaczął, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Spojrzała na niego trochę nieprzytomnym wzrokiem i uniosła obie brwi do góry. – Dzisiaj czuję się wyjątkowo szczodry, więc pomogę ci wrócić do domu. – Czknęła. – Gdzie mieszkasz?
- Na końcu tęczy pod czerwonym muchomorem – powiedziała, wybałuszając na niego swoje szare oczy.
Andrzej spojrzał na nią w osłupieniu.
- No tak – powiedział wreszcie, kiedy przeniosła swoje spojrzenie na grubego jamnika, który kręcił się nieopodal. Chichotała chrapliwie pod nosem, jakby utknął jej w gardle mały motorek. – Oczywiście.
- Philipe też miał kiedyś coś takiego – powiedziała, wskazując jamnika palcem.
- Filip?
- Tak, Philipe. – Uderzyła go zaciśniętą pięścią w ramię. Syknął i rzucił jej urażone spojrzenie. – On też miał coś… takiego… Co to tak właściwie jest?
- Pies – odpowiedział niepewnie.
- Tak. Właśnie. Philipe miał kiedyś psa. Tylko on nie był taki gruby i miał tylko trzy łapy. – Zamachała rękami przed sobą, jakby chciała to zaprezentować. – Stracił jedną w wypadku samochodowym. Pewnie jeździł po pijaku. – Znowu uderzyła go w ramię i wybuchła dzikim śmiechem. Andrzej złapał ją mocniej w pasie, żeby nie wyrżnęła z tego szczęścia tyłkiem o mokry chodnik. – Tak naprawdę to wcale nie było śmieszne – odezwała się znowu, kiedy udało jej się złapać oddech. – On ciągle się wywalał. A ze schodów zjeżdżał na brzuchu. – Andrzej zacisnął usta, żeby stłumić śmiech. – Qu’est-ce qu’il y a, mon chien? – zaświergotała, najwyraźniej usiłując kogoś naśladować. – Tu es tombé?
Ze sklepu obok wyszła kobieta z reklamówką pełną zakupów i postękując, nachyliła się nad jamnikiem, który z wywalonym jęzorem zaczął energicznie merdać wyjątkowo krótkim ogonem. Szwy jej bordowego płaszcza napięły się niebezpiecznie, a w kolanach strzeliły stawy.
- Matka Philipe’a też była taka gruba – skomentowała to Celina. Kobieta podniosła się w ułamku sekundy i zmierzyła Andrzeja morderczym spojrzeniem, zupełnie jakby to on wypowiedział te słowa. Chciał coś powiedzieć, uśmiechnąć się przepraszająco, dać do zrozumienia, że to wcale nie tak, jak myślała, ale zanim zdążył zrobić cokolwiek, Celina już wygłaszała kolejny komentarz. – W pociągu zawsze zajmowała półtora siedzenia, a kiedy robiła zakupy, nie dało jej się wyminąć. Philipe zawsze powtarzał, że takiej armaty nie powstydziłaby się nawet niemiecka armia. Wiesz… Gruba Berta – dodała konspiracyjnie, kiedy z ust kobiety wydobył się zduszony okrzyk pełen oburzenia. – Trzeba przyznać, miała straszne gazy. Ale to dlatego, że ciągle tam jedli kapustę. – Andrzej zerknął ukradkiem na stojącą przy jamniku reklamówkę, z której wystawała nieśmiało główka kapusty i przygryzł wargę. – W jakimś filmie mówili, że jakość związku można określić na podstawie pierdzenia. – Zacisnął usta jeszcze mocniej i poczuł jak rozdymają mu się policzki. – Rodzice Philipe’a musieli być bardzo szczęśliwi. Tylko związek najwyższej jakości przetrzymałby tyle gazów. – Celina zamilkła i znowu zaczęła się przyglądać stojącej obok nich kobiecie. Przekrzywiła głowę i wydęła usta. – Matka Philipe’a miała więcej włosów – powiedziała jeszcze, zanim Andrzej pociągnął ją za ramię w stronę skrzyżowania i z dala od purpurowej twarzy i przekrwionych oczu, które sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały wyskoczyć z czaszki pod wpływem ciśnienia.
Celina trajkotała od rzeczy przez całą drogę na parking, a potem przez całą drogę do jego mieszkania. Opowiadając o żółwiu imieniem Ferdynand, który nasikał kiedyś na jej przyjaciółkę, wskutek czego nie poszła na urodziny do McDonalda, o chłopaku z czwartej A, który rysował sobie na twarzy zarost czarnym pisakiem i który mówił jej, że ma nogi jak zgięte słomki i o wykładowcy z anatomii, który był tak piękny, że na egzaminie ściskało ją w dołku. Kiedy dojechali wreszcie na miejsce i runęła na kanapę w malutkim pokoju dziennym, miał wrażenie, że opowiedziała mu z najdrobniejszymi szczegółami całe swoje życie.
- Arrête, Philipe. Arr…ête – wymamrotała, kiedy próbował ją okryć kocem, a potem z na pół otwartymi ustami po prostu zasnęła.

Spała kilka godzin. Bez przerwy. Chrapała nawet, kiedy sąsiad tuż za ścianą zdecydował się na wiercenie i wiercił przez dobre pół godziny. Raz, koło godziny szóstej, próbował ją obudzić, ale ona tylko przewróciła się na drugi bok, dając mu przy okazji w twarz. Nie odważył się ponowić próby.
Dopiero późnym wieczorem, kiedy w telewizji skończył się Indiana Jones, zaczęła sprawiać wrażenie, jakby się budziła. Andrzej podetknął jej pod nos kubek diabelsko mocnej kawy i usiadł na starym niewygodnym krześle naprzeciwko kanapy.
- C-co? Która jest godzina? – wychrypiała, odsuwając jego rękę od siebie.
- Jakoś po dziesiątej.
Celina przetarła niecierpliwie oczy. Wszystko wydawało się niewyraźne i zamglone. I było osobliwie ciemno. Poza stolikiem do kawy oświetlonym jedynie nikłym światłem przeciskającym się przez brudnoszary abażur, cały pokój dosłownie tonął w ciemnościach.
- Wieczorem?
- No… tak. – Andrzej jeszcze raz wyciągnął w jej stronę kubek z gorącą kawą. – Jak głowa?
- Do wymiany – powiedziała i jeszcze raz przetarła oczy wierzchem dłoni. Miała wrażenie, że jej powieki zamieniły się w ołów. – Nawet nie pamiętam, że się dzisiaj spotkaliśmy. Że ja w ogóle wstałam z łóżka. Że się wczoraj położyłam. – Spojrzała na niego, marszcząc brwi. – Nic nie pamiętam.
- Byłaś nieźle wstawiona.
Celina zmrużyła oczy i rozejrzała się podejrzliwie dookoła.
- Gdzie ja tak właściwie jestem? To twoje mieszkanie? – Weszła mu w słowo, kiedy otwierał usta, żeby udzielić odpowiedzi. – Dlaczego jesteśmy w twoim mieszkaniu? – Jej oczy nagle urosły do rozmiaru pięciozłotówek i z dziwnym psychicznym dyskomfortem zdała sobie sprawę, że siedzi pod kocem. – Czy my…?
Andrzej patrzył na nią przez chwilę ze zmarszczonym czołem, jakby się nad czyś zastanawiał. Nagle jego twarz przecięło zrozumienie i aż odchylił się na krześle, które zaskrzypiało z wyrzutem.
- Jezu, nie! Nie! – wyrzucił z siebie na jednym tchu. – Coś ty. Weź. Nie.
- To dlaczego nie jestem u siebie? – zapytała, wciąż podejrzliwie mrużąc oczy.
- Masz na myśli czerwony muchomor na końcu tęczy? – Celina spojrzała na niego, jakby kompletnie oszalał. – Taki adres podałaś, kiedy chciałem cię odwieźć do domu. Sorry, jestem nowy w Bełchatowie. Nie wiem, co oznacza czerwony muchomor na końcu tęczy. – Wciąż przyglądała mu się z zaciśniętymi ustami, podciągając defensywnie koc pod brodę. – Mogłabyś przestać na mnie patrzyć jak na kryminalistę? – powiedział w wyrzutem. – Wbrew temu, co sobie myślisz, wcale nie dosypałem ci proszków do zupy i nie zaciągnąłem cię tutaj, żeby zaspokoić jakieś chore potrzeby. Sama to sobie zrobiłaś.
- Sama nasypałam sobie proszków do zupy i zaciągnęłam się tutaj? – rzuciła oskarżycielsko.
- O jezuuu… - Andrzej zamaszystym ruchem odstawił kubek na stolik do kawy i nachylił się nad nią tak, że ich nosy zawisły na tej samej wysokości. Celina jeszcze wyżej podciągnęła szorstki koc. – Sama się spiłaś – powiedział dobitnie. – I sądząc po wczoraj, chyba nie pierwszy raz.
- Co masz na myśli?
- Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Może to, że przyszłaś na mecz w stanie pewnego otępienia. A może to – znowu się nad nią nachylił – że w twojej torbie były dwie puste butelki po wódce.
- Grzebałeś mi w torbie? – Zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie, ale jej głos nie miał już dawnej pewności siebie. – Dlaczego?
- Jedna butelka się stłukła, kiedy rzucałaś torbą, wchodząc po schodach, i udawałaś, że to latawiec.
Celina znowu zmarszczyła brwi. Nigdy w życiu nie czuła się tak bezbronna i zagubiona. Pamiętała tylko, że poszła się spotkać z Beatą. Był mecz. Cała reszta stanowiła jeden wielki kłębek strzępków, które nie miały najmniejszego sensu. Upiła trochę już mocno ostygłej kawy. Gorzki smak wykręcił jej na twarzy paskudny grymas.
- Wypij – powiedział Andrzej, widząc jak chce odstawić kubek na stolik. – Głowa będzie mniej bolała.
- Jest paskudne – rzuciła z niechęcią, ale po paru sekundach walki na spojrzenia, przechyliła kubek i za jednym razem opróżniła jego zawartość. Usta wygięły jej się w dwie różne strony, a jedno oko zamknęło. Widząc to, Andrzej parsknął śmiechem.
- Może się myliłem – powiedział, biorąc od niej kubek. – Może rzeczywiście upiłaś się tak pierwszy raz.
Kiedy skurcz twarzy minął, Celina pokręciła jednak przecząco głowo.
- Nie, nie myliłeś się. Przyznaję. Miałam kiedyś swoje… epizody – zakończyła dyplomatycznie. – Przepraszam. – Andrzej machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, że nie ma, o czym mówić. Każdemu się zdarza. Ale Celina pokręciła przecząco głową. – Naprawdę przepraszam. Ja wiem, jaka potrafię być upierdliwa, kiedy się upiję. To wcale nie jest przyjemne. Mój ojciec… On… Ja… - Znowu pokręciła głową. – Dużo krępujących sekretów ci zdradziłam?
Andrzej wydął usta i podrapał się po brodzie, jakby usiłował rozwikłać najtrudniejsze zagadki tego świata.
- Masz na myśli profesora od anatomii? – zapytał wreszcie niewinnie. – Nawiasem mówiąc, ja wcale nie uważam, że masz nogi jak zgięte słomki. Co to jest w ogóle za porównanie? Musiałabyś wyglądać jak… nie wiem, jak Welociraptor czy coś. Oglądałaś Park Jurajski? – Celina przygarbiła się i wygięła palce tak, żeby przypominały szpony. – No patrz. Kto by pomyślał. Istnieje pewne podobieństwo.
Wzruszyła ramionami.
- Te sekrety zna każdy. Na szczęście nie mówiłam o-o…
Jedna brew Andrzeja podskoczyła do góry.
- O Filipie? – Policzki Celiny oblały się ciemnym rumieńcem. – Śmiem twierdzić, że o nim nawijałaś najwięcej. – Andrzej westchnął, jak rozdrażniona nastolatka, i zaczął wyrzucać z siebie słowa piskliwym głosem: - Filip to, Filip tamto. Matka Filipa to, pies Filipa tamto…
- Okej, przestań – przerwała mu. – Rozumiem.
Andrzej zarechotał.
- Co to za jeden? Twój chłopak? – Celina milczała. – Były? – podsunął. Zaczęła kręcić głową we wszystkie strony, co w sumie nie oznaczało ani odpowiedzi twierdzącej, ani negującej. – Nie wiesz? – zgadywał dalej. – To skomplikowane? Śliski temat? – dodał z przekąsem, po czym nagle głośno zagwizdał. – Afera na cztery fajery?
Celina odrzuciła koc i spojrzała mu ostrzegawczo w oczy.
- Nie twój interes.
- Wiesz, mogłabyś okazać trochę wdzięczności, że cię przygarnąłem do swoich czterech ścian, bądź co bądź, o wiele bezpieczniejszych niż pustoszejące ulice godzinę przez zmierzchem.
- Dzięki – powiedziała i wsadziła ręce do kieszeni swetra.
Andrzej westchnął.
- Zawsze jesteś taka? No… taka – dodał w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.
- Tak – rzuciła krótko i już chciała skierować się w stronę drzwi, ale kiedy tylko stanęła na nogach, świat gwałtowanie zawirował i miękkie kolana rzuciły ją z powrotem na kanapę. – Jak daleko jesteśmy od Ostrowskiej? – zapytała z niepokojem.
- Ostrowskiej? – Andrzej podrapał się po głowie. – Nie wiem. Może piętnaście minut. – Da radę. – Samochodem. – Nie da rady. – Może zamówić ci taksówkę? Na własnych nogach tam nie dojdziesz.
Celina spojrzała ukradkiem na swoją torebkę. Mogła nie pamiętać nic z tego, co się wydarzyło przez cały dzień, ale była pewna, że w portfelu ma najwyżej 10 złotych. Niedoszłe korepetycje z francuskiego kosztowały ją ponad 150 złotych. Nie było mowy o żadnej taksówce.
- Nie macie tu jakiegoś autobusu?
Andrzej pokręcił głową.
- Nie o tej godzinie. Nie w niedzielę. – Celina zaklęła pod nosem. – Słuchaj, to żaden problem. Możesz tu zostać na noc… a-albo i nie? – poprawił się, widząc jej spojrzenie. – Znowu na mnie patrzysz, jak na kryminalistę. Przestań. Ja tylko staram się być uprzejmy.
- Nie znasz mnie. Co jak ci w nocy poderżnę gardło?
Zapadła cisza. Przez moment Celina wyglądała, jakby rzeczywiście była do tego zdolna.
- No tak. – Andrzej cmoknął. – Nie pomyślałem o tym. W porządku – wstał i ruszył w stronę drzwi wyjściowych – jeśli tak bardzo chcesz wracać po ciemku przez pół miasta, to proszę. – Otworzył drzwi na oścież. – Droga wolna.
Celina z trudem podniosła się z kanapy, co jednak nie przeszkodziło jej wysoko podnieść podbródka. Z determinacją zrobiła pierwszy krok, potem następny, za każdym razem potykając się o własne stopy. W końcu dotarła do miejsca, w którym stał Andrzej, z przesadną złością zerwała z wieszaka swój płaszcz i przewiesiła przez ramię ciężką torbę. Nawet stojąc w miejscu, kiwała się na boki, jakby ukradkiem ćwiczyła hula-hopy. Kiedy udało jej się owinąć wokół szyi gruby wełniany szalik, podniosła podbródek jeszcze wyżej i już zamierzała wymaszerować na klatkę, kiedy Andrzej zamknął jej drzwi przed nosem.
- Przecież to śmieszne – powiedział z nieskrywaną irytacją. – Całą noc będziesz szła do domu. Jeśli w ogóle uda ci się zejść po schodach. – Celina przygarbiła się nieznacznie i wygięła usta, jakby się miała zaraz rozpłakać. – Dobra, ja cię odwiozę – powiedział wreszcie zrezygnowany. – Poczekaj tu. Tylko się przebiorę.
Andrzej zamaszystym krokiem poszedł do swojego pokoju, wyciągnął z szafy grubą bluzę, naciągnął na szare skarpetki buty i tym samym zamaszystym krokiem wmaszerował z powrotem do pokoju dziennego. Celina na pół siedziała, na pół leżała obok zmiętego koca, ściskając w objęciach torbę. Znowu spała.

Kiedy rano wygramolił się z łóżka, żeby zdążyć na trening, za oknem wciąż było ciemno. W parapet uderzał rytmicznie deszcz i jedyne, na co miał ochotę, to z powrotem zakopać się pod kołdrą i nie oglądać dzisiaj świata na oczy. Podrapał się po rozczapierzonej czuprynie i z posępną miną podreptał do kuchni, żeby zaparzyć herbatę.
Trochę się zdziwił, kiedy dotarło do niego, że na kanapie nikogo nie ma, a koc leży zwinięty w kostkę jak w jakimś cholernym wojsku. Płaszcz i torba również zniknęły. Zupełnie jakby wczorajsze popołudnie nigdy nie miało miejsca.
- Aha – powiedział do siebie i poirytowany sięgnął po czajnik.


Może wreszcie uda mi się dodawać coś częściej i bardziej regularnie. Jest nadzieja! Kolejne dziesięć rozdziałów już rozplanowane, duże fragmenty niektórych napisane... widać, że zaczął się rok akademicki.

Etykiety: , , ,



skomentuj (1)