2.2.
czwartek, 29 maja 2014 07:27
Rozdział I

- Celina! Celina! Cela!
Krzyczał jakiś kobiecy głos, kiedy opatulona w ciemnozielony płaszcz z burzą rudych włosów na głowie brnęła główną ulicą pod wiatr. Spojrzała podejrzliwie przez ramię.
- Cela! – machała do niej jakaś dziewczyna, idąc w jej stronę energicznym krokiem. O nie. Proszę, nie. – Wieki cię nie wiedziałam! – krzyknęła, kiedy stanęły twarzą w twarz. Beata. Kiedyś razem studiowały. – Co tu robisz? Nie wiedziałam, że jesteś w Bełchatowie. Mieszkasz tu? Gdzie pracujesz?
Przez chwilę nie wiedziała, na które pytanie powinna odpowiedź najpierw.
- Tam – machnęła ręką za siebie. – Tam, na Bławatnej. „Limoncello” – dodała, widząc, jak wpatruje się w nią wyczekująco.
- No coś ty! – wykrzyknęła z przesadnym entuzjazmem i złapała ją za ramię. Celinę przeszły dreszcze. – W tej włoskiej knajpie? – Pokiwała sztywno głową, przestępując z nogi na nogę. – Załatwisz mi zniżkę?
- Ja… Wiesz… Nie bardzo…
Beata błysnęła białymi zębami i wreszcie ją puściła.
- Przecież żartowałam – wykrzyknęła znowu i trzepnęła ją z pobłażaniem w to samo ramię. Tak, zabawne. – Ja przyjechałam na weekend do Pawła, wiesz. – Nie. Skąd miała to wiedzieć? – Dali nam na uniwerku wolne już od środy, ale musiałam najpierw pojechać do Krakowa. W końcu pierwszy listopada. Na groby trzeba iść. – Serio? – A ty… – Celina podniosła na nią wzrok. – Ty byłaś… w domu?
- Teraz tu jest mój dom – odpowiedziała chłodno, choć w myślach zastanawiała się, czy jej mały pokoik z nieszczelnym oknem i trzeszczącą drewnianą podłogą, w którym ledwie mieściło się łóżko i mikroskopijna szafa, można w ogóle nazwać domem. – Nie byłam w Gdańsku od śmierci mamy – dodała w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.
- No tak – powiedziała niepewnie, po czym jej twarz znowu się rozświetliła i jeszcze raz trzepnęła ją w ramię. – Chodź na piwo. Poznasz Pawła.
- Nie bardzo mam czas…
- Na godzinę. Pół godziny. Kwadrans – wymieniała, nie dając za wygraną. – Pamiętasz, jak po ciężkim kolokwium zawsze chodziłyśmy razem na karaoke? – Celina odwróciła od niej wzrok. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się lekko do góry, ale chwilę później powróciły na swoją poprzednią podkówkową pozycję. – Pamiętasz jak wstawione dosłownie jednym piwem piałyśmy do mikrofonu? Jak…
- Stare dzieje – przerwała jej szybko, żeby przerwać ten potok wspomnień.
- Nie takie znowu stare. – Owszem, stare. – No chodź. Chociaż na moment. Napijemy się jak kiedyś.
Już otwierała usta, żeby odmówić, kiedy coś kapnęło jej na policzek. Potem na nos. Potem znowu na policzek. A potem już nie wiedziała, gdzie na nią nie kapie, bo z nieba zaczęły się lać strumienie wody. Beata pośpiesznie załapała ją za rękę i pociągnęła w kierunku skrzyżowania. Poprzez szum deszczu i zacinający ze wszystkich stron wiatr zdołała tylko usłyszeć „za rogiem”, po którym nastąpiła seria bardzo kreatywnych przekleństw. Kiedy przebiegały przez ulicę, czuła się, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł pieruńsko zimnej wody. Zacisnęła szczękające zęby i schowała się głębiej w swoim wełnianym szaliku. Dosłownie kilka sekund później doszedł do jej uszu brzęk dzwonka zawieszonego nad ciężkimi drewnianymi drzwiami, a kiedy te się za nią zamknęły, owionął ją zapach schabowego i zupy cebulowej.
- Matka natura ma jednak swoje sposoby, żeby wyciągnąć cię na piwo – odezwała się po chwili Beata, zdejmując z siebie mokry płaszcz i pociągnęła ją za rękę w stronę stolika stojącego tuż pod ścianą. – Cześć, cześć! – zawołała do dwóch mężczyzn, którzy zaraz podnieśli się ze swoich miejsc. – Patrzcie, kogo znalazłam!
Celina szybko odgarnęła z twarzy mokre włosy i wyrwała swoją rękę z uścisku.
- Posłuchaj, ja naprawdę…
- Srete tete – przerwała jej Beata. – Rozbieraj się i siadaj.
Niższy z mężczyzn wyciągnął rękę po jej płaszcz.
- To jest Paweł, pamiętasz go? – Celina chyba wolała nie pamiętać.
- Poznaliśmy się w zeszłym roku w Łodzi – zaoferował, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Był tam jeszcze ten…
- Co za różnica – przerwała mu niecierpliwie Beata. – Paweł, Celina. Celina, Paweł. A to Andrzej – wskazała palcem na wyższego mężczyznę. – Nie wiem, co on tu robi. Jego tu nie miało być. Co tu robisz, Andrzej?
Andrzej wzruszył ramionami.
- Najlepsza zupa cebulowa w mieście – powiedział, jakby to było co najmniej oczywiste.
- Nienawidzę cebuli.
- Nie znasz się.
Wszyscy siedli przy stole i wlepili w Celinę wzrok. Wciąż stała w tym samym miejscu, ściskając w dłoniach swój czarny szalik, zupełnie jakby lada moment miała dać nogę. Dostrzegłszy naglące spojrzenie Beaty, już lekko poirytowana, odsunęła krzesło, szurając nim przeraźliwie po drewnianej podłodze i siadła. Po chwili sięgnęła po jedną z cieniutkich kart dań, które leżały w stosiku na środku stolika, i usiłowała się nią zasłonić.
- Może wam coś polecić? – zapytał Paweł. – My z Andrzejem naprawdę wiemy, na co tu warto wydać pieniądze.
- No na zupę cebulową – mruknął pod nosem Andrzej.
- Dzięki, ale szczerze mówiąc, nie planowałyśmy nic jeść – odpowiedziała Beata, udając, że go nie słyszy. – Chciałyśmy się tylko razem napić.
Andrzej przysunął się do Celiny i przybrał poważny wyraz twarzy
- Ale wiesz, że alkohol sprzedają tutaj tylko osobom pełnoletnim?
Celina spojrzała po sobie trochę poirytowana, trochę zbita z tropu. Owszem, jej twarz może nie do końca pozbyła się jeszcze wszystkich pamiątek z dzieciństwa, jakimi bez wątpienia były usiany piegami nosek i okrągłe policzki, na których próżno było szukać nawet śladu kości policzkowych, ale bez przesady. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów i zatrzymała się na granatowej koszulce z podobizną Spongeboba.
- W takim razie może powinieneś zamówić lemoniadę – powiedziała, wwiercając w niego swoje spojrzenie.
- Miałem raczej na myśli…
- On tak tylko żartuje – wtrąciła się Beata. – Andrzej ma bardzo specyficzne poczucie humoru.
Celina patrzyła na niego przez chwilę, marszcząc brwi, by nagle zarechotać z emfazą, która wszystkich wprawiła w zakłopotanie.
- Boki zrywać – mruknęła, ponownie wsadzając nos w kartę dań.
- No to jak – podjęła Beata po przybyciu kelnerki – ja nie jestem specjalnie głodna. Bierzemy po prostu cztery piwa?
Wszyscy pokiwali energicznie głowami, ale nikt nie odezwał się ani słowem.
- Cztery piwa, proszę – powiedziała z nutą lekkiego zrezygnowania w głosie. – Cela! – podjęła ponownie, kiedy cisza stawała się nie do zniesienia. – Opowiadaj, co u ciebie. Tęsknimy tam za tobą na UMEDzie.
Cela wzruszyła lekko ramionami.
- Nie ma, o czym opowiadać. Żyję i pracuję. I czas jakoś leci.
- Ale wrócisz do nas, co?
Znowu wzruszyła ramionami.
- Ciężko powiedzieć.
Spojrzała ukradkiem na Andrzeja, który bębnił palcami w drewniany blat stołu i wpatrywał się w jej rude splątane przez wiatr włosy, jakby chciał na ich temat wygłosić jakąś dowcipną uwagę. Potem spojrzała na Pawła, który siedział trochę sztywno na swoim miejscu i uśmiechał się dobrodusznie do wszystkich i wszystkiego, co tylko napotkały jego oczy. Przeniósłszy wzrok na Beatę, której głowa kiwała się w przód i tył ze zrozumieniem, zasznurowała z niezadowoleniem usta.
- Rozumiem – podjęła znowu, jakby rzeczywiście wierzyła, że rozumie. Gówno rozumie. – A może chciałabyś się wybrać ze mną na mecz w przyszłą sobotę?
- Jaki mecz?
- Jak to jaki? – wtrącił się Andrzej i wreszcie przestał bębnić palcami w stół. – Gramy z Resovią oczywiście.
Celina zmarszczyła brwi.
- Co za Resovią?
Patrzył na nią przez kilka sekund, jakby kalkulował coś w głowie, po czym spojrzał na Beatę i rzucił z uśmiechem:
- Ona też ma bardzo specyficzne poczucie humoru.
Beata zamachała rękami.
- Andrzej i Paweł grają w siatkówkę. Tu, w Bełchatowie.
- Tak – wtrącił Andrzej. – Teraz już powinnaś zdawać sobie sprawę, że jesteś w naprawdę doborowym towarzystwie.
Jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, ukazując rząd białych zębów.
- To jeden z tych specyficznych żartów, tak? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, po raz kolejny zarechotała z tą samą dozą emfazy, wywołując na ich twarzach kwaśne uśmiechy. – Boki zrywać.
Andrzej spojrzał z wyrzutem na Beatę. „Ona się ze mnie nabija” starał się jej przekazać wzrokiem, ale nie doczekał się żadnego odzewu. Beata wzruszyła tylko ramionami. Ponownie przeniósł wzrok na twarz Celiny, z której nic nie był w stanie wyczytać. Doszukiwał się oznak szyderstwa, kpiny, może jakiegoś niewinnego żartu. Nic. Jak czysty, niezapisany arkusz papieru. I milion piegów.
- Jesteś zła? – zapytał wreszcie, przyglądając się z uwagą jej zaciśniętym ustom.
- Nie.
- Bo wyglądasz na wkurzoną.
- Nie jestem wkurzona – odpowiedziała z naciskiem, zaciskając zęby, w wyniku czego kontury jej szczęki stały się jeszcze bardziej kanciaste.
- Słowo daję, wyglądasz jakby przed sekundą rzucił cię facet.
Beata rzuciła Pawłowi mordercze spojrzenie, które zdawało się mówić, a wręcz krzyczeć: „No zrób coś!”, ale ten szybko odwrócił od niej swój wzrok, schwycił szklankę dopiero co przyniesioną przez kelnerkę  i zaczął wlewać w siebie jej zawartość. Widząc jak ciemne placki zaczynają wstępować Celinie na twarz, poszła za jego przykładem i zaczęła moczyć usta w gorzkim płynie.
- Wiesz co – wykrztusiła z siebie Cela po paru chwilach napiętego milczenia, zaciskając w dłoniach wełniany szalik. – Przypomniało mi się, że muszę zabrać spaniela mojej sąsiadki do weterynarza. Ma okropną… biegunkę.
Przez chwilę przy stole panowała grobowa cisza. Zamaszystym ruchem Celina włożyła na siebie swój ciemnozielony płaszcz i już otwierała usta, żeby się pożegnać, ale w ostatniej chwili je zamknęła, i wyszła z baru bez słowa. Andrzej spojrzał na nich wymownie, unosząc obie brwi do góry i wykrzywiając usta w grymasie sugerującym coś pomiędzy zdezorientowaniem i rozbawieniem, jakby nie mógł się zdecydować, co właściwie czuje.
- No – zaczęła Beata, stawiając swoje piwo na stole. – Brawo. Trafiłeś, że tak powiem, w dziesiątkę.
- Co? Jaką dziesiątkę?
Paweł wyjął z kieszeni komórkę i schował się za jej ekranem, udając, że go tam nie ma.
- No, w dziesiątkę, mój drogi. W dziesiątkę. – Pochyliła się nad stołem i zakrzywionym palcem, dała mu znak, żeby zrobił to samo. – Jakiś facet istotnie ją rzucił – powiedziała przyciszonym głosem. – Była z tego wielka afera. Na dwadzieścia cztery fajerki. Skończyło się na tym, że nie studiujemy już razem. Rozumiesz? – Andrzej chciał się odsunąć, ale schwyciła go za koszulę. – Faceci to zawsze śliski temat. Już lepiej żebyś nawijał o obecnej sytuacji ekonomiczno-gospodarczej na świecie albo klimacie politycznym na Bliskim Wschodzie, a nawet, niech ci będzie, o praktykach seksualnych nosorożców. Ale nigdy – zaznaczyła, przyciągając go jeszcze bliżej siebie – przenigdy nie poruszaj tematu facetów.
- Myślałem, że wy robicie to cały czas.
- Tak. Malujemy też paznokcie, nakładamy na włosy maseczki i depilujemy nogi. Depilujesz nogi, Andrzeju?
W odpowiedzi wykrzywił tylko usta w głupim uśmiechu, po czym z ulgą stwierdził, że uścisk na jego koszulce zelżał. Pospiesznie opadł na twarde drewniane krzesło i spojrzał na Pawła, który wciąż udawał nieobecnego.
- A więc – odchrząknął. – Zgaduję, że to twoja dziewczyna nosi spodnie w tym związku.
Paweł spojrzał na niego z przerażeniem, jakby zapomniał, że przecież nie jest niewidzialny, i schował komórkę z powrotem do kieszeni. Podrapał się nerwowo po głowie.
- Oboje nosimy spodnie. Beata nie lubi sukienek.
Andrzej zastanawiał się przez chwilę, czy powinien to oświadczenie zrozumieć dosłownie, czy może był to taki subtelny sposób, aby wyznać mu, że Beata nie przepada za oddaniem i uległością „kobiety typowej”. Innymi słowy, że tak, to właśnie ona nosi spodnie w tym związku. Zanim jednak zdążył się zdecydować na którąś z interpretacji, jego wewnętrzną analizę przerwało niezadowolone cmoknięcie.
- Sukienki są passé – odrzekła Beata, wygładzając zagięcie na swojej plisowanej spódnicy. – Zupełnie jak rozmowa o związkach w towarzystwie kobiety.
- Co? Tego tematu też nie można przy was poruszać? – Wzruszyła ramionami. – To jeszcze depilacja nóg czy może już okolic bikini?
- Faceci to śliski temat – powtórzyła, po czym głośno przełknęła resztę piwa. – Zawsze.
- Przepraszam, ale mówimy teraz o tobie czy o facetach? Oczywiście w obecnym klimacie politycznym nie mogę założyć, że jedno wyklucza drugie. – Poczuł pod stołem kopniaka i rzucił Pawłowi skruszone spojrzenie. – Z genderem nigdy nic nie wiadomo, przyjacielu.
- Śliski temat – powtórzyła jak katarynka, wyjmując z portfela dwadzieścia złotych. – Cela pracuje w restauracji „Limoncello”.
- Aha.
- Jeśli chciałbyś do niej wpaść i przeprosić…
Andrzej spojrzał na nią w osłupieniu, jakby właśnie mu oświadczyła, że jest mężczyzną.
- Naprawdę uważasz, że powinienem?
- Nie wiem, Andrzeju. Powinieneś?
Włożyła na siebie skórzaną kurtkę i dźgnęła Pawła końcem swojej żółtej parasolki. „Chodź” zdawała się mówić, „Idziemy”, mimo że z jej ust nie wydobyło się nawet słowo. Jakby w odpowiedzi na niemy rozkaz, podniósł się ze swojego miejsca, narzucił kurtkę na ramiona i szturchnął Andrzeja w ramię.
- To widzimy się w poniedziałek na treningu?
- Jasne.
Drzwi baru otworzyły się z brzękiem. Do środka wdarł się zimny listopadowy wiatr, kołysząc zawieszonymi przy ścianie zdjęciami na kolorowych nitkach. Andrzej wziął do ręki pustą szklankę i przyjrzał się z uwagą piance osiadłej na jej ściankach. Wcale nie czuł się w obowiązku przepraszać. Przecież nic nie zrobił. Nie powiedział nic złego, na Boga. A to, że opacznie coś zrozumiała, no może nie opacznie, może po prostu przepuściła to, co powiedział przez konwerter własnych doświadczeń i wyszedł jej format niezbyt kompatybilny z tym, co tak właściwie powiedział. Czyli w sumie na jedno wychodziło, tak, opacznie coś zrozumiała. W jaki sposób to była jego wina? Przecież się nie znali. Nie mógł wiedzieć, co dziewczynie siedzi w głowie.
- Faceci to śliski temat – prychnął pod nosem, odkładając szklankę na miejsce. – Pewnie.
Wyjął z portfela dwa banknoty i wsunął je z resztą pod plastikowy stojak oferujący „Gorącą swojską zupę cebulową za jedyne 8 zł”. Jednak kiedy tylko zarzucił na ramiona kurtkę, ponownie opadł bezwładnie na krzesło. Za oknem znowu lało jak z cebra, a na krześle obok ktoś zostawił gruby wełniany szalik. Świetnie.

Poniedziałki lubiła najbardziej, bo po udręce jaką były wolne weekendowe godziny, jej życie znowu podporządkowywało się terminarzowi tygodnia. Wiedziała dokładnie, kiedy musi wstać, gdzie musi pójść i co musi zrobić. A dzięki pełnym rękom roboty jej myśli nie wędrowały do miejsc, o których dawno już powinny zapomnieć. Czuła wewnętrzny spokój, kiedy przekraczała próg restauracji „Limoncello”, w której zawsze unosił się słodki zapach bazylii, bo wiedziała, że kiedy jej zmiana się skończy i załatwi na mieście wszystkie naglące sprawunki, jej ciało na nic innego nie będzie miało siły. Legnie tylko z sapnięciem w fałdach pościeli i odda się cudnej nieświadomości.
- Cześć, Marco – rzuciła z udawanym uśmiechem w odpowiedzi na energicznie machającą rękę ciemnowłosego i ciemnoskórego chłopaka, który chodził od stolika do stolika, przyoblekając każdy świeżym obrusem i serwetkami.
Czas, jak zwykle to bywa w te lepsze dni, leciał, mknął, śmigał, nie bacząc na sekundy, minuty i godziny, które bezwzględnie miażdżył pod swoimi stopami. Biegała między stolikami w swojej białej koszuli i związanych w wysokiego koka włosach, nosząc talerze pełne włoskich smakołyków i talerze puste, brudne i lepkie. Z uśmiechem przyklajstrowanym do ust wydawała się nawet miła i uprzejma, choć w głębi duszy wiedziała, że wcale taka nie jest. Już od pewnego czasu czuła, że gorzknieje i wcale jej to nie przeszkadzało. Dzięki temu ludziom nie zależało na jej towarzystwie, dzięki temu się do niej nie przywiązywali, a to z kolei gwarantowało, że ona sama się do nikogo nie przywiąże i nie da im okazji, żeby pewnego dnia zniknęli, zostawiając ją całkiem samą. Teraz była całkiem sama i było jej z tym dobrze. Przyzwyczaiła się do swojej codziennej bezludzkiej rutyny. Bezpiecznej rutyny. Do której nikt nie miał wstępu.
Dochodziła już godzina dziesiąta wieczorem, kiedy ostatni klient podniósł się ze swojego miejsca, zarzucił na ramiona długi czarny płaszcz i wychodząc, z galanterią uchylił przed swoją towarzyszką ciężkie oszklone drzwi. Celina z westchnieniem ulgi podeszła do ich stolika i zaczęła zbierać z niego brudne talerze, sztućce i kieliszki po czerwonym winie.
- Ja skończę, Marco – powiedziała, widząc jak ten wychodzi z kuchni, ledwie powłócząc nogami. – Idź do domu.
- Pomogę ci przecież.
Ledwie to powiedział i wpadł na niezasunięte krzesło stolika numer sześć. Wymachując w powietrzu rękami w desperackich próbach złapania równowagi, chwycił się kurczowo krawędzi stołu, pociągnął za poplamiony przez któregoś z klientów obrus i wraz ze wszystkim, co na nim stało, runął jak długi na podłogę. Celina spojrzała na niego obojętnym wzrokiem. Przeturlał się na plecy, jeszcze bardziej plącząc się w brudnym obrusie i westchnął żałośnie:
- Ale ze mnie ciele.
Już chciała podejść do niego i pomóc mu wstać, kiedy do jej uszu doszedł przytłumiony rechot kogoś stojącego za przeszklonymi drzwiami. Marco zasłonił twarz dłońmi.
- Idealnie. Publiczność.
Szybko wygramolił się spod fałd białego materiału i z płonącymi policzkami zniknął w kuchni. Celina odstawiła brudne naczynia z powrotem na stolik i podeszła do drzwi. Stał tam ktoś niezwykle wysoki, uśmiechając się od ucha do ucha i stukając w szybę palcem wskazującym.
- Już zamknięte – powiedziała, wycierając ręce w czarny fartuszek.
Ten jednak podniósł do góry dłoń, w której zaciskał coś czarnego i grubego i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Zostawiłaś to w barze – powiedział i przycisnął wełnianą kulkę do mokrej szyby wejściowych drzwi. – W sobotę – dodał, widząc jej zdezorientowany wzrok. – W barze.
Celina wpatrywała się w niego podejrzliwie, jakby miał zaraz wparować do środka, schować głowę w czarnej kominiarce, wyciągnąć z kieszeni spluwę i przemówić głosem rodem z najlepszych westernów: „Uwaga to jest napad”. Tak właśnie na niego patrzyła. Jak na Clinta Eastwooda, który przeszedł na ciemną stronę mocy. „Oddajcie wszystkie butelki wina, to nikomu nic się nie stanie.” Zastukał ponownie w szybę i już chciał coś powiedzieć, kiedy schyliła się, pociągnęła za jakąś zasuwę i otworzyła drzwi na oścież.
- Szalik – wypalił błyskotliwie, zanim zdążył się ugryźć w język.
- Dzięki… - urwała, wyciągając po niego rękę i rzuciła mu pytające spojrzenie.
- Andrzej – powiedział takim tonem, jakby wypowiedzenie tych dwóch sylab sprawiło mu ogromny ból.
- Tak, Andrzej. Oczywiście. Dziękuję, Andrzej. Jestem Celina – dodała po chwili namysłu.
- No… wiem.
Z kuchni szybkim krokiem wymaszerował Marco ubrany już w swoje normalne ciuchy. Ze wzrokiem wbitym w ziemię uparcie wpatrywał się w ruch swoich stóp, zupełnie jakby w myślach odliczał: „prawa, lewa, prawa, lewa, prawa…”. Jego policzki wciąż były jasnoczerwone.
- Dobranoc – burknął, przechodząc obok nich i szybko zniknął za drzwiami, dając się połknąć ciemności listopadowego wieczoru.
- Przyjemny gość. – Andrzej wsadził ręce do kieszeni kurtki i nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zaczął się kołysać w przód i w tył, jakby nagle dostał choroby sierocej. Celina przycisnęła szalik do piersi i odwróciwszy się, poszła w kierunku jedynego stolika, na którym stały jeszcze brudne naczynia – Przy okazji – zawołał za nią. – Sorry, że tak na ciebie w sobotę naskoczyłem. Wiesz, że wyglądasz, jakby facet cię rzucił i w ogóle. – Machnęła ręką. – Nie, naprawdę. To było wredne, zwłaszcza biorąc pod uwagę… okoliczności.
- Okoliczności?
- No tak, Beata mi wszystko powiedziała.
Celina podniosła z podłogi obrus i strzepnęła go z dziwną sobie gwałtownością. Następnie złożyła go na pół i ponownie strzepnęła, zdawać by się mogło, jeszcze bardziej agresywnie.
- W każdym razie – podjął znowu, starając się nie zwracać na to uwagi – przepraszam. To było głupie i szczeniackie. I nie powinno…
- Jakie okoliczności? – wypaliła, wystrzeliwując w niego tym swoim ostrym wzrokiem. Dźgającym jak sztylety.
- No wiesz – podrapał się po głowie i usiadł na najbliższym krześle. – Że jakiś facet rzeczywiście cię rzucił. Czym swoją drogą bym się tak nie przejmował na twoim miejscu. Jestem pewien, że to zwykły burak, który nie potrafi docenić tego, co ma.
Celina spojrzała na niego, jakby to on był burakiem.
- On mnie wcale nie rzucił – powiedziała wreszcie.
- Jesteś pewna? – Spojrzał na nią z ukosa. – Bo z tego, co powiedziała Beata, to prawie wynikało, że przespałaś się z rektorem czy inną szychą. Afera na cztery fajery czy jakoś tak.
Potrząsnęła przecząco głową i siadła dwa stoliki od niego.
- Trzeba być naprawdę zdesperowanym, żeby przespać się z naszym rektorem.
- A co, nosi pieluchę?
Celina oparła podbródek na dłoni i przez chwilę udawała, że się nad czymś zastanawia.
- No nie wiem – powiedziała wreszcie, przygryzając wargę. – Nie zaglądałam mu do majtek.
- Sztuczna szczęka?
- A to bez wątpienia.
Andrzej wyszczerzył zęby w uśmiechu i ze zdziwieniem zauważył, że ona również śmieje się cicho pod nosem. Nie tak jak w barze, przesadnie i kpiąco, ale szczerze. Trwało to jednak tylko chwilę, bo kiedy napotkała jego wzrok, uśmiech natychmiast spełzł z jej ust, zupełnie jakby zdała sobie sprawę, że zrobiła coś niestosownego. Niewłaściwego. Nieprzyzwoitego. Wstała od stołu i zaczęła zbierać z niego brudne naczynia. „Idź sobie” mówiła, podnosząc stos talerzy. „Idź już.” Z ociąganiem podniósł się do pionu i podrapał po głowie.
- Pracujesz w soboty? – odwróciła się do niego z naręczem dosłownie wszystkiego, co mogła udźwignąć. – Jest ten mecz, wiesz.
- Tak, z sową.
- Właśnie. Jakbyś miała ochotę, to przyjdź. Beata ma zawsze dodatkowy bilet. – Celina nic nie odpowiedziała. Po chwili odwróciła się od niego i zaczęła powoli iść w kierunku wahadłowych drzwi. – W końcu nie bez kozery mieszkasz w Bełchatowie, nie? – zawołał za nią.
Spojrzała na niego przez ramię.
- Mieszkam tu, bo akurat tu mam pracę – powiedziała, jakby to było co najmniej oczywiste. – I mało płacę za mieszkanie.
- No widzisz. Zupełnie jak ja.
Zapiął kurtkę pod szyję, a kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż się na niego patrzy, znowu się uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że spaniel sąsiadki ma się lepiej – dodał jeszcze z przekąsem. – Biegunka to prawdziwy wrzód na dupie. Dosłownie.
Chwilę później, podobnie jak Marco, zniknął w ciemności oplatającej oświetlone płomieniem żyrandoli okna restauracji. Celina czuła, jak jeden kieliszek wyślizguje jej się z dłoni, po czym z delikatnym brzękiem ląduje na podłodze. Ręce lekko jej drżały i nie wiedziała, czy to pod wpływem ciężaru czy może przesytu ludzkiego towarzystwa. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej się w niej gotowało.
- Celino, imbecylu – wycedziła przez zęby, wwiercając wzrok w wahadłowe drzwi, po czym pchnęła je z całej siły i zamaszystym krokiem weszła do kuchni.

Tej nocy śniło jej się, że wspina się samotnie po lodowcu. Zatacza koła ramieniem, w którym nie ma już nawet krzty siły, by wbić czekan w gładki jak tafla lód. Choć pod wiatroszczelnym kombinezonem jej ciało płonęło z wysiłku, czerwony nos i wystające spod szalika policzki cierpiały katusze na mrozie. Rzęsy, brwi i linia włosów schowanych pod kapturem oblepione były śniegiem, który zacinał ze wszystkich stron. Spojrzała w górę, ale góry nie było. Nie było też dołu. Wszystko pogrążone w gęstej mgle chmur. Była tylko ona i jej czekan, który jako jedyny chronił ją przed upadkiem. Chwyciła go drugą ręką, czując jak pierwsza zaczyna drętwieć. Nie ma już siły. Już nie może. Nie da rady wspiąć się wyżej. To już koniec.
Podciągnęła się trochę wyżej, czując jak płoną jej mięśnie ramion, i w tym momencie silniejszy podmuch wiatru zarzucił nią na prawo i czekan wyślizgnął jej się z rąk. Desperacko wymachiwała rękami, usiłując złapać… sama nie widziała co. Chmurę? Płatki śniegu? Powietrze? Zdawało jej się, że nigdy nie przestanie spadać, że to będzie już trwało wiecznie. Ale potem mgła zaczęła się przerzedzać.
- To ty go zabiłaś – usłyszała jeszcze, zanim jej ciało z hukiem gruchnęło o skały i obudziła się z krzykiem na ustach.


No to mamy pierwszy rozdział! Dziękuję bardzo, że aż tylu z Was zostawiło po sobie ślad pod prologiem. Dla mnie pięć osób to normalnie tłumy <3

Kolejny rozdział postaram się dodać w przyszłym tygodniu, ale cholera wie, jak będzie z czasem.

Uwaga, random question: jakie są Wasze ulubione książki? :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (3)



2.1.
niedziela, 25 maja 2014 08:14
Prolog

Mon amour, tu ne pourras jamais imaginer avec quelle force je t’aime

Natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi doprowadzał ją do szewskiej pasji. Miała ochotę schować się w próżniowym pudełku, w bezdźwięcznej i bezobrazowej przestrzeni zamkniętej zewsząd szczelnie próżniowymi ścianami, gdzie ona sama przestałaby istnieć. Gdzie nie byłoby tych śmiesznych człowieczych problemów, tych przygniatających swym ciężarem człowieczych emocji niepodlegających żadnym prawom logiki, tych szalonych uderzeń serca, którym nie było końca, zupełnie jakby wytrwale i niewzruszenie wyczekiwało czegoś, co się nigdy nie zdarzy. Jednym słowem, wszystkiego. Miała ochotę pozbyć się wszystkiego. Wykopać z hukiem ze swej rzeczywistości. Ze wszelkiej rzeczywistości. Wykopać siebie w próżnię. Dać się wessać w czarną dziurę. Kiedy dźwięk dzwonka rozległ się w mieszkaniu po raz trzeci, w pokoju obok ktoś niecierpliwie rzucił książkę na drewnianą podłogę i szurając pospiesznie stopami odzianymi w grube frotowe skarpetki, udał się do drzwi. Zaskrzypiały stare zawiasy. Ktoś coś powiedział. Zaszeleścił papier. Może jakiś list? A może paczka? A może to wcale nie był papier, może to był szelest materiału przeciwdeszczowej kurtki? Może ktoś przyszedł? Może do niej? Jej ramiona pokryły się gęsią skórką i sama już nie wiedziała, czy to przez tę rozpaczliwą nadzieję, która wstrząsała jej ciałem od tygodnia, ilekroć ktoś pukał do drzwi, czy po prostu czerwony ręcznik prowizorycznie wciśnięty w szczelinę pod oknem po raz kolejny uległ podmuchom zimnego jesiennego wiatru. „Cela, list do Ciebie” powiedziała w myślach, słysząc przytłumione rozmowy w korytarzu. „Cela, ktoś do Ciebie” pomyślała parę sekund później, wyobrażając sobie, jak drzwi jej śmiesznie małego pokoju uchylają się i w progu staje ktoś. Postawna sylwetka, szerokie ramiona, pociągła twarz, pewnie lekki zarost. Miała to wszystko przed oczami. I wierzyła, że lada moment się zmaterializuje. O tu właśnie, tuż przed jej nosem. Ale nic takiego się nie stało. Znowu zaskrzypiały drzwi. Znowu zaszurały stopy we frotowych skarpetach. Znowu zrobiło się cicho. Cicho i beznadziejnie.
- Przepraszam – wyszeptała, podciągając pod brodę kolana. – Przepraszam.
Zacisnęła mocno powieki, pod którymi majaczyły jeszcze niewyraźnie rysy jego twarzy. Z każdym dniem coraz mniej prawdziwe, coraz mniej rzeczywiste. Czuła, że ulatują jej z pamięci szczegóły, niegdyś tak mocno w niej zakorzenione. Ulatują szybko i bezpowrotnie. A ona już nigdy nie będzie ich w stanie sobie przypomnieć. Nie w całej okazałości. Nigdy. Bo przecież już nigdy go nie zobaczy. Bańka mydlana pękła. Pozostał tylko jej cień, który czas szybko obróci w niebyt. Szybko i bezpowrotnie.


No to zaczynamy! Celina i Andrzej i pewnie jakieś parenaście rozdziałów. Mam nadzieję, że będziecie ze mną :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (7)



2.0.
wtorek, 6 maja 2014 10:07
Piszę nowe opowiadanie! Oczywiście z siatkówką w tle. Prawdopodobnie zostanę na tym blogu, także jeśli ktoś tu jeszcze zagląda, niech zagląda dalej.


Prolog wkrótce!

<3


skomentuj (3)



1.16.
piątek, 11 kwietnia 2014 12:13
Epilog


Masz czasem wrażenie, że wszystko jeszcze przed tobą? Że wszystko możesz zacząć od jutra? Nie poddawaj się mu. Nikt nie gwarantuje, że jutro nadejdzie.


Przez chwilę patrzyła jeszcze na niego nieprzytomnym wzrokiem i po chwili zgasła mu w ramionach.
- Pomocy! – wrzasnął raz jeszcze i poczuł jak ktoś łapie go za ramiona i zaczyna odciągać. Zaczął się szarpać, kiedy zdał sobie sprawę, że jej bezwładne ciało wyślizguje mu się z rąk.
- Daj jej pomóc – ktoś wrzasnął mu do ucha.
Przez chwilę uparcie walczył z żelaznymi uściskami na swoich przedramionach, ale kiedy spojrzał na jej bladą pozbawioną życia twarz, opadł z sił i osunął się na boisko obok niej. Słyszał jak z jego krtani wyrywa się przeraźliwy krzyk, nad którym nie był w stanie zapanować. Ktoś objął go mocno i szepnął coś do ucha, ale nie był w stanie zrozumieć słów. Rozgorączkowanym wzrokiem spojrzał na trybuny. Wzdłuż band reklamowych biegali ochroniarze, a ludzie wciąż przeciskali się z krzykiem do wyjść. Poczuł jak ktoś poklepuje go po policzku i ponownie zwrócił swój wzrok na bezwładne ciało Leny. Ktoś przyciskał do jej brzucha gruby ręcznik, który cały już przesiąkł krwią. Ktoś inny rytmicznie uciskał jej klatkę piersiową. Chciał się podnieść, podejść do niej i złapać ją za rękę, ale został przytrzymany. Obrócił głowę w prawo, a potem w lewo. Napotkał szare oczy Winiarskiego, które wpatrywały się w niego ze współczuciem i przerażeniem. Ale on nie dostrzegał współczucia. Widział tylko przerażenie. Jakby zdawały się mówić: „To ty mogłeś tam teraz leżeć”.
Zaczęło mu się kręcić w głowie. To przez niego tu leżała. To przez niego krwawiła. To przez niego umierała. To on naciskał, żeby przyjechała do Bułgarii. To on dał jej bilety na ten mecz. To on wołał ją, żeby weszła na boisko. Zacisnął oczy. Szum w uszach narastał. Kiedy je znowu otworzył, jak przez mgłę widział jak przenoszą jej wątłe, zakrwawione ciało na nosze i suną po boisku w kierunku wyjścia.

W jednej sekundzie była, w głowie słyszałeś jeszcze jej głos, czułeś w nozdrzach jej zapach, by po chwili zwyczajnie zniknąć. Puf. Nie ma.

Na hali rozległy się dwa kolejne strzały. Ochroniarze gorączkowo zaczęli wypychać ich w kierunku szatni. Poczuł jak ktoś ciągnie go w górę za ramiona, ale nie miał siły wstać. Było mu wszystko jedno, co się z nim teraz stanie.

Jesteś moim błędem komunikacyjnym.

Jego wzrok padł na ciemną kałużę krwi na boisku.

Cząstką oceanu cytoplazmatycznego na planecie Solaris. Dla którego mógłbym poświęcić zdrowe zmysły i oddać się szaleństwu.

Ktoś raz jeszcze szarpnął go za ramię.
- You have to leave! – krzyczał łamaną angielszczyzną jeden z bułgarskich ochroniarzy, pochylając się nad nim.
„Fuck you” chciał odpowiedzieć, ale urwał mu się film.

Jak przez mgłę pamiętał, że wynieśli go do szatni, potem do autokaru, a potem do hotelu. Jak przez mgłę widział twarze kolegów, którzy brali go pod ramiona i prosili, żeby robił krok za krokiem, żeby wszedł po schodach, żeby usiadł, żeby się położył. Wszystko było niewyraźne i nierzeczywiste. Jakby ten dzień jeszcze nie nadszedł, jakby śnił i obserwował z boku bieg wydarzeń, który wcale go bezpośrednio nie dotykał, który nie miał z jego rzeczywistą osobą żadnego związku. Miał wrażenie, że te wszystkie klatki wypalone w jego pamięci są tylko wytworem czyjejś wyobraźni, że są tam jak pozostałości po filmie lub książce. Nie wierzył w nie. Zapierał się rękami i nogami, żeby nie wpuścić ich do świadomości, żeby nie zyskały statusu doświadczenia, żeby pozostały tym niewyraźnym sennym doznaniem, którego koszmary przestają mieć znaczenie wraz z otwarciem oczu.
- Jestem pewien, że zrobią wszystko, żeby ją odratować – słyszał jak przez mgłę, siedząc na skraju swojego łóżka z głową schowaną w dłoniach.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie wiedział, jak odpowiedzieć. Miał wrażenie, że zapomniał, jak się mówi. Jaki jest w ogóle sens mówienia? Po co to wszystko? To i tak nic nie zmieni.
- Jeśli chcesz zostać teraz sam, zrozumiemy – powiedział ktoś inny. Po chwili usłyszał szczęk otwieranych drzwi. – Tylko nie zrób żadnego głupstwa.
Kiedy został sam, wypuścił głowę z uścisku i rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju. W nogach łóżka leżała jego torba, z której wysypywały się ubrania. Dźwignął się do pozycji pionowej i podszedł do niej chwiejnym krokiem. Miał wrażenie, że stracił panowanie nad własnym ciałem. Ręce zwisały mu wzdłuż boków, ramiona pochylały się do przodu, przez co jego plecy wygięły się w lekki łuk, a nogi uginały się w kolanach przy każdym kroku. Kucnął przy torbie i zaczął wyrzucać jej zawartość na podłogę dopóki nie znalazł książki o postrzępionych rogach.

Książki, które noszą ślady używania, to książki, które były kochane.

Opadł na podłogę pod oknem i zacisnął w ręku grube tomisko. Nawet nie zaczął jej czytać. Nawet do niej nie zajrzał poza tym jednym razem, kiedy potrzebował jej numeru, żeby zrzucić z siebie ciężar porażki. Czuł w gardle dławiące wyrzuty sumienia. Nawet wówczas nie zainteresował się tymi kilkoma słowami, które dla niego w pośpiechu napisała. Zawsze myślał, że ma więcej czasu. Zawsze myślał, że może zacząć jutro. Zawsze było jutro. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że jutra może już nie być. Nie dla nich.
Otworzył książkę na jednej z ostatnich stron i napotkał drobne, ściśnięte pismo.

Na trudne chwile kilka godzin innego świata, innego czasu, innego życia.

Przewrócił stronę, na której widniał jej numer telefonu, pod którym narysowała uśmiechniętą buźkę.

Uśmiechnij się. Nie może być aż tak źle.

Poczuł jak jego palce zaciskają się na okładce książki. Poczuł jak duchota dnia wciska się do pokoju przez otwarte okno. Czuł narastającą panikę, która miażdżyła mu klatkę piersiową. Zacisnął oczy i przycisnął książkę do piersi. Z całych sił.

Z całych sił i jeszcze mocniej.

Dużo się działo poza nim. Dużo od siebie odpychał. Zaciskał desperacko oczy, ilekroć ktoś przychodził do pokoju ze strumieniem współczujących słów, które w założeniu miały go pokrzepić, ale które w rzeczywistości zapędzały go w większe większy psychiczny dół. Godziny mijały jak sekundy. Jedna za drugą. Jak tykanie starego zegara. Nie był pewien, czy chciał wiedzieć, co się dzieje. Wolał łudzić się najniklejszą nadzieją, która tliła się gdzieś w pulsujących skroniach, niż ściskać w świadomości pewność, że cały jego świat legł w gruzach. Że wszystko, co od paru miesięcy popychało go naprzód i nadawało znaczenie nawet najbanalniejszym sprawom, zwyczajnie przestało istnieć. Nieistnienie? Nieistnienie nie wchodziło w grę.
Z korytarza co pewien czas dochodziły do niego przytłumione dźwięki. Pojedyncze słowa, które starał się wyprzeć ze świadomości. Poharatane wnętrzności. Zapalenie otrzewnej. Śpiączka farmakologiczna. Nie wiedział nawet, jakim sposobem znalazł się w szpitalu. Jakim sposobem podniósł się z łóżka. Jakim sposobem go tam w ogóle wpuścili. Widział zapłakane oblicze jej matki, wydającej z siebie krótkie płaczliwie kwiknięcia i zrobiło mu się wstyd swoich własnych suchych policzków. Pomieszczenie wypełniało rytmiczne pikanie aparatury, której kable oplatały jej ciało na wszystkie możliwe sposoby. Nie wyglądała nawet tak źle. Trochę blado. Trochę nieprzytomnie. Zupełnie jakby spała po długim, wykańczającym dniu.
- Dziesięć minut – usłyszał nad uchem i nagle zdał sobie sprawę, że jest w pomieszczeniu całkiem sam. Całkiem sam z jej bladosiną twarzą, nienaturalnie unoszącą się klatką piersiową i zimnymi jak sople dłońmi.
Usiadł na mikroskopijnym białym stołku i zaczął wyginać palce u rąk na wszelkie możliwe strony. Powinien coś powiedzieć? Czy to już ostatni raz, kiedy ją widzi? Czy to właśnie jest nieistnienie? Jego prawa dłoń zawisła nad leżącą na łóżku ręką, po czym powoli ją opuścił i splótł swoje palce z jej bezwładną dłonią. Coś gwałtowanie zakłuło go w piersiach, a w oczach nagle stanęły łzy.
- Ja… - wychrypiał, ale urwał w pół słowa i zamilkł na moment, ocierając niecierpliwie mokre policzki. – Lena… ja też. Ja też cię kocham – wykrztusił wreszcie, po czym położył głowę obok jej ramienia, zamknął ze znużeniem oczy i zaczął w myślach odliczać bicia jej serca. Bip. Bip. Bip.

„Zewnętrznie byłem spokojny, w skrytości nie uświadamiając sobie tego jasno, oczekiwałem czegoś. Czego? Jej powrotu? Jak mogłem? Każdy z nas wie, że jest istotą materialną, podległą prawom fizjologii i fizyki i że siła wszystkich razem wziętych naszych uczuć nie może walczyć z tymi prawami, może je tylko nienawidzić. Odwieczna wiara zakochanych i poetów w potęgę miłości, która jest trwalsza niż śmierć, owo ścigające nas przez wieki „finis vitae sed non amoris” jest kłamstwem. Ale to kłamstwo jest tylko daremne, nie śmieszne. Być natomiast zegarem odmierzającym upływ czasu, na przemian roztrzaskiwanym i składanym od nowa, w którego mechanizmie, gdy konstruktor pchnie tryby, zaczyna wraz z ich pierwszym ruchem iść rozpacz i miłość, wiedzieć, że jest się repetierem męki, tym głębszej, im staje się przez wielość powtórzeń komiczniejsza? Powtarzać istnienie ludzkie, dobrze, ale powtarzać je tak, jak pijak powtarza oklepaną melodię, wrzucając coraz to nowe miedziaki w głąb grającej szafy? Ani przez chwilę nie wierzyłem, ze ten płynny kolos, który wielu setkom ludzi zgotował w sobie śmierć, z którym od dziesiątków lat daremnie usiłowała nawiązać chociażby nić porozumienia cała moja rasa, że on, unoszący mnie bezwiednie jak ziarnko prochu, wzruszy się tragedią dwojga ludzi. Ale działania jego kierowały się ku jakiemuś celowi. Prawda, nawet tego nie byłem całkiem pewien. Odejść jednak, znaczyło przekreślić tę, może nikłą, może w wyobraźni tylko istniejącą szansę, którą ukrywała przyszłość. A wiec lata wśród sprzętów, rzeczy, których dotykaliśmy wspólnie, w powietrzu pamiętającym jeszcze jej oddech? W imię czego? Nadziei na jej powrót? Nie miałem nadziei. Ale żyło we mnie oczekiwanie, ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Jakich spełnień, drwin, jakich mąk jeszcze się spodziewałem? Nie wiedziałem nic trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów.”


Stanisław Lem, Solaris (1961)


Otwarte zakończenie to najbardziej optymistyczne zakończenie, na jakie mnie było stać. Dla pocieszenia dodam, że pierwotna wersja była o wiele bardziej drastyczna. Mam nadzieję, że Was nie rozczarowałam. A przynajmnie, nie aż tak bardzo :)

Etykiety: , , ,



skomentuj (8)



1.15.
czwartek, 10 kwietnia 2014 06:45
Rozdział XIV
29.09.2013

Gwiazdy tańczą w snopach błękitu i czerwieni, gdy ciemność swą płachtę nad nami rozpościera.
Zamykam oczy, ich światło jeszcze się mieni, a potem cały mój świat umiera.


1.

Obudził ją głośny trzask przypominający tłuczenie szkła. Poderwała się z łóżka i spojrzała przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Widziała jak przez mgłę sylwetkę chwiejącego się na boki Bartka.
- Przepraszam – rzucił pośpiesznie. – Nie chciałem cię obudzić.
- Co się dzieje? Która jest godzina?
Bartek zaśmiał się nerwowo i o mało nie wpadł na stolik przy ścianie.
- Jest późno jak cholera. Za pięć minut powinienem być na śniadaniu.
Lena przetarła oczy wierzchem dłoni i włożyła na siebie bluzkę. Miała wrażenie, że wszystkie odgłosy dochodzą do niej z pewnym opóźnieniem. „No już, obudź się” pomyślała, spuszczając nogi z łóżka.
- Nie wstawaj – powiedział, narzucając w pośpiechu bluzę. – Jeszcze wcześnie. – Już chciała coś powiedzieć, ale wszedł jej w słowo. – Gdzie jest ten pieprzony but?!
Lena zachichotała pod nosem i zajrzała pod łóżko. Leżał tam w osamotnieniu jak ukryty skarb; trofeum czekające na swojego zwycięzcę. Zanurkowała i podała mu go, usiłując zapanować nad śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne – rzucił cierpko, mocując się ze sznurówkami.
Lena przysiadła na skraju łóżka, obserwując jego zmagania z tym, żeby rozsupłać wiązadła, a następnie wcisnąć nieszczęsny but na stopę.
- Jak będziesz się tak spieszyć, wszystko potrwa dwa razy dłużej.
- A jak nie będę się spieszyć, wszystko potrwa trzy razy dłużej – odparował.
- Kto by pomyślał, że Bartosz Kurek jest rano taki nerwowy.
Spojrzał na nią spode łba i zmusił swoje wargi do krzywego uśmiechu.
- Tylko jak się spieszy – powiedział, podnosząc się z podłogi. Rozejrzał się gorączkowo po pokoju.
- Czego teraz szukasz?
- Komórki – stęknął, spoglądając na zegarek.
- Przecież masz ją w kieszeni – wskazała na wybrzuszenie w jego bluzie. Wybałuszył na nią oczy, spojrzał szybko w dół i parsknął śmiechem. Już chciał chwycić za klamkę i wybiec, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Co?
Po chwili wahania przykucnął przy niej i z udawanym spokojem przyciągnął jej twarz do swojej tak, aby ich czoła się stykały.
- Będzie dobrze – powiedziała. – Jakkolwiek by nie było.
Milczał. Czuła na skórze jego oddech. Czuła, jak próbował zapanować nad nerwami. Czuła jego nerwowość. Jego niepewność. Przyspieszone bicie serca. Czuła wszystko.
- Kocham cię – powiedziała wreszcie. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech. Miała wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. – Będę na trybunach. Wypatruj mnie po meczu.
Pospiesznie ucałował ją w czoło i wybiegł z pokoju.

2.

Lena spędziła przedpołudnie, wałęsając się po mieście bez celu. Głupkowaty uśmiech nie schodził jej z ust, a w głowie wciąż kołatały się myśli, wciąż pojawiały się nowe perspektywy tego, co mogła teraz zrobić. Po raz pierwszy czuła się szczęśliwa na myśl o przyszłości. Po raz pierwszy od dawna nie bała się kolejnego dnia. Po raz pierwszy nie bała się świata. Wszyscy wokół wydawali jej się piękni. Świat wydawał się piękny i chciała czerpać garściami wszystko, co tylko miał do zaoferowania.
Bartek zadzwonił do niej, kiedy krążyła po parku, popijając koktajl truskawkowy. Słońce przeciskało się przez gęstą koronę drzew i przypiekało jej policzki.
- No co tam? – rzuciła do słuchawki i przysiadła na kamiennym murku. W oddali kręcił się samotny pies.
- Przerwa na lunch.
- Uuuu, lunch. Jak wielkoświatowo.
- Nie inaczej. Teraz lunch. Wieczorem diner. – Lena parsknęła do słuchawki. – A ty? Na shoppingu?
- Nie inaczej. Rozkoszuję się wielkoświatowością póki mogę – powiedziała z przekąsem, patrząc ze smutkiem na pusty plastikowy kubek.
- Wielki świat mógłby być twój, wiesz?
- Co ty nie powiesz.
Bartek odchrząknął: - To miał być taki zgrabny sposób, żeby cię przekonać. Do wyjazdu. Ze mną. No wiesz…
Lena mruknęła coś pod nosem, obserwując z uwagą zbliżającego się w jej stronę psa. Wielki świat zaraz na nią nasra. Była tego pewna.
- Słońce. Pizza. Mozarella – kontynuował Bartek. – Lunche, dinnery i shoppingi. No i, dzięki treningom, meczom i wiecznym rozjazdom, nie musiałabyś nawet tak często mnie znosić. Poza tym…
- Dobrze – przerwała mu nagle, ściskając w ręku pusty kubek po koktajlu truskawkowym.
W słuchawce zapadła cisza: - Dobrze? – powiedział wreszcie Bartek.
- Tak. Dobrze. Ok – powtórzyła. – Wyjadę z tobą do Włoch.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza: - Jeśli żartujesz, to przestań.
- Nie żartuję.
- Wciąż nie wierzę.
- Jeśli zmieniłeś zdanie…
- NIE!
Lena uśmiechnęła się pod nosem: - Jedząc dzisiaj paskudne ciasto w centrum miasta, myślałam o tym, jak będzie wyglądało moje życie. Jak może wyglądać. Jak najprawdopodobniej będzie wyglądać. Bez ciebie.
- I co?
- Masakra.
- No ja myślę.
- A potem zaczęłam myśleć, dlaczego tak bardzo boję się wyjść spod klosza, którego z całego serca nienawidzę.
- I co?
Lena westchnęła dramatycznie i odchyliła do tyłu głowę: - Wniosek jest prosty. Jestem tchórzem.
- Daj spokój…
- Jestem – przerwała mu ze śmiechem. – I nic w tym złego. Chyba, że nie zadajesz się z tchórzami.
- Cóż – sapnął do słuchawki. – Chyba będę musiał zacząć.
- To nie jest nawet takie złe.
- Mówisz?
- Pewnie! Ataki paniki na myśl o jakiekolwiek zmianie w sumie nawet nie są takie straszne. Wystarczy żebyś pamiętał, że kiedy zaczynam ryczeć, nie należy pytać, dlaczego ryczę. W ogóle najlepiej żebyś pomijał fakt, że ryczę. No wiesz, zachowywał się normalnie. Tak jakbym nie ryczała.
- Często ryczysz?
- Zależy, co rozumiesz pod pojęciem „często”.
- Jezusie, to znaczy często.
Lena przygryzła dolną wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem: - Przyzwyczaisz się.
- Ehe. Wszystko jedno. Rycz, ile dusza zapragnie. Bylebyś nie była na drugim końcu Europy.
- To miłe, wiesz?
- Wiem. Ja ogólnie jestem bardzo miły.
- I do tego jaki piękny.
Bartek parsknął śmiechem: - Czy ty próbujesz ze mną flirtować?
- Oczywiście, że nie.
- No bo jakbyś chciała, to wiesz…
- O! – przerwała mu. – Bateria mi chyba pada.
- Wieczorem nie będziesz miała takich wymówek.
- Wymówek? Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Oczywiście, że nie masz.
- Bladego. Zielonego.
- „Piękny” – zarechotał do słuchawki.
- Bip bip – powiedziała, zatykając nos. – Słyszysz? Bateria na wyczerpaniu. O nie.
- Biedna ty.
- To chyba zobaczymy się dopiero na meczu, co?
- Po meczu.
- Po meczu.
- Cztery godziny, a ja już za tobą tęsknię. Piękna – dodał po chwili.
- Bip bip – odpowiedziała na to pospiesznie, czując jak jej policzki robią się czerwone. – Coś przerywa. Bip bip. Kończę. Do zobaczenia. Papapapapapapa.
Usłyszała jeszcze jego śmiech, zanim sygnał się urwał. Poprawiła na szyi biało-czerwony szalik, który nosiła z dumą cały dzień, po czym ruszyła w stronę hali. „Przygoda życia” pomyślała, wychodząc z parku i patrząc w jasnobłękitne niebo. „Kto by pomyślał.”

3.

Mecz był jednym wielkim kołtunem emocji i krzyków. Chaos wypełniający halę był wszechogarniający. Nie miała pojęcia, w jaki sposób zawodnikom udawało się zachować spokój na boisku. Gdzie tam spokój. Zdrowe zmysły. W krzykach na trybunach nie było żadnej spójności. Każdy robił, co chciał i kiedy chciał. Punkt. Zagrywka. Aut. Zagrywka. Boisko. Wszystko przeplatane pozbawionymi dla niej sensu rykami kibiców. Stała samotnie, wymachując swoim szalikiem i wrzeszcząc na całe gardło, ilekroć zawodzenie publiczności sygnalizowało punkt dla polskiej drużyny. Przy stanie 15:16 w piątym secie Lena przycisnęła zaciśnięte z całych sił pięści do policzków. Na zagrywkę wszedł Michał Kubiak i ze zmarszczonymi brwiami odbił piłkę dwukrotnie od podłogi. Lena ścisnęła kciuki jeszcze mocniej, widząc jak szykuje się do skoku. Piłka wystrzeliła w stronę bułgarskiego przyjmującego i, odbijając się od jego ramienia, poszybowała w trybuny. Halę wypełniła kakofonia gwizdów i przekleństw. Zewsząd dochodziły ją obelgi, których nie rozumiała. Ale jakie to wszystko miało teraz znaczenie? Ryk tysięcy bułgarskich gardeł, który podczas meczu doprowadzał ją do szału, stracił swoją moc. Nic nie znaczył. Nic nie mógł zmienić. Łzy wezbrały jej w oczach, widząc radość chłopaków. Wyciągnęła swój biało-czerwony szalik i zaczęła skakać, skandując z całych sił „Polska!”. Zasypał ją grad wrogich spojrzeń i miała wrażenie, że kobieta, która stała przed nią zaraz zdzieli ją w twarz. Jednak nieprzyjazne twarze otaczających ją ludzi, zupełnie tak samo jak ich krzyki, nie miały teraz żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że pomimo przeszkód, udało im się pokonać własne słabości. Wiele było głosów, które twierdziły, że po tak spektakularnie przegranych Igrzyskach Olimpijskich i falstarcie kolejnego sezonu reprezentacyjnego, jakim była Liga Światowa, nie zdołają się już podnieść. Pośród dyskusji, których celem ewidentnie było znalezienie kozła ofiarnego odpowiedzialnego za wszystkie porażki, wypowiadali się ludzie twierdzący, że był to koniec polskiej reprezentacji obecnego pokolenia. Że podciętych skrzydeł już nie zdołają wykurować. Lena raz jeszcze wrzasnęła „Polska!” i zamilkła. Gwizdy na hali nie cichły. Na boisku lądowały kawałki jedzenia i butelki z wodą. Była prawie pewna, że przynajmniej dwukrotnie oberwała w głowę pociskiem ze śliny. Kiedy zawodnicy podali sobie ręce, a euforia polskiego zespołu zaczęła trochę opadać, ludzie zaczęli powoli schodzić z trybun. Nieustannie popychana i szturchana wyszła ze swojego rzędu na schody i ruszyła pod prąd. Gwizdy szumiały jej w uszach, a żebra stały się celem licznych kuksańców, ale to także przestało mieć znaczenie. Dotarłszy do band reklamowych, bała się myśleć, jak wyglądał tył jej głowy. Bartek stał po drugiej stronie boiska wśród innych zawodników i rozglądał się po trybunach po przeciwnej stronie. Po chwili odwrócił się i ich spojrzenia się spotkały. Jego twarz promieniowała radością. Ruchem głowy dał jej znać, żeby weszła na boisko. Zawahała się na moment, ale widząc jak wyciąga do niej rękę i uśmiecha się jeszcze szerzej, zaczęła gramolić się na drugą stronę. Czekała aż ktoś złapie ją za bluzkę i pociągnie do tyłu albo zacznie wrzeszczeć, że nie wolno jej tam wchodzić. Czego prawdopodobnie i tak by nie słyszała, gdyż pomimo tego, że ludzie zaczęli powoli opuszczać trybuny, ryk rozwścieczonych kibiców wciąż wypełniał halę. Jednak kiedy przełożyła pierwszą nogę, nikt nie rzucił się, aby ją od tego odwieźć. Rozejrzała się podejrzliwie za ochroniarzami, ale żadnego nie dostrzegła. Marszcząc lekko brwi, przełożyła drugą nogę i zeskoczyła na boisko. Kark jej zesztywniał, kiedy odwróciła się za siebie. Poustawiane rzędami ławki i tłumy ludzi kotłujących się na schodach przyprawił ją o ciarki. Kiedy ponownie zwróciła głowę w kierunku Bartka, dławiące gardło uczucie tylko się wzmogło. Zawodnicy nie stali już w jednej grupie; część rozciągała się pod bandami, a część wciąż poklepywała się nawzajem, zanosząc się śmiechem. Bartek stał w tym samym miejscu i patrzył w jej kierunku. Coś mówił, ale nie potrafiła rozszyfrować jego słów. Ponownie się obejrzała. Miała nieodparte przeczucie, że nie powinni jej tu wpuścić. Dlaczego nikt jej nie powstrzymał? Zwróciła wzrok w kierunku Bartka.
- Lena! – krzyknął i ruszył ku niej.
Lena zrobiła zaledwie dwa kroki naprzód. W momencie kiedy skręciła w lewo, krzyki i gwizdy publiczności nagle przeciął potężny huk. Zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na Bartka. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Miała wrażenie, że nagle na całej hali zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Było jej gorąco i czuła jak jej bluzka robi się mokra. Wytarła spocone ręce o szalik, którego frędzle przykleiły się do mokrego materiału na brzuchu. Spojrzała ze zdziwieniem w dół. Krzyk na hali wezbrał z nową mocą. Ludzie zaczęli przepychać się ku wyjściom i tratować siebie nawzajem. Lena uniosła swoje zakrwawione ręce i posłała Bartkowi przerażone spojrzenie. Nagle zrobiło jej się słabo i osunęła się na kolana, po czym upadła bezwładnie na boisko. Świat wokoło wirował. Gorąco, które jeszcze przed chwilą rozpalało ją od wewnątrz do białości, zastąpił chłód jakiego jeszcze nigdy w życiu nie czuła. Chciała coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle. Ktoś szarpnął ją za ramię. Takie przynajmniej odniosła wrażenie. Poczuła silny ucisk na nadgarstkach, górna część jej ciała uniosła się delikatnie i opadła w coś gorącego.
- Pomocy! Niech ktoś mi pomoże! – słyszała nad sobą czyjś krzyk. – Lenka, trzymaj się. Jezu, pomocy!
Z trudem spojrzała w górę. Obejmowały ją czyjeś gorące ramiona. Widziała biało-czerwoną flagę na czyjejś piersi. Widziała rozmazane kontury czyjejś twarzy i wiedziała, że ten ktoś coś mówił. Ale jego słowa kompletnie zlały się z innymi dźwiękami, a wkrótce jakby całkiem przestały istnieć. Patrzyła w górę, ale widziała tylko cienie. Cienie czegoś znajomego, czego nie była w stanie rozpoznać. Poczuła na skórze twarzy gorące krople i zamknęła oczy. Szum wypełniający jej uszy ustał. Pojęcia zimna i gorąca przestały istnieć. Istniała już tylko ciemność. Poruszyła ustami, ale nie wiedziała po co. Zapomniała, gdzie jest. Zapomniała, kim jest. Zapomniała, czym jest ciemność. I potem nie istniało już nic.

4.

Witamy w poczcie głosowej Orange. Masz jedną nową wiadomość.

Cześć, tu Lena. Jakbyś nie wiedział. Ha. Nie wiem, czy odsłuchasz tę wiadomość jeszcze przed meczem, ale… cokolwiek się stanie, trzymaj głowę wysoko i pamiętaj, że jesteś najlepszy. Zawsze będziesz najlepszy. Kocham cię, olbrzymie.

Otrzymana dwudziestego dziewiątego września o 15:13. Aby oddzwonić ponosząc standardową opłatę za połączenie, wybierz 1. Aby odtworzyć wiadomość ponownie, wybierz 2. Aby usunąć wiadomość…

Cześć, tu Lena.


Kocham cię, olbrzymie.


I jak? Jeszcze epilog. Może to nie koniec. Może tak. Może nie.

:)

Etykiety: , , ,



skomentuj (2)